Навигация

Niech żyje bal (J. Sorokina, L. H. Onegin, Odessa, 1998/1999)
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  




 

 Niech żyje bal (J. Sorokina, L. H. Onegin, Odessa, 1998/1999)

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
avatar


Irkuck, Rosja

24 lata

błękitna

za Starszyzną

klątwołamacz, specjalizacja: magia rytualna
http://petersburg.forum.st/t1045-jasna-sorokina http://petersburg.forum.st/t1262-jasna-sorokina#5059 http://petersburg.forum.st/t1068-jaszka#3913 http://petersburg.forum.st/t1059-rave
PisanieNiech żyje bal (J. Sorokina, L. H. Onegin, Odessa, 1998/1999)   Sro 25 Paź 2017, 17:16
Niech żyje bal.
31 grudzień 1998 / 1 styczeń1999
Odessa, Ukraina
L.H. Onegin, J.Sorokina

Ile to już dni, nie miesięcy, jakby całych lat całej wieczności od tamtej nocy w Bieszczadach. Na stopie wciąż różem tliła się delikatna blizna, która mimo, że tak dobrze o nią zadbał, tak starannie leczył, pozostała smutną pamiątką. Pamiątką, którą z każdym krokiem dziś może deptać nie bez poczucia goryczy, smutku, roztkliwienia.
Bal noworoczny zawsze był huczny, jedna z wielu okazji by Dynastie mogły pławić się w swoich luksusach, szampańskim towarzystwie i bawić się jakby nie miało być jutra. Oczywiście dla wytłumaczenia wszystkich tych pieczonych kuropatw, grzejących się w świetle obstawionych świecami kandelabrów, dla wytłumaczenia sobie i swemu sumieniu tych hektolitrów win wszelakich, szampana i wspaniałości nadano tej zabawie wydźwięk dobroczynny. Bal maskowy, bal przebierańców, tańce z małą aukcją rzeczy pięknych i zabytkowych na cele szczytne i charytatywne. Nikomu przecież nie żal było grosza by spędzić ten wieczór w najwybitniejszym gronie.
Rzadko nosiła sukienki, szczególnie te dopasowane i lejące się, bo miała uczucie, że wygląda w nich jak przerysowany pajac, jakby wcale do niej nie pasowały. Kreację na dzisiejszy wieczór pomogła jej jednak wybrać żona Tomasa, niegrzecznym więc byłoby tak po prostu odmówić włożenia jej i zaprezentowania światu. Lejąca się czerń materiału, jasne włosy upięte w wytworny kok i krucza maska zdobiona cekinami na całej długości dzioba oraz koronką piór wokół oczu.
Przebierane imprezy były jednymi z tych niewielu, na które lubiła chodzić, wdzięczyć się, chichotać pół żartem pół serio, każdy przecież wiedział lub domyślał się chociaż kto ukrywa się pod którą maską, zawsze jednak pozostawała ta nuta małej ekscytacji, te mrowienie w palcach gdy niby niechcący muskało się dłoń mijanego nieznajomego i rzucając uśmiech przez ramię znikało w wirującym tłumie gości. Przy wejściu ujęła kieliszek doskonałego szampana, z dryfującą weń truskawką i przeszła obok wezbranej gotówką i monetami kryształowej kuli, będącej centrum dobroczynnego zainteresowania. Każdy dokładał swoje trzy grosze, tak też i ona, dygnąwszy z gracją, położyła sakwę na blacie księgowego, który skrupulatnie prowadził notatki z całego przychodu.
Bal maskowy, ile wspomnień najsłodszych, ile sekretnych pocałunków, uścisków, ucieczek przez zaklęty labirynt z żywopłotu w ogrodzie...
Uśmiechnęła się do siebie biorąc niewielki łyk alkoholu. Damom przecież nie wypada się upijać, nawet tym ze złamanym sercem.


Ostatnio zmieniony przez Jasna Sorokina dnia Nie 03 Gru 2017, 16:19, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
avatar


Jekaterynburg, Rosja

29 lat

błękitna

za Starszyzną

obrońca sądowy
http://petersburg.forum.st/t1078-leon-hiacynt-onegin-budowa#3959 http://petersburg.forum.st/t1092-leon-hiacynt-onegin#4039 http://petersburg.forum.st/t1091-leon-hiacynt#4037 http://petersburg.forum.st/t1097-kreska#4063
PisanieRe: Niech żyje bal (J. Sorokina, L. H. Onegin, Odessa, 1998/1999)   Sro 25 Paź 2017, 23:58
Nowy rok, nowy ja. Znów coś się zacznie, a w tym czasie, międzyczasie, ja się pojawię i będę udawał, że mam na cokolwiek wpływ. Dopiero co się rozwiodłem, jeszcze gorące papiery rozwodowe leżą na moim biurku. Jeszcze nie zdążyliśmy uzgodnić z kochaną byłą żoną, jak będziemy zachowywać się teraz w swoim towarzystwie. Jeszcze nie uświadamiam sobie tego, że będę ją przecież widywał. A tu bal maskowy na nowy rok.
I hektolitry alkoholu. Zauważyłem, że po trzech kieliszkach wina zaczynam być zabawny, a ludzie wokół chcą ze mną rozmawiać. Nie przynudzam, nikt nie wymiguje się od stania w moim towarzystwie. Jest nam dobrze ze sobą, mi i alkoholowi. On mnie rozumie, jak żadna kobieta nigdy.
Maski, maski przeróżne. Niektóre zasłaniają ledwo co, ale moja maska jest totalna i na całą twarz. Mam wygląd orła, a może to dziób innego ptaka. Powinienem zainwestować w coś bardziej, albo coś mniej, ale wychodzę z tego założenia, że nic już nie może być gorszego.
Po pierwsze w zeszłym roku zdażyły się najpiękniejsze i najgorsze rzeczy. Zbliżyliśmy się z Jasną tak bardzo, że po raz pierwszy w życiu czułem, że mam na tej ziemi jakieś miejsce. I  to było piękne. A potem rozstaliśmy się i obiecałem, że nie będę do niej pisał. I to było najgorsze. Bo pisałem, pisałem całe tomy listów. Ale zgodnie z obietnicą ani jednego nie wysłałem. Leżały na dnie szafy, zakodowane, całe pliki pism prawniczyc, kryjące mój największy sekret.
Później się rozwiodłem, trudno by było mi dalej być w małżeństwie, kiedy stałem się takim warzywem. Ona nic nie mówiła, było nam obojgu okropnie przykro. Przepisałem jej wszystkie diamenty jakie mogłem, ale domu nie mogłem i musiałem poprosić, żeby wróciła do domu do mamusi. To było niezręczne, ale nie tak jak to, że teraz kiedy biorę szklankę z winem, to nie orientuje się, że stoje obok obecnie mojego największego wroga.
Panny Sorokin, którą poznam nawet w tej śmiesznej masce, ale oby ona mnie nie poznała!
Powrót do góry Go down
avatar


Irkuck, Rosja

24 lata

błękitna

za Starszyzną

klątwołamacz, specjalizacja: magia rytualna
http://petersburg.forum.st/t1045-jasna-sorokina http://petersburg.forum.st/t1262-jasna-sorokina#5059 http://petersburg.forum.st/t1068-jaszka#3913 http://petersburg.forum.st/t1059-rave
PisanieRe: Niech żyje bal (J. Sorokina, L. H. Onegin, Odessa, 1998/1999)   Czw 26 Paź 2017, 18:26
Obserwowanie wytwornych bogaczy na balach było fascynujące, może nie aż tak, jak obcowanie z dziką naturą, ale bardzo podobne - szczególnie po pierwszych kilkunastu butelkach wina i szampana. Panowie, tacy szarmanccy, pod krawatem czy muchą, na cdzień przystojni i dystyngowani by pod skrawkiem maski, po kilku głębszych, usprawiedliwieni bajońską sumką na rzecz sierot i ubogich mówić paniom niewybredne rzeczy na uszko. I te panie, na co dzień piękne i niedostępne, peszące się na dźwięk tych jednoznacznych sugestii wcale nie prbują ukryć łapczywych dłoni gładzących męskie ramiona czy plecy. Cóż za widok, co za bal. A może to tylko ona? Przepełniona smutkiem i goryczą, tęsknotą za czułostkami, które straciła ledwie chwilę temu. Zamknęła na chwilę oczy, smakując cierpkiego szampana i błądząc myślami w niepoprawnych kierunkach. Mogłaby przysiąc, że na pamięć zna wszystkie załamania krzywych jego twarzy, wypukłości i wklęsłości mięśni, łuk ramion, nawet teraz wydawało się jej, że czuje jego perfumy. Słodko-gorzki zapach ciepłych wieczorów, jego ramion, jasnych włosów i kosmyka opadającego na wilgotne od potu czoło.
Otworzyła powoli oczy i rzuciła uprzejmy uśmiech ukrywającemu się za orlą maską nieznajomemu, który zatrzymał się tuż koło niej.
Chrząknęła lekko.
- Ach co za bal. Planuje pan kupić coś na aukcji? - zlustrowała go wzrokiem. Elegancki, zapięty pod szyję, z winem w ręku, wyraźnie unikał jej spojrzenia.
Obróciła się lekko w stronę aukcyjnej wystawy. Magiczne kielichy, obrazy, kilka antycznych manuskryptów i piękna srebrna bransoleta z bursztynem. Pewnie obłożna klątwą. Skrzywiła się lekko do samej siebie i dopiła szampana, pożerając łapczywie nasiąkniętą nim truskawkę.
- Ja się czaję na te bransoletę. - powiedziała zaraz od niechcenia - Wygląda na przeklętą, a mam idealną damę, której bym ją podarowała. - zaśmiała się jak chochlik.
Nie wiedziała przecież, że Onegin się rozwiódł. Oczyma wyobraźni widziała, jak wysyła tajemniczą paczkę do jego żony, może nawet podpisuje się jego imieniem (!), a ta głupia krowa polna zakłada bransoletę i umiera na miejscu. Albo nie, umiera długo i cierpi, i robi się brzydka, wypadają jej wszystkie zęby. Tak. Taka klątwa.
Powrót do góry Go down
avatar


Jekaterynburg, Rosja

29 lat

błękitna

za Starszyzną

obrońca sądowy
http://petersburg.forum.st/t1078-leon-hiacynt-onegin-budowa#3959 http://petersburg.forum.st/t1092-leon-hiacynt-onegin#4039 http://petersburg.forum.st/t1091-leon-hiacynt#4037 http://petersburg.forum.st/t1097-kreska#4063
PisanieRe: Niech żyje bal (J. Sorokina, L. H. Onegin, Odessa, 1998/1999)   Pią 27 Paź 2017, 22:50
Czy doprawdy z tysiąca dam, które przechodzą teraz mu przed twarzą, akurat panna Sorokina musiała się napatoczyć, czy raczej stać tam, gdzie postanowił zatrzymać się zmęczony wędrowiec - Leon Onegin? Och przykry losie, kpisz niewybrednie z tej dwójki. Najpierw pozwoliłeś im być dziećmi wrogich rodzin, teraz stawiasz ich sobie twarzą w twarz w najmniej lub najbardziej typowych sytuacjach. Jak ten bal maskarada, ten przeklęty sylwester charytatywny na którym Leon wyda miliony, bo cierpi, że ktoś cierpi z biedy. I będzie za każdą kalekę oddawał jednego diamenta.
Uciekaj, uciekaj Leonie. Ale on stoi. I stara się nie spoglądać w stronę młodej Sorokiny.
Odchrząkuje, chyba po to, aby jego głos pozostał nierozpoznany. Może zmieni jego barwę ta sztuczna chrypka? Może się oszukiwać, ale doprawdy, Jasna zna jego chyba każdy możliwy ton, więc jeżeli jeszcze cokolwiek pamięta po tych kilku miesiącach, to zaraz się zorientuje. Och Leon, stąpasz po ciękim lodzie.
- Nie, chyba nie.. -  chce się wycofać, ale tak trudno mu się ruszyć. Czy mu się tylko wydaje, czy ona wyładniała w przeciągu tych kilku miesięcy? I może sobie tak stać zaraz obok niej i słuchać jak mówi nieistotne rzeczy i mimo że zaraz się zorientuje i zniknie w tłumie, ta chwila, kiedy zapach jej perfum owiewa jego szyję... Leon, który od jakiegoś pół roku nie uśmiechnął się ni razu, teraz czuje, że jakiś rodzaj najcieplejszego uczucia rozlewa mu się po klatce piersiowej. Coż za żałość, Leonie.
Później Jasna mówi, że chce bransoletę i Leon już chce powiedzieć, że kupi jej milion takich bransolet, żeby miała na każdy dzień swojego życia, ale szybko zorientował się, że nie może jej nic już kupować, bo nie są już ukochanymi, tylko dwoma oddzielnymi osobami, których przeszłość należy wymazać z pamięci. A po drugie Jasna powiedziała, że chce zrobić coś przeklętego innej kobiecie. Wyczulony na to Leon nagle patrzy zza maski na Jaszkę przerażony. Czyżby go rozpoznała i znów mu grozi? Och, Mszczuja już i tak nie jest jego żoną, ale co to zmienia, przecież zwariowała na koniec małżeństwa i Leon jest przekonany, że to sprawka Jasnej. Ale jeżeli tak, to po co jeszcze bardziej chce niszczyć Mszczuje, przecież już jej nie zagraża... Teoretycznie.
- ... przepiękną? - chce poprawić Jasną, w nadziei, że się przesłyszał, ale patrzy tylko jak sok z truskawki nasycił jej usteczka. Pewnie teraz smakują bajecznie, och dlaczego, dlaczego ktoś dał mu tak wiele rozważności, dlaczego nie może iść na żywioł jak brat Laurencjusz?
Powrót do góry Go down
avatar


Irkuck, Rosja

24 lata

błękitna

za Starszyzną

klątwołamacz, specjalizacja: magia rytualna
http://petersburg.forum.st/t1045-jasna-sorokina http://petersburg.forum.st/t1262-jasna-sorokina#5059 http://petersburg.forum.st/t1068-jaszka#3913 http://petersburg.forum.st/t1059-rave
PisanieRe: Niech żyje bal (J. Sorokina, L. H. Onegin, Odessa, 1998/1999)   Pon 30 Paź 2017, 14:03
Los drwił z nich od samego początku, pozwalając uczuciom zakwitnąć tam, gdzie od początku było wiadomo nie mogło być mowy o żadnej przyszłości. Tak przecież poznali się po raz pierwszy, gdzieś na przyjęciu maskowym, gdzie nie mogli nawet w najśmielszych przewidywaniach zgadywać z kim spędzają słodkie chwile, w czyich objęciach wirują w tańcu, czyje słodkie usta całują z namiętnością w półmrokach alkowy. Jasna nigdy nie interesowała się polityką, często grała braciom na nerwach infantylnie bagatelizując wszystko o czym próbowali jej powiedzieć. Najbardziej olewała kwestie dziedziczenia i relacji między rodowych - dlaczego tak, a nie inaczej, z kim należy uścisnąć dłonie a komu jedynie uprzejmie skinąć głową. Zdawało się jej, że to wszystko brednie, marnotrawstwo energii i czasu, zużywanie procesów myślowych na zapamiętywaniu absurdów politycznych gierek. Większość życia spędziła w Sorokinowym zamku, miejscu tak odizolowanym od świata, że nic jej nie mogło obchodzić mniej niż pozostałe rody starszyzny.
Taki wieczór jak dziś, inne suknie inne maski, ale choćby popłakał się ze złości Jasna przecież wszędzie rozpozna jego głos, szept nawet, całą paletę dźwięków. Niejedną godzinę przecież spędzili na pogawędkach, niejednej nocy szeptali sobie w usta wyznania pełne szczerości, niejeden raz krzyczała ze śmiechu czy miauczała ze wzruszenia. Wszędzie pozna ten głos i na dźwięk tej barwy coś jak zimna lodowa kula wpada jej do gardła i powoli, leniwie sunie w dół przełyku zamrażając płuca, serce, z pluskiem wpadając boleśnie do żołądka.
- Nie? - odwróciła się z pełną premedytacją, dumą, piękna i wyprostowana, czując jak bardzo chciałaby rzucić mu wyzwanie. Wzrokiem jednak natrafia na te dwa szafiry lśniące w otworach jego maski, ten zapach perfum wdziera się do nosa i zaraz cały rezon traci, cały animusz, odwracając ponownie wzrok. Nie widzieli się już tak długo, a miała nadzieje, że nie zobaczą się już wcale. Jedynie wymiana kilku listów pisanych w złości i przez łzy, jeszcze mu paczkę miała wysłać ze wszystkimi drobnymi prezentami, które jej podarował. Małymi i dyskretnymi, by nie wzbudzić niczyich podejrzeń, wstążkę do sukni, pachnidło do włosów, bransoletę z czarnych pereł. Nigdy nie zdobyła się na to by wszystkie te rzeczy wyrwać ze swojej codzienności i oddać mu, tak po prostu. Uniosła bezwiednie dłoń i dotknęła widzącego na szyi rubinu, wielkiego czerwonego kamienia zakutego w srebro i diamenty, który podarował jej w walentynki, na kilka dni przed tym pamiętnym wyjazdem w Bieszczady. Oblizała usta. Czy jej nie poznał? Na pewno ją poznał. Dlaczego więc udaje? Czy ona też powinna udawać, że nie wie kim on jest?
- Przepiękną. - powtórzyła po nim sucho, choć starała się brzmieć naturalnie. Kątem oka jednak już śledziła otoczenie w poszukiwaniu jego słodkiej żonki, której w duchu chciała wyciąć powieki, a potem całować go przed jej twarzą, by musiała patrzeć jak młoda siksa z wrogiego Oneginom rodu pożera jej męża w całości, żeby widziała, jaką Leon ma w sobie pasje kiedy kogoś na prawdę pragnie.
Powrót do góry Go down
avatar


Jekaterynburg, Rosja

29 lat

błękitna

za Starszyzną

obrońca sądowy
http://petersburg.forum.st/t1078-leon-hiacynt-onegin-budowa#3959 http://petersburg.forum.st/t1092-leon-hiacynt-onegin#4039 http://petersburg.forum.st/t1091-leon-hiacynt#4037 http://petersburg.forum.st/t1097-kreska#4063
PisanieRe: Niech żyje bal (J. Sorokina, L. H. Onegin, Odessa, 1998/1999)   Wto 31 Paź 2017, 19:55
A więc schowana od świata, skąd mogła wiedzieć, że powinna nienawidzić Leona, a nie tańczyć z nim w najlepsze, śmiać się i pozwalać na pocałunki, które zdarzyły się zdecydowanie zbyt prędko. Nie według jego zegara, bo on akurat nie powinien narzekać, ale gdyby Kassandra się dowiedziała, to na pewno potępibłaby zachowanie brata, który wykorzystał okazję. Tylko czy można tak nazwać ich przypadek? Przecież nic nie wykorzystywał, bo oddał za te pocałunki, za te tańce, za te szepty przemiłe, swoje serce. Dość dużo i dość szybko, Tedzie Mosby.
On też zresztą nie mógł wiedzieć, że ta istota piękna, to siostra znienawidzonego Endara. Nie mógł? No nie mógł, przecież skoro się nie lubił z Sorokinem, to nie szukał go w tłumie ludzi i nie zastanawiał się, kto taki jest jego siostrzyczką młodszą. Czy nie widział podobieństwa? Pewnie jedynie podświadomie, a może właśnie jako pozytywny człowiek, musiał mieć równowagę pomiędzy tym jakim uczuciem darzy kogoś o rysach tak zbliżonych do Endarowych - i im bardziej kochał Jasną, tym bardziej nie lubił Endara. Coż za absurd, przecież mózg tak nie działa, a tym bardziej serce nie może kierować się tak prostymi algorytmami. Więc przyjmijmy po prostu, że jest to niewyjaśnione: dlaczego nie skojarzył od razu twarzy Jasnej z twarzą swego zaciekłego wroga. Najpewniej nie jest wcale aż takim mądrym stworzeniem.
Teraz stoi przed nim Jasna, która powoli się od niego odsuwa, w duchowym tego słowa znaczeniu. Nie mając pojęcia co się w jej życiu zmieniło w ostatnim miesiącu, tygodniu, dniu, może gratulować tylko temu młodszemu o rok sobie, który kazał sobie odpoczynek wieczny od młodej Sorokiny. I może też żałować ogromnie jego serce, bo na widok ukochanej osoby, coś go skręca w żołądku i zaraz jakby miał zemdleć. Jak to możliwe, że jest wciąż taka droga, mimo, że zaczyna być obcą? Czy intensywność i kolor relacji w której tkwili, stoi za tym, że tak trudno jest się rozłączyć. A może to kwestia jakiejś kosmicznej mocy, która nie pozwala rozłączyć się dwóm połówkom jednej duszy, które raz się spotkały. Tak czy siak, Leon, przekonany o tym, że jest silnym mężczyzną, zdolnym do poświęcenia w imię dobrego, właśnie okazuje się być wielkim tchórzem, który mydlane ma spojrzenie, lecz na szczęście schowane w masce.
Piękna Sorokina, jasność jej skóry onieśmiela. I kiedy dotyka kamienia, który kazał włożyć w najpiękniejszy z łańcuszków, przypomina sobie jak świeciły jej oczy z radości, kiedy rozpakowywała prezent. Jako Onegin, uwielbiał kamienie szlachetne, a jako zakochany w Jasnej, był przekonany, że powinna nosić suknię utkaną z samych diamentów. Gdyby tylko pozwoliła mu dać swoje nazwisko, zaraz kazałby dla niej stworzyć takie dziełko. Póki jednak spotykali się pokątnie, nie mógł dać jej nic odpowiedniego, więc prawdę mówiąc ten naszyjnik był na prawdę odważnym prezentem.
- Nie znajdziesz jej tutaj, nie przyszła - ukróca ciekawość Sorokiny, bo zauważył te ukradkowe spojrzenia. Oczywiście szukała Matrioszki, lecz niestety była żona Leona była właśnie w zupełnie innym pałacu na zabawie sylwestrowej. Albo siedziała zamknięta w wieży i robiła coś w eliksirach. Leon nie czeka dłużej z nowinami, oświadcza sucho. - Rozwiedliśmy się - a później dodaje, chociaż może to niepotrzebne: -Obyło się bez Twoich żałosnych prób manipulacji - tu oczywiście wspomina listy Jasnej, które ta wysyłała chcąc go zatrzymać przy sobie symulowała, że będą mieli potomka. Okropna manipulatorka!
Nagle robi mu się źle, że stoi tu z nią, zdenerwował się, więc zaraz skinął jej pobieżnie głową i wyszedł na korytarz.

(chodź gdzieś na ubocze się pokłócić)
Powrót do góry Go down
avatar


Irkuck, Rosja

24 lata

błękitna

za Starszyzną

klątwołamacz, specjalizacja: magia rytualna
http://petersburg.forum.st/t1045-jasna-sorokina http://petersburg.forum.st/t1262-jasna-sorokina#5059 http://petersburg.forum.st/t1068-jaszka#3913 http://petersburg.forum.st/t1059-rave
PisanieRe: Niech żyje bal (J. Sorokina, L. H. Onegin, Odessa, 1998/1999)   Sro 01 Lis 2017, 16:05
Przez chwilę jeszcze urok chwili trwa, rubin jakby promieniuje łagodnym ciepłem, zespół zaczyna grać walca a jej szczenięce serce tak niepewne samej siebie trzepocze w klatce żeber, byle bliżej utęsknionych dłoni, byle w te ramiona wpaść, w których miała miejsce od pierwszych chwil poznania. Romantyczne zawodzenie wiolonczel, stojących w równym szeregu na scenie w oddali, pociągłe ruchy smyczków, pociągłe spojrzenie Sorokiny zwracające się w stronę jego twarzy - jak dobrze, że nosił maskę, nie mogła zapaść się bez ratunku w te rysy, te załamania policzków i żuchwy do których nocami tęskniły jej palce. Na oświadczenie o nieobecności żony wydyma lekko usta, chcąc podkreślić, jak bardzo jej to nie obchodzi, jednak wiadomość o rozwodzie podrywa jej kąciki ust w nikłym cieniu uśmiechu. Przez ułamek chwili głupi rozum gówniary łudzi się jeszcze, że wszystko będzie dobrze, zostawił żonę i będzie tylko z nią, będzie tylko jej, gasnąca iskra uczucia rozbłyska boleśnie w piersi..! by zgasnąć na zawsze, zmrożona chłodem jego głosu.
Żałosnych. Manipulacji.
Zamyka oczy, przełyka ślinę, zaczęło się, zapaść, wyłączenie systemu, panika, ucieczka, chciało jej się znowu wymiotować i płakać i rozbić komuś coś, zniszczyć coś bardzo cennego, najlepiej same kryształy albo zabytkowe wazy. Zanim ciemność paniki dławi jej trzeźwe myślenie ostatecznym całunem przykrywając resztki zdrowego rozsądku widzi jedynie, jak Onegin kiwa na nią bez szacunku najmniejszego w tych szafirowych oczach i wychodzi między ludźmi gdzieś w dalszy korytarz.
A ona stoi, wrośnięta w ziemię długimi, czarnymi korzeniami rozpaczy, które zaraz wyrywa z suchej ziemi goryczy i pali tę rozpacz w głowie, pali święte ognisko, niech płonie, pozwala sobie w tym ogniu na nowo się oczyścić nim dziewczęca naiwna wrażliwość umrze na zawsze, przykryta grubą, znajomą, zimną śniegową pierzyną.
Była Sorokiną, choć gniew i smutek zagotował się jej w gardle tak, ze niemal puściła nosem bąbelki, wyrosła w białych murach Irkuckiej twierdzy, gdzie nie było miejsca na wybuchy, na żar, gdzie nikt nigdy się nie kłócił ani nie walczył ze sobą mściwie. Wszystkie emocje można było spłaszczyć, wyciszyć, tak strach przed ojcem, tęsknotę za najstarszym bratem, tak miłość do najmłodszego z nich, wszystko można kilka tonów w dół, bliżej szarości, dalej od krańców skali.
Co się stało, już się nie odstanie, decyzje zostały podjęte, a życie, które nigdy nie miało się zdarzyć umarło, rozlewając truciznę niewypowiedzianej pretensji po całym jej ciele. Gotowa była udawać, że nigdy nic, że to nie prawda, wyprzeć się wspomnień i lekarskiej przysługi, jednak te dwa słowa, te dwa jak krzemienie jeden o drugi zderzając się podpalają tę truciznę niczym benzynę, która ogołaca w głowie wszystkie uczucia jednym, krótkim wybuchem.
I zostaje pustka. Białe zimno.
Sięga po jeszcze jednego szampana, opróżnia kieliszek przyglądając się lawirującym w walcu parom, niech czeka, niech czeka już zawsze. Powolnym gestem odstawia pusty kieliszek żując kolejną truskawkę i leniwym krokiem, wcale niespiesznie podąża za Oneginem. Białe zimno, w oczach, białe zimno, na twarzy, białe, zimno. Zimno.
- Przykro mi, Leonie, żeście się rozwiedli. - mówi, odnajdując go gdzieś w plątaninie pustych korytarzy i zatrzymuje się, zachowując dystans.
Powrót do góry Go down
avatar


Jekaterynburg, Rosja

29 lat

błękitna

za Starszyzną

obrońca sądowy
http://petersburg.forum.st/t1078-leon-hiacynt-onegin-budowa#3959 http://petersburg.forum.st/t1092-leon-hiacynt-onegin#4039 http://petersburg.forum.st/t1091-leon-hiacynt#4037 http://petersburg.forum.st/t1097-kreska#4063
PisanieRe: Niech żyje bal (J. Sorokina, L. H. Onegin, Odessa, 1998/1999)   Czw 02 Lis 2017, 14:14
I mielibyśmy znów dać się poddać muzyce i znów tańczyć, udawać, że tak pięknie, tak niewinnie się znamy. I znów za tydzień czy miesiąc złamałbym obietnicę i poprosił, żeby mi wybaczyła i żebyśmy spotkali się gdzieś, gdzie będziemy mogli być tylko we dwójkę. I okłamując wszystko, szczerze byśmy się sobą cieszyli. Tylko co później? Czy znów nie pokłócilibyśmy się o to samo. Czy nie zaproponowałbym jej, żeby została moją żoną? A ona znów nie przystałaby na tę propozycję. I dalej nie wiedziałbym, dlaczego nie mogła po prostu zgodzić się na mój układ. Czy tak wiele zniszczyłby w jej życiu, gdybym zabrał jej nazwisko? Ktoś inny zrobi to zamiast mnie, więc czy nie mogłem być to ja? Ona znów powiedziałaby, że widzi tylko jedno wyjście. A ja nigdy nie mógłbym posunąć się do zabicia Matrioszko. Nawet w tym wielkim pragnieniu miłości, nie znajdywałem w sobie takiej umiejętności.
Więc zamiast poprosić ją do tańca, odchodzę. I myślę, że te całe wieki ciszy z mojej strony zrobiły mi lepiej, bo umiem odejść. Tylko, że kiedy tylko wyszedłem z sali, to zaraz chciałem zawrócić i spytać, czy usłyszała co powiedziałem, bo to było bardzo niemiłe i nie powinienem tak jej powiedzieć. Niezadowolony z siebie, a z powodu tego spotkania dziwnie poruszony, biorę z tacy przechodzącego kelnera dwie szklanki wódki i wypijam je na raz. Skrzywiłem się okropnie i na chwilę utraciłem możliwość oddychania. I byłem już prawie szczęśliwy, bo skoro nie mogłem oddychać, to nie mogłem też żyć, a bez życia, nie musiałbym już nigdy roztrząsać problemu serca mojego, które bije zbyt szybko na widok pewnej panny.
Znalazłem się w jakiejś pustej części tego zamku, gdzie mogłem bez zastanowienia oprzeć się o ścianę i kaszleć i przecierać twarz w zmęczeniu, zostawiłem więc maskę gdzieś na pobliskim stoliku i dochodzę powoli do wniosku, że muszę albo wrócić i odnaleźć Jasną, albo zaraz się deportować do domu. Nie powinienem odnosić się do niej tak oschle, przecież niczym nie zawiniła. To ja jestem w gruncie rzeczy odpowiedzialny za to, że ma teraz połamane serce. Nie powinienem nigdy dać się nabrać tym romantycznym pragnieniom, nie powinienem pozwalać, żeby moja relacja z nią wygladała jak wyglądała. Ale jestem jednocześnie przerażony, bo wiem, że  Sorokina była skłonna zrobić wszystko, żeby zakończyć moje małżeństwo. I kiedy już miałem uciekać, pojawia się ona za moimi plecami.
I znów kłamie, tylko po co. Przecież nic na tym nie zyskasz najdroższa, żadne kłamstwa świata nie wymarzą z mojej głowy tego, co powiedziałaś o Matrioszce. Że ją zabijesz, że zrobisz to bez mojego pozwolenia. Nic nie wymarze tych kłamstw o jakiejś ciąży. Będę pamiętał, że posunęłaś się nawet do tak drażliwej kwestii. Odwracam się, wzruszam ledwie zauważalnie ramionami.
- Przecież wiem, że ci nie jest - jest mi tak smutno, bo to jest trudne. Rozwieźć się. Powiedzieć całemu światu, że się popełniło jakiś wielki błąd kiedyś, przyznać to przed kimś kto był tak ważny, najważniejszy. I jeszcze teraz rozmawiać o tym temacie z kimś, kto się wyraźnie cieszy z tej porażki. Biorę maskę w dłoń i patrzę na nią przez chwilę w zadumie, a później postanawiam wyjawić resztę tajemnicy, skoro juz i tak jesteśmy schowani.
- Nie miałaś z tym nic wspólnego, ale właściwie to trafiłaś tymi swoimi listami jak kulami morderczych zaklęć w moje serce. Bo rozwiedliśmy się z Tuśką z powodu dziecka, a właściwie jego braku. No i powiedziałem jej, że już nie jest jedyną kobietą w moim życiu. To ją bardzo zabolało   - a mnie jeszcze bardziej, tylko że ja zaczynam się denerwować na Jasną (Cholerę) i chyba wchodzę w ten etap, kiedy będę ją obwiniać. - Nie musiałaś tego robić, wtrącać się i szydzić z naszej sytuacji
Bo tak to odbierałem, te jej listy. Przecież to oczywiste, że sobie ze mnie żartowała. Ze mnie i Matrioszki, że jesteśmy razem siedem lat i nie możemy mieć nawet jednego dziecka.
Powrót do góry Go down
avatar


Irkuck, Rosja

24 lata

błękitna

za Starszyzną

klątwołamacz, specjalizacja: magia rytualna
http://petersburg.forum.st/t1045-jasna-sorokina http://petersburg.forum.st/t1262-jasna-sorokina#5059 http://petersburg.forum.st/t1068-jaszka#3913 http://petersburg.forum.st/t1059-rave
PisanieRe: Niech żyje bal (J. Sorokina, L. H. Onegin, Odessa, 1998/1999)   Czw 02 Lis 2017, 14:54
Przystaje przy jednej z komódek na giętych, drewnianych nogach i stoi. Jak posąg marmurowy smutnej żałobnicy, w sukni czarnej, utkanej z nocnych rozpaczy. Patrzy na niego jasnymi oczami nie kwapiąc się nawet by zdjąć maskę - po co zresztą, twarz miała kamienną tak czy inaczej, maska pod maską, na nic byłoby jej odkrywanie. Przygląda się jak ramionami wzruszasz, słucha Twoich słów, ale wygląda przez chwilę jakby je ignorowała, zbyt skupiona na jakiejś myśli kręcącej się jej po głowie.
- Jest. - mówi sucho, tonem nieznoszącym sprzeciwu. Nigdy tak do Ciebie nie mówiła- Nic nie wiesz o tym co czuje. - chłód, zdystansowanie, kalkulacyjna ostrożność w doborze słów. Ta strona Sorokiny, którą mało kto ma nieszczęście poznać, dumna, zimna, jak lśniąca zbroja wyciągnięta z ikruckiego zamku, prosto z kolekcji Osipa. Tarcza, za którą mogła schować serce, rozum i duszę, twarz, którą mogła wystawić przed każdy ogień i nie bać się wcale, a tego potrzebowała najbardziej, bo lęk pełzł jej już po łydkach, kolanach, miał na imię Onegin i pachniał wiosennymi kwiatami.
- Przykro mi, że jedna rzecz, którą mogłam sobie wytłumaczyć Twoje obrzydliwe zachowanie okazała się puchem. - poniosła rękę, w końcu wprawiając ciało w ruch i dotknęła palcami bursztynowego klosza lampy stojącej na komódce- Każdą kobietą w swoim życiu tak się bawisz? - cedzi słowa, dobiera jak bukiet, wieniec pogrzebowy waszej relacji. Nie musi, ale potrzebuje, coś pogrzebać należy, pożegnać, inaczej nigdy nie zazna spokoju. Ani jej dusza, ani jej dusza. - Przecież jest jedyną kobietą w Twoim życiu. - mówi powoli. W sumie może być pewna, że nie miałeś innych kochanek, zawsze byłeś za dobry, za szczodry. Bardzo Cię za to nienawidzi, bo wciąż nie może uwierzyć w szczerość Twoich uczuć, przecież gdyby były prawdziwe, gdyby żar waszej miłości był tak gorący jak jej się zdawało, bez wahania w mig przepaliłby więzy małżeńskie, więzy rodzinne, więzy krwi. Mieliście niedoskonałą miłość i teraz płać, płać i płacz.
Oblizuje powoli pełne wargi, sunąc palcami po wypustkach pomarańczowych kamieni, żarzących się ciepłym światłem tkwiącej w lampie żarówki. Wygląda, jakby miała rzucić straszną klątwe, Leonie uciekaj, ma wzrok pochmurny, głos niski, bije od niej chłodem i niechęcią. Usta rozciągają się powoli w uśmiechu pełnym goryczy, a ukryte pod maską brwi drgają nieznacznie, jakby ten uśmiech kosztował ją więcej wysiłku, niż jakiekolwiek fizyczne ćwiczenia.
- Och szydzić... - mruczy - ...jeszcze nawet nie zaczęłam szydzić. - podnosi drugą dłoń do piersi- A mam w sercu tyle... goryczy Hiacyncie, tyle... złości. - w końcu wlepia spojrzenie pustych oczu w kropki Twoich źrenic - Tak dużo, że mi może nie starczyć jednego życia, by wszystko z siebie wyrzucić samym szyderstwem...
Kolos przenosi ciężar ciała z jednego biodra na drugie, stawia krok w Twoją stronę, drugi, bardzo powoli, jak ptasznik podchodzący ofiarę by ukąsić nagle i wpuścić jad w samo miękkie podbrzusze.
- Dam Ci trochę tej trucizny, jest cała Twoja, a ja jej nie chcę.
Tka zdania jak zagadki, krąży wokół jakiegoś tematu, utrzymuje dystans nawet w sferze emocjonalnej. To nie jest Jaszeńka Twoja, to nie ten chichotek o gorących dłoniach i lśniących w świetle księżyca oczach. Cóż jej się mogło stać.
Powrót do góry Go down
avatar


Jekaterynburg, Rosja

29 lat

błękitna

za Starszyzną

obrońca sądowy
http://petersburg.forum.st/t1078-leon-hiacynt-onegin-budowa#3959 http://petersburg.forum.st/t1092-leon-hiacynt-onegin#4039 http://petersburg.forum.st/t1091-leon-hiacynt#4037 http://petersburg.forum.st/t1097-kreska#4063
PisanieRe: Niech żyje bal (J. Sorokina, L. H. Onegin, Odessa, 1998/1999)   Czw 02 Lis 2017, 16:13
Nie jestem zrobiony z kamienia i nie umiem w tym świecie żyć tak jak trzeba. Bo powinienem się odpowiednio nastroić i założyć maskę nie z papieru, nie plastiku, ale z uczuć, czy raczej ich braku. Taką, która pilnowałaby mięśni twarzy i w której mógłbym mówić, że nie kocham, a myśleć odwrotnie. Ja, mecenas, jeden z lepszych w mieście czy w kraju, nigdy nie będę tym, który będzie walczył o to w co nie wierzy. I zaraz pojawia się w mojej głowie to nasze Oneginowe "sprawiedliwość wymierzamy sami". Czy wiesz, jak moja interpretacja tego motta jest daleka od tej, którą wyznaje pół mej rodziny. Jestem jak samotnie stojący pośród głodnych mięsa wegetarianin. I mam wokół siebie tych ludzi, którzy chcieliby przelać wszystką krew i zdobyć władzę. A ja, ja zupełnie inaczej rozumiem nasze motto. Ja chciałbym, żeby oni wszyscy zaczęli traktować sprawiedliwość serca ponad prawem oko-za-oko. Lecz to się na razie nie dzieje. Wcale.
- Ostatnio dość dosadnie wyjawiłaś mi swoje plany - jestem niewzruszony, ale wciąż  patrzę na nią pozytywniej niż chciałbym. Widzę w niej młodą, wspaniałą kobietę, która jest tak odważna, tak silna. Może zbyt silna jak na moje standardy? Może to jej pragnienie mordu było jednak czymś uzasadnione? Może to mój błąd, że nie odczytałem tego poprawnie? Ale do diaska, przecież groziła mi, że zabije mi żonę, czy to jest przynajmniej odrobinę normalne? Czekam na jakieś wyjaśnienie, dlaczego niby nie mam pojęcia o jej uczuciach. Jeżeli jeszcze jakiekolwiek ma.
I widać po mojej twarzy, bo przecież nie jestem z kamienia, że coraz mniej rozumiem co ma mi do powiedzenia Jasna. Że się bawię kobietami i że zrobiłem coś, jakieś nieokreślone c o ś, co sprawiło, że jest puchem to jej wyobrażenie o mnie. Mam niewyraźną minę z niewyraźnym uśmiechem. Z grymasem, który rozkazuje: wyjaśnij mi, bo ja nie rozumiem. Ale czy ona cokolwiek chce wyjaśniać? Zaczyna zachowywać się przerażająco i mówić jakieś słowa, których nie do końca jestem gotów zrozumieć.
Podążam spojrzeniem za jej dłonią, za traktem jej oczu. Skąd w niej tyle jadu, skąd ten ton. Ach tak, przecież rzuciłem ją jakiś miesiąc po walentynkach. I nie wiem, że ma na myśli coś innego, kiedy mówi o goryczy i złości. Dlatego tak naiwnie się bronię:
- Przecież musiałem to zrobić, dobrze wiesz, że to nie miało przyszłości.  Żadne z nas nie ustąpiłoby drugiemu - a w każdym razie, ty nie ustąpiłabyś mi, a powinnaś. Wtedy wszystko byłoby o tyle łatwiejsze. Nie chcę się kłócić, ale ona mi miesza w głowie i po raz kolejny patrzę na nią zdumiony. Trucizna? Jaka trucizna. Już sam jej ton i sposób zachowywania się jest dla mnie trucicielski. Mogę jedynie starać się udawać, że mnie to nie wzrusza.
- O czym ty mówisz - zastanawiam się w końcu, kiedy już tak zaczęła krążyć myślami wokół jakiegoś zagadnienia. Może ma zamiar mi ukrócić cierpienie i wbić sztylet nasiąknięty jakąś trucizną. A może rzuci na mnie zaklęcie, a może rytułał, może wyrośnie mi druga głowa, żeby mogła mi obie wyrwać i zdeptać?
Moje jedyne przemyślenie to takie, że chodzi jej o to złamane serce. I myślę sobie, dobrze, będę mężczyzną, wezmę to jej cierpienie, przecież mimo wszystko ją kocham. I nie zaprzeczyłem, że moja była żona jest jedyną kobietą w moim życiu. A przecież nie jest.
- Dobrze, to oddaj mi tę truciznę, żebyśmy już nigdy nie musieli wracać do tego tematu. - macham zdenerwowany ręką i patrzę za jej plecy, czy nie idzie ktoś kto mógłby podsłuchać, jak na mnie krzyczy, że jej zabrałem kawałek młodości i już nigdy jej go nie oddam. Bo nie oddam, obiecuję.
Za tego Hiacynta zostawię sobie to wszystko w swojej biblioteczce myśli.
Powrót do góry Go down
avatar


Irkuck, Rosja

24 lata

błękitna

za Starszyzną

klątwołamacz, specjalizacja: magia rytualna
http://petersburg.forum.st/t1045-jasna-sorokina http://petersburg.forum.st/t1262-jasna-sorokina#5059 http://petersburg.forum.st/t1068-jaszka#3913 http://petersburg.forum.st/t1059-rave
PisanieRe: Niech żyje bal (J. Sorokina, L. H. Onegin, Odessa, 1998/1999)   Czw 02 Lis 2017, 18:54
Nigdy nie umiałeś dobrze udawać. Przecież dlatego tak łatwo szturmem wdarłeś się do jej serduszka naiwnego, bo tyle duszy wlewałeś w te zblazowaną smarkulę z wysokiego rodu. Stoi tak i patrzy na Ciebie, a żar złości podchodzi jej do nosa. Gdyby była gorgoną, smokiem, już dymiłaby, krzesząc z oczu skry, a tak, tylko człowiekiem będąc, przełykała gorycz próbując jak najusilniej nie płakać, nie tu, nie teraz. Za dużo już łez przelanych w Twoim imieniu, za dużo nocy bezsennych, miłość ta wasza kosztowała ją życie - nigdy nie zapłaciłbyś za nią takiej ceny.
- Nie bądź niedorzeczny! - rzuca niemal szczeknięciem, krzywiąc się szpetnie- Przecież nie zabiłabym Twojej żony, durniu.
Obiecywała Ci też, że Ci pelerynę z gwiazd utka, że będziecie pływać nago w Morskim Oku, że jak kupisz jej piaskowy zamek na Saharze, to nauczy się tańca brzucha, a Ty z tego wszystkiego postanowiłeś zapamiętać morderstwo, jakby ze wszystkich tych obietnic to ono było najprawdopodobniejszą obietnicą.
Żachnęła się, zadzierając głowę i splatając ciasno ramiona na piersi. Mlaszcząc próbowała usilnie przełknąć tę dziwnie pęczniejącą w gardle gulę, jakby jajko całe połknęła, a ono twarde i kanciaste niczym diament, wcale a wcale nie chciało spłynąć, pozwalając jej normalnie oddychać. Biorąc płytkie wdechy, we wzburzeniu tonąc jak w skorupce, łupince na otwartym morzu, próbuje wciąż pozostać w swojej lśniącej zbroi w której tak czuła się pewnie, ale im więcej słów mówisz, tym bardziej ją boli Twój widok, tym bardziej serce kole, oczy pieką niemiłosiernie.
- Wszystko ci dam! - wybucha nagle, niespodziewaną złością, na powrót jakby ogień ten w niej zbudził się, zastępując lód. Niespokojna dłoń z piersi uniosła się na szyję i zrywa już z szyi rubin i rzuca Ci prosto pod nogi z pogardą, a piękny kryształ pęka z trzaskiem, trzymany w kupie tylko dzięki tym misternym zdobieniom, które sam zaprojektowałeś myśląc o swej ukochanej
- Wszystko mi zabierz, Hiacyncie, truciznę zabierz tak jak głupie serce, tak jak zabrałeś zdrowe zmysły! - podnosi gniewnie głos, który zaczyna drżeć niebezpiecznie na graniczy histerii i płaczu - Naiwność moją, głupią, dziewczęcą niewinność! - krzyczy niemalże i nagle milknie, próbując opanować drżenie rąk, drżenie całego ciała niemal, tak bardzo walczy, żeby nie okazywać żadnej słabości a niemal rozpada się tu i teraz. Harda mina, zmarszczone brwi, usta zaciśnięte w wąską linię, jak szybko iskrą jedną pozbawiłeś ją całego chłodu, całej obojętności, którą zdążyła sobie wyhodować podczas Twojej nieobecności w jej życiu.
- Jedno, czego oddać Ci nie mogę, choć bardzo bym chciała to żałoba i poczucie winy... - mówi cicho, całą twarz ma brzydką ze złości i nawet te łezki co to ich powstrzymać nie mogła już nie są ani odrobinę rozczulające- ...bo to ja musiałam zabić dziecko, którym Ty - wchodzi na jadowite tony - w swojej szczodrości niezmierzonej, raczyłeś wzgardzić...
Powrót do góry Go down
avatar


Jekaterynburg, Rosja

29 lat

błękitna

za Starszyzną

obrońca sądowy
http://petersburg.forum.st/t1078-leon-hiacynt-onegin-budowa#3959 http://petersburg.forum.st/t1092-leon-hiacynt-onegin#4039 http://petersburg.forum.st/t1091-leon-hiacynt#4037 http://petersburg.forum.st/t1097-kreska#4063
PisanieRe: Niech żyje bal (J. Sorokina, L. H. Onegin, Odessa, 1998/1999)   Czw 02 Lis 2017, 20:17
A on uwierzył w każdą z jej obietnic, bo każda obietnica którą jej składał była prawdziwa. Przecież gdyby tylko oddała mu się, to zaraz kupiłby pustyni taki kawał, żeby postawić jej największy pałac. I ozdobiłby jego ściany rubinami, szmaragdami i diamentami i kazałby sługom zbierać każdą łzę, którą uroni. I byłaby jego księżniczką, dla której sam zszedłby do podziemi kuć kamienie, gdyby tylko zażyczyła sobie czegoś czego nie mógłby kupić. A gdyby cena go przerosła, to ukradłby dla niej nawet księżyc. Tylko, że miał warunek, jedną tylko cenę chciał, za te wszystkie dobra.
I co, i nico.
I uwierzył też w to, że Jasna zabije jego żonę. Bo widział jej minę, widział jej oczy. Przepełnione szaleństwem oczy kobiety, której właśnie połamano serce. Teraz widzi oczy kobiety, która pozbawiona jest nadziei i gdyby tylko mogli cofnąć się o krok i porozmawiać, to spytałby dlaczego jest taka smutna. Ale nie mogą tego zrobić, muszą to ciągnąć, aż z tej kłótni będzie wybuch, który jest naturalną konsekwencją tykania zegara bomby, która pomiędzy nimi wyrosła te kilka miesięcy temu.
- Już nie wiem kim jesteś, może byś zabiła, może wcale cię nie znam - przyszedł czas na oskarżenia, na rzucanie błotem, na rzucanie kamieniami. I kiedy kamienie z jej szyji rozpadają się pod jego stopami, przez ułamek sekundy patrzy na nie w przerażeniu. Czy ona właśnie zniszczyła ten jeden, największy prezent, który mógł jej dać? Bo przecież nie mógł jej faktycznie kupić nic bardziej rzucającego się w oczy, jak pałac czy stado małych piesków, jeżeli spotykali się jedynie potajemnie. Mógł jej dać jakieś futro, mógł dać kolię, którą ona usprawiedliwiłaby przed znajomymi kaprysem bogatej panienki. Przecież kocha wyglądać dostojnie, sama sobie taką mogła kupić. Albo dostać od zakochanego w sobie artyście. I niekoniecznie musiało to wskazywać na dziedzica Oneginów. Dwa ułamki sekundy, tylko tyle warte są teraz te klejnoty Oneginów, a i symbol mojej miłości, w obliczu tego, że Jasna właśnie mówi, co jej zabrał.
I ma tak cholernie racje, jak tylko ona ma prawo mieć. Zabrał jej niewinność dziewczęcą i możliwość posiadania pięknej pierwszej miłości. Zniszczył dobre dziecko i dobrze o tym wie. Lecz, kiedy to ona mówi mu to w twarz, to oczywiście chce jej zaprzeczyć. Że nie, że tak nie było, że to ona pierwsza zabrała mu serce, że gdyby tylko nie wciągnęła jego duszy, to nigdy nie zostawałby tak nierozważnie. I niech ten rubin pęknięty w środku, największy w całej Rosji rubin, właśnie zniszczony siłą złamanego serca, będzie symbolem tego jak posypała się ta cała prawda i jak nagle wszystko z rąk ich spada i się niszczy. W mgnieniu oka rusza do niej i chce kazać być cicho, ale tej się w głowie kotłuje i wygaduje głupoty. Zdenerwował się ogromnie i zanim tamta kończy on ukróca: - Nie było żadnego dziecka, przecież to niemożliwe - a patrzy na nią jakby właśnie przesunęła się jego granica wytrzymałości. Wspominanie o dziecku, które jeżeli miało być to jedynie w małżeństwie, i to chcianym, a któego nie mogli wciąż począć z Matrioszką zniszczyło spokój Leona. Jak mogła teraz podnosić tak drażliwy temat, skoro wiedziała, jak jest dla niego to trudne? Mógł słuchać, że zrobił z niej pustą wydmuszkę, mógł widzieć jak jest nieszczęśliwa, i mógł otrzymywać ciosy mocne powalające na kolana. Mógł, chociaż nie mógł. Ta odpowiedzialność za zniszczenie Sorokiny ciążyła. To go niszczyło i wiedział, że przy całej swej dobroci, to go zniewala jak grzech największy. Ale mógł to wziąć na swój kark, bo tak, tego był winien. Ale jednak nie na wszystko się zgadzał, a na pewno nie na te jej kłamstwa, które teraz mówiła. One wyprowadzały go z równowagi. Odrzucił maskę, którą trzymał w dłoniach, z taką siłą, że uderzając o ziemię rozwaliła się na kilka kawałków. Aż huknęło! - Zdecyduj się w końcu, czy jesteś morderczynią czy tylko mnie straszysz. Znów sobie ubzdurałaś coś nowego, ale wiedz że na mnie już te twoje sztuczki nie działają- chociaż oczywiście działają ogromnie - D o r o ś n i j. Sorokiny nigdy nie wejdą do Kryształowej Twierdzy, nieważne co sobie wymyślisz. Miałaś jedną szansę na to, nie musiałaś posuwać się do takich manipulacji. Nie uwierzyłem ci wtedy i nie wierzę ci teraz - zawiesza głos i łapie sie za pierś, jakby miał dostać jakiegoś zawału, tak się zdenerwował. I patrzy z jakimś niewysłowionym żalem w twarz drogiej Sorokiny i nagle widzi te łzy i te oczy i te usta, które się w zdumieniu, że on nie łapie jej bajek, aż otworzyły i drżą. A co jeżeli... a co jeżeli ona nie kłamie? Może mówiła prawdę?
Teraz to dopiero go zatyka i dopiero go boli to serce. I skrzywił się i patrzy na nią nierozumiejąco i wydukał jakby nagle zmienił całkowicie zdanie:
- Ale jak to zabiłaś?
Powrót do góry Go down
avatar


Irkuck, Rosja

24 lata

błękitna

za Starszyzną

klątwołamacz, specjalizacja: magia rytualna
http://petersburg.forum.st/t1045-jasna-sorokina http://petersburg.forum.st/t1262-jasna-sorokina#5059 http://petersburg.forum.st/t1068-jaszka#3913 http://petersburg.forum.st/t1059-rave
PisanieRe: Niech żyje bal (J. Sorokina, L. H. Onegin, Odessa, 1998/1999)   Pią 03 Lis 2017, 11:26
Oczywiście, że tak. Kiedy złożyła te upiorną obietnicę wystarczyło, by Leon tylko głową skinął, lekko, lekuteńko, Jasna już zajęła by się wszystkim, namotała z przędzy kokon zguby, w którym ukołysałaby niczego nieświadomą panią Oneginę do wiecznego snu. Teraz tylko tak mogła się wypierać bo im dłużej się nad tym zastanawiała tym bardziej jej się wydawało absurdalne, że ona by mogła, komukolwiek, taki straszny podarek zrobić, tak okrutny, bezwzględny, pozbawiony miłości. To nie była ona..! A zarazem ona w całości, do ostatniej nutki - właśnie to przecież zrobiła. Chcąc dać mu szczęście i święty spokój podjęła się zadania i pozbawiła życia niewinną istotę, jeśli lubisz wierzyć, że to co nosiła pod sercem już istotą było. Ona wierzyła.
Przez krótką chwilę przerażenie malujące isę na Twojej twarzy na widok rozbitego rubinu działa na nią jak miód na rany, uspokajasz, bo coś Cię jednak z tego 'wiem wszystko najlepiej' spokoju wyrwało i choć rozbity rubin niczym jest w porównaniu do bólu rozbitego serca, Twoje oczy rozwarte szeroko śpiewają kołysankę ukojenia. Przez krótką chwilę, bo zaraz jadowita żmija jej podświadomości syczy, żeś się tym rubinem bardziej przeraził, niż czymkolwiek innym, jakąkolwiek informacją jaką się chciała z Tobą podzielić i gniew zaraz pod gardło jak żółć podchodzi, znów z oczu skry krzewi.
D o r o ś n i j.
Wypuszcza z płuc głębokie westchnienie, ciężki oddech, gorący. Najgorsza obelga. Nie musisz jej powtarzać, ojciec z matką mówią jej to cały czas, Rumiana wbija do głowy z każdą złośliwą szpilą, nawet Endar w oczach ma czasem politowanie. Dorośnij Jasna, dorośnij! ...ale wcale też nie dorastaj, bądź słodka i urocza, bądź naiwna i niemądra bo tego od Ciebie się oczekuje. Tylko dorośnij do cholery!
Sorokiny nigdy nie wejdą do Kryształowej Twierdzy.
Od wstrzymywania oddechu zaczyna sinieć jej twarz. Na plaster do dupy jej ta kryształowa twierdza, gdyby Sorokinowie chcieli to by ją zrównali z ziemią - tak sobie myśli!, zniszczyli tak jak łatwo było rozbić ten czerwony kryształ, symbol waszej miłości. Syberia nie prosi o pozwolenie, Syberia nie przeprasza, ród irkucki nie wprasza się do niczyjego zamku i nikomu przymilnie rączek nie całuje. Głupi Onegin myśli, że tylko kryształy, tylko bogactwo, tylko diamenty, rubiny i bogactwo w głowie każdej nadobnej niewiasty na jego drodze. Nie mogło im się udać.
Kiedy tylko się do niej zbliża dziewczyna podnosi ostrzegawczo głowę, jak dzikie zwierze, robiąc krok w tył. W tym momencie była bardziej podobna do swojej matki, niż kiedykolwiek. Matrona Sorokina była kobietą oszczędną w słowach i uczuciach, spiętą zasadami i konwenansami, doskonale odnajdującą się w roli szykownej wybranki serca Nestora. Miała cierpliwość kamienia w rzece i bardzo rzadko wybuchała gniewem. Ale jeśli, kiedy już ktoś ją popchnął poza granice tej anielskiej cierpliwości, klękajcie narody.
Jasna dłoń wystrzeliła do przodu jak atakująca żmija, by zdzielić Onegina w twarz, wcale nie teatralnie, chciała go tak skrzywdzić, tak uderzyć, by mu tą pustą głowę z szyi strącić.
- Prędzej bym umarła, niż oddała nasze dziecko Twojej żonie. - warczy - ...a teraz... teraz już nie muszę się tym martwić Hiacyncie. W swojej bezdennej trosce postanowiłeś zignorować moje łzami pisane listy... - unosi dłoń ponownie, jakby chciała znów do rękoczynów się przymierzać, ale zaraz opada jej to ramię całkiem siły pozbawione - ...i zostałam z tą decyzją sama.
Powrót do góry Go down
avatar


Jekaterynburg, Rosja

29 lat

błękitna

za Starszyzną

obrońca sądowy
http://petersburg.forum.st/t1078-leon-hiacynt-onegin-budowa#3959 http://petersburg.forum.st/t1092-leon-hiacynt-onegin#4039 http://petersburg.forum.st/t1091-leon-hiacynt#4037 http://petersburg.forum.st/t1097-kreska#4063
PisanieRe: Niech żyje bal (J. Sorokina, L. H. Onegin, Odessa, 1998/1999)   Wto 07 Lis 2017, 17:30
Jak zniechęcić do siebie kogoś kogo się zna bardziej niż samego siebie, jak sprawić, by znienawidził i chciał Twojej śmierci? Wyciągnąć wszystkie jego kompleksy i nimi rzucać jak mięsem i kazać słuchać tych słów i mówić je z pewnością siebie. Więc dorośnij moja miła, bo mówiłaś mi nie raz, że tak boli Cię, że nikt nie chce wziąć Cię na poważnie i traktują jak dziecko, a przecież już nim nie jesteś. I dorośnij moja droga, bo świat idzie do przodu, a ty zostałaś daleko za plecami. I zdecyduj się najdroższa, bo wiem, że masz naturę porywczą, przecież właśnie to tak mnie zawsze w Tobie rozczulało. Że mówiłaś jedno, a zaraz zupełnie coś innego. Że potrafiłaś jednego dnia nie znosić ciasta czekoladowego, a kolejnego zamawiałaś sobie cały tort i  jedliśmy go kawałek po kawałku. Ponadto nigdy nie będziesz Oneginą, kochanie. Chociaż tego chcę najbardziej na świecie i gdybyś teraz powiedziała, że ty też, to zaraz cofnąłbym wszystkie słowa i uczynił Cię swoją żoną.
Czy wszystko już powiedziałem, co miałem powiedzieć? A ona, ona mi też robi to samo, przecież widzę. Mówi o dziecku, dziecku, którego nie mogłem doczekać się siódmy rok małżeństwa. I przez którego brak, teraz jestem samotnym człowiekiem. I mówi, że było jakieś dziecko, że ono było nasze. Nasze brzmi jak jakiś sen, jak spełnienie marzeń o których nie miałem pojęcia.
- Z w a r i o w a ł a ś ? - łączę jej słowa i jej oczy prawdą wojujące i odnajduję w środku sobie informację, że dopiero teraz się zdenerwowałem. - Nie mów mi, że to jest prawda. Nawet nie waż się przyznawać, że zabiłaś moje dziecko. Gdzie ono jest? - i się rozglądam, jakby miało wyjść zza zakrętu tych korytarzy ciemnych. Patrzę to na jej twarz, to znów mi siękręci w głowie i ściskam się za koszulę, tam gdzie serce. Oddycham płytko i będę miał zawał, na prawdę będę miał.
Powrót do góry Go down
avatar


Irkuck, Rosja

24 lata

błękitna

za Starszyzną

klątwołamacz, specjalizacja: magia rytualna
http://petersburg.forum.st/t1045-jasna-sorokina http://petersburg.forum.st/t1262-jasna-sorokina#5059 http://petersburg.forum.st/t1068-jaszka#3913 http://petersburg.forum.st/t1059-rave
PisanieRe: Niech żyje bal (J. Sorokina, L. H. Onegin, Odessa, 1998/1999)   Sro 08 Lis 2017, 06:03
Jasna przygląda się jego twarzy i uwierzyć nie może w jak oczywisty sposób widać wszystkie jego emocje, jak w kalejdoskopie, przetaczające się przez jego twarz. Jak mu policzki bledną, rumienią się, jak oczy mu skrzą się, a źrenice przed chwilą wielkości łebków szpilek rozszerzają w niedowierzaniu. I teraz dopiero widzi, że w końcu zrozumiał. Widzi, że powaga jej słów, jej czynu doszła do wnętrza jego głowy, zapukała do wrót rozsądku i przedstawiła się z imienia. Zaraz łzy niepowstrzymanym strumieniem ruszyły w dół jej twarzy bo i w końcu komuś mogła powiedzieć, podzielić się tym okropnym ciężarem. W końcu ktoś wiedział i kogoś bolało tak jak bolało ją. Widziała przecież jak się za serce łapie, wzrok jego spanikowany i choć chciała bardzo objąć go, powiedzieć racjonalnie, że nie było innego wyjścia, że nie poradziłaby sobie sama, a on przecież nie mógłby się nimi zająć. Przecież z chłodnego, pozbawionego emocjonalnego bagażu punktu widzenia to wszystko było niedorzeczne i dziecko było jak wisienka na torcie. Była jednak jeszcze za młoda, za głupia, wszystkie te d o r o ś n i j i wszystkie te z d e c y d u j s i ę były bardzo słuszne, bo nawet teraz nie umiała odnaleźć sensu w swoich czynach.
Zdołała tylko zapaść się w czarną dziurę świadomości, kiedy zimna żmija wypełzła z jej serca. Jego dziecka. No tak. Opuściła ramiona. Nigdy nie zależało mu na niej, była tylko zabawką, śliczną kwoką przy której mógł się szarogęsić dowoli. Zadurzoną w nim po uszy gówniarą bez wartości, która nawet mierząc się z ogromem tragedii jaki musiała udźwignąć sama, bo przecież nie mogła się nikomu poza Leonem zwierzyć z tego co się stało, została umniejszona do rozmiaru okruszka, wariatki, która zabiła jego dziecko. Ile zawodu może znieść jej smarkate serce, zanim się podda i powie - pierdolę to, wychodzę?
Może i miała te dwadzieścia lat, wciąż jednak była rozpieszczonym, niezdecydowanym dzieckiem, które musiało samodzielnie stanąć naprzeciw decyzjom mogącym zaważyć na jej całym życiu. I mając za wsparcie jedynego mężczyznę, którego kiedykolwiek zdołała pokochać, co dostała? Nic. Zepchnięcie na dalszy plan.
Wszystko zrobiło się znów zimne i puste. Rapsodia doznań kilkunastu minut zmęczyła ją bardziej niż cokolwiek wcześniej w całym życiu. Pociągnęła nosem raz, drugi, patrząc na Leona bez słowa po czym odwróciła się po prostu i opuściła korytarz. Przeszła przez salę roztańczonych ludzi, bal maskowy trwał w najlepsze, ludzie składali sobie noworoczne życzenia, kaskada barw za oknem, sztuczne ognie strzelające w czarne niebo, a ona marzyła tylko o jednym. Zapomnieć o wszystkim, raz na zawsze.
Deportowała się z lokalu prosto na Mahala.

z/t
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Niech żyje bal (J. Sorokina, L. H. Onegin, Odessa, 1998/1999)   
Powrót do góry Go down
 
Niech żyje bal (J. Sorokina, L. H. Onegin, Odessa, 1998/1999)
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Chwała niech będzie naszemu Panu!!!
» Straż Boża


Skocz do: