Навигация

Sala Myśliwska
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  



 

 Sala Myśliwska

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
avatar

PisanieSala Myśliwska   Czw 26 Paź 2017, 18:23
Sala Myśliwska

Pomieszczenie centralne zamku, to w nim odbywają się wszystkie uroczystości i ważne spotkania, wystawne kolacje lub bale dla gości. Na co dzień jest wypełniona ciepłym blaskiem rzucanym przez płomienie z czarnego, szerokiego kominka. Stoją tu meble z czarnego, poławianego drewna ze skórzanymi obiciami, podłogi jak i ściany pokrywają skóry i trofea wielu unikatowych okazów i zdobyczy z polowań, których historie są chętnie opowiadane przy wieczornym kieliszku czegoś mocniejszego. Niski, szeroki stół stojący na kilku kamiennych figurach zwierząt zamiast nóg otaczają szezlongi i fotele, a w kącie pomiędzy popiersiem nestora Osipa Sorokina, a spreparowanym tygrysem syberyjskim znajduje się bogato wyposażony barek.

Powrót do góry Go down
avatar


Nowy Meksyk, USA

22 lata

błękitna

neutralny

żona
http://petersburg.forum.st/t1148-awendele-kiwidinok-sorokina http://petersburg.forum.st/t1188-awendela-kiwidinok-sorokina#4690 http://petersburg.forum.st/t1189-caracara#4691
PisanieRe: Sala Myśliwska   Czw 26 Paź 2017, 19:45

02.05.1999


Wczesna noc chyba, zdaje się przed chwilą zmierzchało, chociaż cicho w domu, nawet w sypialni wszystkie zwierzęta będące towarzyszami jej samotnych nocy spały twardym snem. Przeleżała w pościeli dobrych kilka godzin czekając na sen lub męża, cokolwiek z tej dwójki nieszczęsnych nieobecnych miałoby przyjść pierwsze. Nie dociągnęła zasłony, zauważyła w momencie w którym światło jasnego księżyca wyzierającego zza niewielkiej chmury sięgnęło jej twarzy. Co ze sobą zrobić, łóżko było miękkie, mogła przywyknąć przez ten cały czas, zresztą sama chciała tych śliskich satynowych pieleszy, kaprysząc w jakim odcieniu kremu mają być, żeby pasować do jasnych ścian i podłóg. Nie znała się w sumie na pościeli wcale, domyślała się jedynie, że tak wytworne damy na swoich dworach kręcą nosem to i ona kręciła. Zresztą jedynie kiedy miała zachcianki zdolna była zdobyć jego zainteresowanie na trochę dłużej niż chwilę.
Zaraz. To... pełnia?
Nie zajęło jej długo, by wyskoczyć z łóżka, wciągnąć jedną z prostych lnianych sukienek, jedną z bardzo niewielu rzeczy, które przywiozła z domu i wybiec niemalże z sypialni. Cicho jak sowa, miękko jak kot, tylko jeden z psów zbudził się szmerem materiału, ten najbrzydszy i gruby, podreptał jej śladem. Wciąż gubiła się w plątaninie schodów i korytarzy, choć mieszkała tu trzeci miesiąc. Rozważała rysowanie strzałek kredą na ścianach, były takie białe, tak kusiły o ozdobniki, pani Matka jednak miała lodową twarz za każdym razem, gdy stękała o postawienie kilku figurek kachina po kątach, namalowanie lecących ptaków i biegnących koni jakimś rażącym zielonym. Nie żeby jej na tym specjalnie zależało, to wciąz nie był jej dom i było jej wszystko jedno jak wyglądał, lubiła jednak tę iskrę pojawiającą się w jej oczach za każdym razem, skrupulatnie dławioną uprzejmą odmową. Z każdą taką iskrą w pamięci wychodziła z wszelkich rozmów z żoną Osipa zwycięsko. To tych iskier chciała.
Dźwięk bosych stóp na kamiennych podłogach, powoli przyzwyczajała się do zimna, biegła jednak do pokoju myśliwskiego, jakby zlękniona, jakby strach ją jakiś gonił, że ten ogień, że pełnia, czy na pewno nie zgasł. Śniło jej się czasem, że wstaje w nocy i woła Atsę po imieniu, ale on jest bryłą lodu, piękną, twardą i zimną. Leży w łóżku koło niej i patrzy na nią szklanymi oczami, prawie tak, jak często robił to podczas śniadania. Budząc się zlana potem wymyślała szybko, że chce w ogrodzie strumień, bądź stado motyli zaklętych w bańki z jakiegoś głupiego powodu podszytego poważną miną. Byle w tych kulkach niebieskich niewzruszonych coś drgnęło, choćby brew jedną zmarszczył, żeby mieć pewność, że nie oszalała i nie mieszka w zamku zaklętych lodowych figur.
Salon był pusty, w kominku trzaskał ogień, tańczące płomienie uspokajały serce galopujące po nocnej przebieżce. Wspięła się na sofę i stanęła na niej niemal na baczność dokładnie zasłaniając dłońmi oczy. Pięć, cztery, trzy...
Atsa, dziś pełnia, dziś nie mogę spać.
Gruby piesek, tak bardzo nie-dworski, z pewnym opóźnieniem wdreptał do salonu po czym klapnął na skórze z dzika rozciągniętej pod kominkiem.


Ostatnio zmieniony przez Adela Sorokina dnia Nie 03 Gru 2017, 17:04, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
avatar


Irkuck, Rosja

27 lat

błękitna

neutralny

adwokat
http://petersburg.forum.st/t1070-endar-sorokin#3929 http://petersburg.forum.st/t1104-endar-sorokin#4105 http://petersburg.forum.st/t1081-lew-polnocy#3983 http://petersburg.forum.st/t1102-yana
PisanieRe: Sala Myśliwska   Pią 27 Paź 2017, 01:15
Był zmęczony.
Godziny poprzedniego dnia mijały na uporczywym milczeniu, na cierpliwości. Spokój w sądzie potrafił, jak nigdzie, być męczący. Praca obnażająca przed nim ludzkie sekrety umiała zamaskować się pod tonami dokumentów, kartotek do przejrzenia, formułek nieważnych bez podpisu i stać się udręką.
Cisza solidnych murów rodzinnego domu była inna, kojąca swoim ogromem i niewzruszonością. Zsunął z ramion płaszcz i przyjrzał się odbiciu swojej twarzy w lustrze. Wisiało w holu odkąd pamiętał, a na zdobionych ramach zbierał się kurz.
Niebieskie oczy patrzyły tak bardzo bez wyrazu, że jemu samemu zdały się przez moment obce. Ale z każdym krokiem odzyskiwał równowagę, z każdym oddechem, który odbijał się echem od białych murów jedynym dźwiękiem brzmiącym w zamku w środku nocy czuł się, paradoksalnie, coraz bardziej żywy. To żadne osiągnięcie, gdy człowieka otacza chłód kamienia i martwica trofeów łowieckich.
Niewygodna, wciąż pachnąca nowością marynarka wylądowała na oparciu fotela, krawat – na podłodze, zamiast niego – szklanka z alkoholem w ręce. Endar dostał ten szary krawat od matki i nosił bardzo rzadko, wyłącznie dla świętego spokoju. Nie lubił prezentów od niej; były mdłe, pozbawione charakteru. Brzmiała w nich ta ponura cisza.
Obcy murom tego domu był odgłos bosych stóp na zimnej posadzce. Nawet z dzieciństwa nie miał wspomnień ganiania po wysoko wysklepionych korytarzach uderzając stopami o kamień. Wszędzie wokół zawsze był kamień, a teraz nagle – to życie. Gwałtowne i głośne w swojej skromności, w najprostszej potrzebie, jaką odczuwa się w nowym miejscu.
- Adela. – nie nauczył się imienia, z którym przyszła na świat; wspólnie nadali jej nowe, z którym przyjechała do Rosji. Na razie wystarczył jej odmienny wygląd, dziwaczne zwyczaje przywiezione z drugiego końca świata. Nie wszystko naraz, oto sztuka kompromisu.
Jej na razie musiała wystarczyć rzeka w ogrodzie i motyle w szklanych bańkach.
- Nie śpisz? – jej cynamonowa skóra w świetle księżyca nie przypominała żadnego znajomego widoku. Była jego żoną, jego własnością, a nie nauczył się jeszcze nawet patrzeć na nią. Trzy miesiące to za krótko, by przyzwyczaić się do tej ingerencji w jego samotność. Rozmów, które próbowała zacząć, dotyku, którego nie rozumiał.
Jeśli, tak jak się obawiała, wyrzeźbiono go z lodu, to najwidoczniej zamarzł na tyle, by nie zdążyła go rozpuścić.
- Będzie ci zimno. – ale w irkuckiej twierdzy nie ma jak na to zaradzić. Na sofach i łóżkach nigdy nie leżały grubo tkane pledy, brakowało miękkich poduszek. Nikt nie nauczył się obejmować drugiego człowieka, by ochronić go przed podstawowym bodźcem, jakim było wszechobecne zimno. Nawet psy, choćby rozpieszczone do granic przez panią domu, nie łasiły się do właścicieli.
Endar zbliżył się do sofy. Płomienie z kominka rzucały na jej twarz inne światło i zaraz stała się piękniejsza. Taka, jaka mu się spodobała. Jaka mogła odgonić myśli o kobiecie, którą kochał przedtem. Kochał nadal? Usiadł na brzegu sofy i nieśmiało wyciągnął rękę.
Powrót do góry Go down
avatar


Nowy Meksyk, USA

22 lata

błękitna

neutralny

żona
http://petersburg.forum.st/t1148-awendele-kiwidinok-sorokina http://petersburg.forum.st/t1188-awendela-kiwidinok-sorokina#4690 http://petersburg.forum.st/t1189-caracara#4691
PisanieRe: Sala Myśliwska   Pią 27 Paź 2017, 11:35
Na dźwięk tego imienia ukucnęła, by zaraz usiąść ze stopami splecionymi po turecku. Odjęła dłonie od twarzy i odwróciła do małżonka patrząc wzrokiem badawczym, od czubka nienagannie ułożonych włosów przez nos o płaskim grzbiecie niczym ostrze noża po usta, wciąż niewzruszoną zagadkę, której nie umiała jeszcze rozwikłać. Cały system układała tylko po to, by wiedzieć co wzruszy jego twarz, a od czego odwróci się z tą doskonale ukrywaną niechęcią, której jednak nie mógł przed nią ukryć. Tyle zmiennych jak przedziwna etykieta tłumaczona przez panią matkę, zasady siedzenia przy stole i rozmawiania z ludźmi, wyrafinowanie w gestach i słowach, a i tak, zazwyczaj, równanie kończyło się najowocniej kiedy nie mówiła nic. Jakby ta cisza była dla niego bezpieczna, jakby przy ogromie dziwów przywiezionego ze stanów zwierzątka akurat kiedy milczała mogła go trochę oszukać, że nie jest tu obca.
A może tak jej się jedynie zdawało.
- Ty też nie śpisz. - odpowiada po chwili uśmiechając się do niego. Krążyli wokół siebie jak koty, nieufnie, każde z sobie jedynie znanych powodów. Młode małżeństwo między dwójką ludzi, która nigdy wcześniej nie widziała się na oczy. Trochę bardziej jak transakcja, jak starodawny rytuał z kredytem zaufania, że z czasem się polubią, a przynajmniej do siebie przywykną. Nie było w tym romantyzmu jak w przypadku egzotyki małżeństwa Tomasa, ale przecież nie o romantyzm Endarowi chodziło. W zasadzie, czy on sam wiedział o co?
Tak jak ona dla nich, tak oni wszyscy dla niej byli jak nieznany gatunek i o ile miała niepisany przywilej niespecjalnie interesować się nikim innym - małżeństwo było wartością ponad różnicami. Mogła wyrzec się ciepła ziemi, suchej trawy, mogła wyrzec się spania pod gołym niebem, śpiewania podczas porannej kąpieli i tańca przy ogniskach przed snem - czego nie mgła się wyrzec to potrzeba przynależności społecznej i budowa rodzinnej przestrzeni. Nie było to łatwe, choćby tu i teraz, gdyby byli w normalnej przestrzeni ścisnęła by go, zajrzała w oczy by sprawdzić czy nie jest głodny, zmęczony, zabrała do łaźni i czesała włosy podczas kąpieli słuchając o przygodach dnia dzisiejszego i opowiadając o swoich. W irkuckiej rzeczywistości jednak trzeba było trzymać dystans, skracać go powoli jak podczas pracy z dzikimi końmi, pokazywać dłonie i stać bokiem, choć patrzeć prosto w oczy bez lęku czy niepokoju. Atsa, orzeł, imię nadane nie bez powodu, dumne drapieżne ptaki traktujące ludzi ze szlachetną obojętnością. Myślisz, że łatwo patrzeć w orle oczy? Odwraca głowę w geście zupełnego braku zainteresowania, a jednak czujesz jego ciężar i siłę, kiedy zaciska z wyczuciem szpony na Twoim nadgarstku. Nawet w jej plemieniu niektórzy myśliwi idąc najmniejszą linią oporu uzależniało bądź łamało ich ducha by przekonać je o jakże fałszywej ich zależności od ludzi. Oswoić dzikie ptaki było najtrudniej, zbyt indywidualne, zbyt niezależne by człowiek miał im co zaoferować w zamian za ich wierne towarzystwo. Awendele była cierpliwym Zaklinaczem, nie byle pochopnym myśliwym.
Zmrużyła oczy wciąż z lekkim uśmiechem, kładąc dłoń zaciśniętą w pięść na piersi po czym odejmując ją i rozprostowując palce w geście imitującym jakby.. mały wybuch?
- Nie może być mi zimno, jeśli mam ogień w sobie. - próbowała czasem podzielić się najprostszymi słowami jakich nauczyła ją starszyzna, niestety, po rosyjsku często obrzmiały niedorzecznie, bądź zwyczajnie głupio albo nie znała wystarczająco pięknych słów by je opisać. Pewnie dlatego wciąż niektórzy członkowie rodziny mówili do niej powoli i wyraźnie, miała podejrzenia, że uważali ją za niespełna rozumu.
W odpowiedzi na jego gest również wyciągnęła rękę, nieco odważniej, dalej, sparz się mną Atsa, opuszkami wpierw ostrożnie dotykając wierzchu jego dłoni i obracając ją wnętrzem do dołu by po chwili zamknąć w klatce swoich palców. Miała ciepłe ręce, znacznie cieplejsze od jego, otworzyła oczy szeroko uśmiechając się pełnią ust.
- Ogień, Atsa.
Powrót do góry Go down
avatar


Irkuck, Rosja

27 lat

błękitna

neutralny

adwokat
http://petersburg.forum.st/t1070-endar-sorokin#3929 http://petersburg.forum.st/t1104-endar-sorokin#4105 http://petersburg.forum.st/t1081-lew-polnocy#3983 http://petersburg.forum.st/t1102-yana
PisanieRe: Sala Myśliwska   Pią 27 Paź 2017, 23:04
To wcale nie tak, że wolał ją, kiedy milczała. Kaleczyła rosyjski, przeciągała i ucinała sylaby zawsze nie tam, gdzie trzeba. Zupełnie jak ona kiedyś, a więc była wszystkim czego chciał. Jej obcość zajmowała jego uwagę, była pożywką dla jego ciekawości. Nie to powinno motywować mężczyznę do małżeństwa, ale bycie dobrym mężem było o wiele niżej na jego liście priorytetów niż bycie mężem w ogóle.
- Byłem w pracy. – usprawiedliwił się niedbałym tonem i wychylił szklaneczkę do końca. Tym razem mówił prawdę; było jednak wiele wieczorów, które spędzał tu samotnie z wyboru, nie mogąc przywyknąć do dzielenia się z kimś swoją przestrzenią, myślami, życiem. Nie umiałby tak po prostu zamknąć oczu, odchylić głowy i pozwolić, by jej palce rozsupłały kosmyki jego niemal białych włosów. Nie trzeba wiele się starać, by dostrzec kontrast między nimi, skoro nawet wyglądają zupełnie inaczej.
Brakuje jej dystynkcji kobiet, które wyrastają na żony Starszyzny w Europie. Adela nie ma rezerwy, która bywa tarczą w relacjach międzyludzkich broniącą przed rozczarowaniem, kiedy okaże się, że współmałżonek nie jest tym, o kim się kiedyś marzyło. Ma swoje przenikliwe spojrzenia, kroki pełne gracji, zupełnie bezgłośne – nie zauważa czasem, jak staje w drzwiach jego gabinetu i przygląda mu się, dopóki nie nazwie go tym komicznym przezwiskiem – i ogień.
Ogień w maju. Dla niego zbytek, niedorzeczność, ale Adela się uparła, więc pozwolił. Dla niej to była konieczność, mechanizm obronny, przywiązanie do symbolu ogniska domowego? Tam, skąd pochodzi pewnie naprawdę palono ogniska; włosy przesiąkały swądem dymu. Wysłuchiwał narzekań ojca i matki na podobne marnotrawstwo, które wcześniej nie miało miejsca. Usprawiedliwiał żonę z dyplomatycznym uśmiechem na twarzy i nie pozwolił, by jakiekolwiek ślady po niezadowoleniu rodziców do niej dotarły.
Całym sercem kochał biały zamek, który przerażał siedzącą przy nim kobietę, ale w pewnym sensie byli tacy sami – obcy dla mieszkających tu ludzi. Może jej włosy wciąż pachniały dymem, nawet wielokrotnie zmaltretowane już przez wszystkie kobiece mazidła, pachnidła i specyfiki, jakie wybrały dla niej Jasna z matką.
- Ach. Ogień. – uwolnił dłoń z uścisku jej ręki, rozgrzanej rzeczywiście bardziej niż jego. Zawstydził się? Nie znał takich gestów, czułości uczył się w nieodpowiednim czasie i jeszcze gorszych miejscach. Zwykle trafnie odczytywał emocje obserwowanych ludzi i wiedział, czego się spodziewać. Ale w Adeli było tyle niewiadomych, że nawet te niuanse czasem go przytłaczały i chciał po prostu uciec, nie czekając aż jej ogień go choćby nadpali.
- Skoro tak, to dobrze. - miał jednak obowiązek. I nie mógł tak zwyczajnie pozwolić, by została tu sama, choć nie pomoże jej na bezsenność. Nie było w tym domu wcześniej miejsca na wybuchy, śpiewy i tańce. Nikt nie uśmiechał się dla samej przyjemności uśmiechania się, zapominano o prostych rozrywkach. Z więzi rodzinnych wypisywano umowy, wyciągano konsekwencje.
Endar potrząsnął głową i wstał z sofy. Gruby, niski i – co tu dużo mówić – brzydki piesek, jeden z kilku trzymanych przez jego rodziców (a teraz także i jej) wydał z siebie rozdrażniony pomruk i powlókł za nim spojrzeniem. Nawet tak wyborny kanapowiec miał potrzebę uformowania swojego stada i sprawowania nad nim pieczy. Może z nim Adela lepiej się zrozumie.
- Nalać ci? – pewnym ruchem napełnił od razu dwie szklaneczki. Nie wiedział, co prawda, czy jego żona lubi w ogóle gin, ale czy to nie intencje się liczyły? I, sam się sobie dziwiąc, wiedziony ciekawością niepohamowaną przez zmartwienia dnia powszedniego, wrócił, by przy niej usiąść i patrzeć się w ogień.
Atsa.
Jego świat nie był światem zdrobnień, przezwisk, pieszczotliwych zwrotów. Żaden skarb ani kochanie nigdy nie przeszło mu przez gardło, więc uparcie ignorował miano, jakie najwyraźniej nadała mu żona. Do tej chwili.
- Czemu tak do mnie mówisz? – oparł łokcie na kolanach, nie podnosił wzroku. Płomienie w kominku rzucały przyjemne ciepło na jego policzki. Ciekawe, czy tak samo poczułby na twarzy jej ciepłe dłonie? – Co to znaczy?
Powrót do góry Go down
avatar


Nowy Meksyk, USA

22 lata

błękitna

neutralny

żona
http://petersburg.forum.st/t1148-awendele-kiwidinok-sorokina http://petersburg.forum.st/t1188-awendela-kiwidinok-sorokina#4690 http://petersburg.forum.st/t1189-caracara#4691
PisanieRe: Sala Myśliwska   Sob 28 Paź 2017, 11:42
Adeli brakowało wielu przymiotów uznawanych za pakiet standardowy perfekcyjnej damy wśród słowiańskich elit, Adela była wybrakowana, niekompletna, Adela nie wiedziała niemal nic, nie umiała pięknie mówić, ba, nie umiała mówić prawie wcale, nie umiała się zachowywać, często przynosiła wstyd. Jakież to szczęście, że Adela była tylko figurą, niedorzecznym imieniem nadanym jak wiza w paszporcie, jakież to szczęście, że Adela nie istniała - Awendele bowiem nie czuła się w żadnym, najmniejszym stopniu bardziej uboga o cokolwiek przebywając między tutejszymi czarodziejami. Co więcej, nierzadko zdarzało jej się odczuwać smutek królów, czasami nawet politowanie, widząc jak ubogie mają życie i chyląc się w pokornym zrozumieniu, jak mogłoby być to życie jakkolwiek bujniejsze, bogatsze, skoro zamknęli je w tak wiele ram, zasad, konwenansów, spięli się sami w łańcuchy zobowiązań i tej śmiesznej etykiety, o której nie chciała nawet wierzyć, że nikomu nie ciążyła. Absurdy dnia codziennego, kolejność używania sztućców ułożonych koło talerzy, różne kształty i rozmiary szklanek i kieliszków w zależności od zawartości, muchy, apaszki, garnitury i krawaty od matek, uściski dłoni, ukłony, sto tysięcy tytułów i powitań, które jako pracę domową co jakiś czas powtarzała przed snem, samotnie wpatrując się w sufit. Nie czuła się mniejsza z powodu nieznajomości ich kultury, czuła się większa bo poza nią znała też inne. Na co komu tarcza, kiedy ma w sobie ogień, Tarcza? Śmieszne nadużycie, słabość niemal. Jak rycerz mierzący się w starych słowiańskich bajaniach ze smokiem, zapakowany w puszkę swej zbroi, na co mu tarcza, skoro i tak w starciu z ogniem zmieni się pod nią w popiół. Złudna nadzieja, fałszywa wiara.
Obserwując ich tryb życia była niemal przekonana, że żyjąc na wielkich równinach oszaleli by co do jednego, nikt nie przytrzymałby pani matce drzwi by przeszła - ba, nie mieli nawet drzwi. Nikt panu ojcu nie mieszałby martini i nie podawał z oliwką, nikt słodkiej Jasnej nie prasował plisowanych sukienek i nie wykrajał futra by podkreślało talię. Nic nie osłoniło by Endara przed bezlitosnym osądem gwiazd, żadne białe mury, nigdzie by się nie schował przed jej ogniem.
Co było trudniejsze, zamknąć ducha lasu w słoiku i liczyć na to, że się nie udusi, czy wygnać baletnice do prastarej puszczy - niech sobie radzi kręcąc piruety między niedźwiedziami.
Przekrzywiła głowę wzrokiem wiodąc za tropem jego dłoni, uciekającej prędko przed jej palcami jak pająk biały przed słonecznym światłem. Wstał zaraz, jakby jeszcze bardziej gestem urażony, dalej uciekał na co spuściła wzrok. Notatka dla siebie, uwaga do listy, dobrze jest milczeć, jeśli mówić to tylko krótkimi zdaniami. Mało mądrości starszych, najlepiej wcale, podkreślić. Tylko błahostki, najlepiej - kapryszenie. Spojrzała na swoje dłonie rozprostowując i zginając palce na opuszkach których wciąż czuła, powoli gasnący, chłód jego skóry. Nie dotykać, jeśli będzie chciał dotknąć - czekać cierpliwie. Reagować oszczędnie, mówić oszczędnie, ruszać się oszczędnie, w ogóle najlepiej pół mózgu zamrozić, wyciąć i zastąpić kawałkiem białego kamienia. Wtedy będzie idealnie.
Objęła głowę dłońmi pochylając się lekko i zamykając oczy biorąc powolny wdech. Proces asymilacji był dla niej niezwykle trudny, znacznie gorszy, niż był skłonna przed kimkolwiek pokazać. Miała jednak swoją rolę i to od zawsze, od najwcześniejszych lat był cel jej istnienia. Być korzeniami i być koroną, być rzeką i słońcem, być ogniem nawet, jeśli miał on ogrzewać odporne na ciepło bezkresne pola Syberii.
Położyła dłoń na głowie grubego pieska, od samego początku dziwiła się, że go tu trzymają. Sorokinowie lubili psy myśliwskie, szybkie smukłe charty, wielkie, bezlitosne owczarki kaukaskie, szybkie i zwinne teriery, oraz tego tu grubaska. Już mógł Endar dawno temu zauważyć, miała tendencje do miłowania wszystkich zwierząt, a najbardziej starych i brzydkich, którym państwo rodzice z litości już planowali eutanazję. Każdy przecież jednak był zaklętą duszą, częścią kręgu życia, opowiedziałaby im o tym, ale, pamiętając o wcześniejszych doświadczeniach, mądrości starszych zachować dla siebie.
Podniosła wzrok patrząc jak nalewa do dwóch szklanek przeźroczysty płyn i wstrzymała oddech aż wrócił z naczyniami, by jakby ostrożniej, niby obok a jednak z dystansem, usiąść na kanapie. Ujęła szklankę w dłonie biorąc głęboki wdech dla animuszu. Alkohol był do tej pory jej najtrudniejszym wyzwaniem, widziała wiele osób w tym domu, zarówno mężczyzn jak i kobiety, raczących się nim dla przyjemności i choć próbowała wielokrotnie, czasem nawet w zaciszu własnych czterech kątów sypialni, żeby się nauczyć, przekonać, próby spożywania kończyły się tak samo.
Przystawiła szklankę do ust i powąchała ostrożnie zawartość, 'trucizna' krzyczał rozum, kiedy powoli ją przechylała otwierając usta. Język, badawczo jak ślimacze czułki, wysunął się z pomiędzy warg by dotknąwszy cierpkiej powierzchni ginu wywołać dreszcz od którego wzdrygnęła się od stóp do głów. Chrząknęła lekko, nie. Nie da rady. Może innym razem.
- A czemu mówisz do mnie Adela. - uśmiechnęła się stawiając szklankę na kolanie by w bardzo infantylny sposób sprawdzić jak długo będzie w stanie utrzymać jej balans, nim ześlizgnie się i stłucze.- Imię jak każde inne, tyle, że w odróżnieniu od Adeli Atsa do Ciebie pasuje. - podniosła na niego wzrok- I coś dla mnie znaczy. - dodała nieco ciszej i zamilkła na chwilę.
- Atsa to znaczy orzeł.
Powrót do góry Go down
avatar


Irkuck, Rosja

27 lat

błękitna

neutralny

adwokat
http://petersburg.forum.st/t1070-endar-sorokin#3929 http://petersburg.forum.st/t1104-endar-sorokin#4105 http://petersburg.forum.st/t1081-lew-polnocy#3983 http://petersburg.forum.st/t1102-yana
PisanieRe: Sala Myśliwska   Nie 29 Paź 2017, 23:39
Czujnie obserwował, co Adela robi z alkoholem. Czekał na trzask szkła rozbijającego się o kamienną posadzkę. Nie skupił się przedtem na jej zachowaniu przy obiedzie. W rodzinnym gronie zupełnie nie zależało mu, jak kobieta je, co pije, o czym mówi. Cokolwiek by nie robiła, i tak była mu bliższa niż rodzice, brat, jego wymuskana żona. Czy naprawdę więc miał jej za złe tę odmienność? Mógł przecież wybrać inną pannę, jedną z szeregu zawsze siedzącego razem na kanapach podczas bali, bankietów i wystaw i szczebioczących jak barwne okazy ptaszarni petersburskiego zoo. Nie musiał nawet na dobrą sprawę nawet się jeszcze żenić. Ale tak postanowił, na złość wymagającemu ojcu i bezczelnemu bratu, który zagarnął należne mu uznanie, sławę i kobietę. Na szkodę sobie i chyba, co gorsza, także jej.
- Nie szkodzi. Nie musisz. – nagle wydała mu się bardzo, bardzo młoda. Odwrócił wzrok od pełgających w kominku płomieni, jakby zobaczyć czy spomiędzy rozczapierzonych palców nie wyjrzy na niego mała dziewczynka. Dzieliło ich pięć lat – różnica, w zależności od okoliczności, mogąca być zarówno nieistotną kałużą, nad którą można przestąpić nie spoglądając nawet pod nogi i przepaścią, jakiej nie sposób przeskoczyć. Zdawało mu się, że wciąż zachowywała się dziecinnie, że powstrzymuje się od płaczu. Że nie jest na to wszystko gotowa; może powinien poczuć nawet wyrzuty sumienia. Jak oprawca, bezlitosny klawisz strzegący jej w tym więzieniu. A miał w sobie więcej z dzikiego zwierzęcia, niż mogła sądzić tylko po gładkich koszulach, spinkach do mankietów, słowach prześlizgujących się po twarzach ludzi, słowach, po których nie znać, czy niosą prawdę, czy bezczelne kłamstwo.
Więcej z dzikiego zwierzęcia, niż pająk, jakiego w nim widzi. Skąd inąd osądziła go trafnie, nie mógł jej tego odmówić. W końcu jedyną kobietą w tym domu prócz Jasnej, której towarzystwo nie było mu wstrętne, była Perperunka – udomowiony pająk. Znalazł ją kiedyś w swoim gabinecie i z początku wzdrygał się na jej widok, ale z czasem… przywykł do niej i należała do niego bardziej niż każde inne zwierzę w domu. Więc może na podobieństwo stawonoga stał się obrzydliwy? Niechętny ludziom, światłu dnia?
- Atsa. – powtórzył zamyślony. Dokończył gin, odchylił głowę do tyłu, rozkładając ramiona na oparciu sofy. I zaśmiał się. Nie chciał z niej kpić, akurat nie teraz. Śmieszyła go czasem swoim zachowaniem, butnością, która wynurzała się spod jej tonu i pozy. Rozczulała zupełnie jak Jasna, aż uśmiechał się bezwiednie patrząc na nią z oddali. A czasem onieśmielała, choć nie zamierzał się do tego przyznać. Jej bezpośredniość była nowa, szokowała szczerością, wymagała odeń tego samego, a Endar w szczerości się nie specjalizował.
- Jestem jak orzeł, naprawdę? – ojciec wolałby pewnie czasem, by Endar identyfikował się raczej ze szczurem. Niepozornym zwierzątkiem, brzydkim i mało szlachetnym, które pozostaje w półmroku, gdzie czuje się najlepiej. Miał już dwóch starszych wspaniałych synów, których wolał chwalić w towarzystwie. Oni byli orłami, wilkami, niedźwiedziami – ich mogła obawiać się zima. On zaś, zamiast zimę straszyć swym ognistym temperamentem, wtapiał się w jej chłód. Miał swoje terytorium, którego gotów był bronić. Patrzył z dala, z góry, na wszystkich i wszystko i precyzyjnie wyławiał z tłumu ofiarę: świadka, który plątał się w zeznaniach, paniczyka, który wychylił o jednego za dużo i zabawiał się w przechwałki mogące mu później zaszkodzić. Powinien dokładnie wiedzieć o co chodziło Adeli, gdy nazywała go orłem. Ale wmówił sobie zawczasu, że jej nie zrozumie. Że jej sylwetka, dumnie wyprostowana, stojąca w progu jego gabinetu zawsze będzie jak totem, że nie dostrzeże w niej życia. A życie w niej wrzało, w oczach, które oglądał zawsze w odbiciu lustra albo gdy przyglądała się czemuś innemu niż jego własnej twarzy, zalegały całe lata wiedzy, dumy, pamięci. Miała wątłe, młode ciało i serce, które łatwo złamać – myślał, po prostu się przyglądając. Ale ma też po swojej stronie zdolność do stworzenia całkowitej jedności z miejscem, człowiekiem; zdolność, której oni nie posiadali. Choć to ona się bała w Irkucku, Endar czasem czuł się przy niej jak intruz. Jakby niweczył jej plany, swoim uporem rujnował każdą szansę na ułożenie namiastki rodziny z odłamków człowieczeństwa, jakie zostały w syberyjskiej szlachcie.
- Umówiliśmy się przecież. – przypomniał, unosząc głowę do pionu. – Ze słowiańskim imieniem będzie ci łatwiej odnaleźć się w towarzystwie. – słyszał, gdy poznali się po raz pierwszy, jak jego żona ma na imię. On jednak nigdy nie opanował żadnego obcego języka; nawet elegancka łacina, którą obowiązywała go podczas nauki prawa uwierała go w gardle, nawet nie próbował więc łamać sobie języka na indiańskich mianach. – Adela znaczy: szlachetna. I też do ciebie pasuje.
Obiecał jej, że będzie miała wszystko. Bez słowa wyczarował strumień, urządził jej pokoje dokładnie, jak chciała. Powinien nazywać ją jak chce, w końcu w domu mogli być sobą. Ale także i ona miała jakieś powinności wobec niego, wiedziała, że będzie musiała się zmienić. A taką właśnie musiał mieć żonę: szlachetną, powściągliwą, pełną wdzięku. Taka pasowała do wizerunku, jaki chciał sobie wykreować przed oczyma rosyjskiej arystokracji. Chciał zdobyć ich serca i choć prędzej udałoby mu się to, gdyby pozostał czarującym kawalerem, był także zwyczajnie ciekawy.
Ognia.
Powrót do góry Go down
avatar


Nowy Meksyk, USA

22 lata

błękitna

neutralny

żona
http://petersburg.forum.st/t1148-awendele-kiwidinok-sorokina http://petersburg.forum.st/t1188-awendela-kiwidinok-sorokina#4690 http://petersburg.forum.st/t1189-caracara#4691
PisanieRe: Sala Myśliwska   Pon 30 Paź 2017, 16:48
Jego obojętność na jej niecodzienne reakcje i zachowania wywoływała w matce wielkie zmartwienie. W odróżnieniu od ojca Sorokina, który wydawał się znacznie mniej skoncentrowany na obrazie rodziny jaki prezentowali - Osip był równie zdystansowany i niedostępny dla obcych jak Syberia, którą władali. Na zewnątrz, pośród szlachciców i polityków był oszczędny w słowach i gestach, wysoce krytyczny i zdolny do zawrotnie szybkiej i trafnej analizy sytuacji, co Endar niewątpliwie po nim odziedziczył, jak i obojętność stosunkiem tego, co kto robił i jak się prezentował w swoim własnym domu. To matka wciąż nie mogła przełknąć goryczy nazwiska Vasilchenko, nie mogła znieść bałaganu, nieumiejętności wyartykułowania się, nie chciała słuchać głupich bredni o szumiących strumieniach i marszczyła brwi widząc jak jej najmłodszy syn bez zająknięcia spełnia wszystkie absurdalne zachcianki swojej nieszczęsnej żony. Adela widziała te mikro ekspresje, z początku czuła się z tym źle, nie chcąc być aż takim brzemieniem w rodzinie, z czasem jednak niechęć i obcość rzeczywiście stawała się budulcem mostu między nią, a jej małżonkiem. Jak oczywistym by to nie było dla każdego małżeństwa - dla nich okazywało się dopiero nowym rozwiązaniem i choć w indiańskiej kulturze zdawać by się mogło miała szanse zaobserwować formowanie się i separowanie rodzin będących jednak wciąż wewnątrz tego samego klanu, będących wciąż częścią kręgu - teraz była ślepa, oślepiona ich innością i uczyła się patrzeć na nowo. Rozumieć na nowo, interpretować i zgadywać, domyślać się, wszystko to Sorokinowi przychodziło z łatwością, być może dlatego odnosił takie niepomierne sukcesy jako prawnik. Awendele chciałaby bardzo, by uszczknął jej tego talentu bo na co dzień potykała się jedynie o dziesiątki tych samych błędów, popełnianych raz za razem, niezdolna do mówienia ich językiem ani powstrzymywania swojego w stopniu wyższym niż absolutnie konieczny.
Słysząc jego śmiech, choć niezbyt głośny i krótki, aż otworzyła szerzej oczy. To nie tak, że w ogóle uważała go za ubogiego w emocje, po prostu był bardzo oszczędny w ich eksponowaniu. W ogóle nie przyszło jej do głowy, by ten nagły wybuch interpretować jako kpinę czy śmiech politowania. W takich chwilach w zasadzie nic się nie liczyło, tylko słodki dźwięk pęknięć pojawiających się nieśmiało na lodowej skorupie. Uśmiechnęła się zaraz do niego, wtórując cichym śmieszkiem.
Śmiej się ze mną, Atsa.
-Myślę, że jesteś. - skinęła lekko głową, palcem wiodąc bo cienkim brzegu szklanki.- Masz wszystkie przymioty dzikich zwierząt, szczególnie drapieżnych ptaków. - ostrożnie, przecież wiedziała czym się to zazwyczaj kończy, kiedy zaczynała wdawać się w niuanse rozumowania starych Indian. Szczerość była jej pierwszym atutem, wartością pielęgnowaną przez matkę i ojca, cechą, z której nie zamierzała rezygnować i nigdy by tego nie zrobiła, nawet gdyby ją o to poprosił. W takim stopniu szczera, że w tych realiach świata nazywanego książkowymi definicjami, opisywanego, mierzonego i metkowanego, śmiało można byłoby określić ją patologią. Szczerość patologiczna. Bardzo niebezpieczna cecha.
- Twój duch... - zaczęła zastanawiając się nad dobrym słowem, choć za nic nie mogła go sobie przypomnieć. Przyzywanie korgoruszy wciąż było dla niej zupełną nowością. Machnęła więc na to w duchu ręką i zaraz za nim wpatrzyła się w kominek.
Kiedyś będzie musiała nauczyć się jak pokonać samą siebie, jak przepłynąć własne emocje i ograniczenia niczym rzekę na brzegu której stała teraz, przyglądając się mu, szybującemu tam wysoko, hen nad jej drugim brzegiem. Na chwilę obecną do dyspozycji miała jedynie łupinę uczucia i obietnice wieczności, złożoną łamanym rosyjskim podczas ceremonii zaślubin i wierz mi, w takiej łupince nie da się pokonać wzburzonej, szalonej wody napędzającej młyn jej myśli.
- Mhm. - skrzywiła się lekko. Umówiliśmy. Właściwie oni się umówili, ich ojcowie, Endar chyba tylko skinął oszczędnie głową. Rozumiała korzyści płynące z posiadania słowiańskiego imienia, zresztą z całej rodziny Sorokinów chyba tylko Nikolai zdołał wymówić jej pełne imię bez błędu, mimo to czuła się bez wszystkich twardych, chropowatych głosem odarta z osobowości, a przecież już i tak miała bardzo niewiele siebie w sobie. Indianka na Syberii.
Zamknęła powoli oczy i milczała chwilę, po czym przelała zawartość swojej szklanki do jego naczynia i odstawiwszy ją na jeden z rzeźbionych stolików w salonie położyła się na kanapie opierając stopy o podłokietnik a głowę kładąc mu na kolanach.
- Nie jestem za bardzo szlachetna. - patrzyła na niego z dołu, splatając dłonie na brzuchu. Słowo szlachetny w języku cherokee miało dwa znaczenia, w zależności od kontekstu. Szlachetny jako cnotliwy, dobry i sprawiedliwy, oraz szlachetny jako rasowy, zharmonizowany, szykowny i bez skazy. Być może niektóre z tych przymiotów były częścią jej osobowości, zdawały się jednak odległe i na chwilę obecną wypierane przez zgoła mniej sympatyczne cechy, znacznie mniej idealistyczne.- Ale będę. Dla Ciebie.
Nie mogła podarować mu obietnicy szczerej miłości, choć to uczucie samo w sobie było ogniem całego życia, wszystko miłowała. Romantyczna miłość, choć była narzędziem potężnym i zdolnym góry przenosić, przy odrobinie nieuwagi stawała się ciężarem i cierpieniem. Jej ojciec po dziś dzień nocami wpatruje się w malowidło Długiej Wody głaszczącej złotego kojota, nie może spać bo jego dusza nie jest już kompletna, a w środku gdzie kiedyś miał serce ziała czarna dziura, bo oddał je kobiecie, która zabrała je ze sobą na tamten świat. Nie mogła mu obiecać miłości, nie była nawet pewna, czy tego uczucia w ogóle chciał i był do niego zdolny, mogła jednak dać mu coś czego potrzebował znacznie bardziej. Coś, co było bliżej, coś, czego nigdy nie miał.
Podniosła dłoń i dotknęła jego twarzy.
Powrót do góry Go down
avatar


Irkuck, Rosja

27 lat

błękitna

neutralny

adwokat
http://petersburg.forum.st/t1070-endar-sorokin#3929 http://petersburg.forum.st/t1104-endar-sorokin#4105 http://petersburg.forum.st/t1081-lew-polnocy#3983 http://petersburg.forum.st/t1102-yana
PisanieRe: Sala Myśliwska   Pon 30 Paź 2017, 22:03
Że prędzej czy później rozczaruje swą matkę tak samo jak ojca – nie pozostawało nawet cienia wątpliwości. Małżonka Osipa Sorokina nie mieszała się wcześniej w jego wykształcenie i karierę zawodową, zależało jej, by godnie prezentował się w towarzystwie i w odpowiednim momencie życia wybrał właściwie żonę. I za każdym razem, gdy matka po wspólnym posiłku wyliczała mu litanię błędów popełnionych przez Adelę, słów, które winna była powściągnąć, coraz bardziej przekonywał się, że wybór, którego dokonał – a kierował się przy tym wieloma powodami, z których żaden nie był słuszny – był właściwy.
Nie można jednak powiedzieć, by Endar nie przejawiał tej przedziwnej, wrodzonej wręcz formy szacunku dla rodziców. Był arogancki, oschły, nie okazywał wdzięczności. To jednak miało miejsce wyłącznie w domu rodzinnym, gdy stał przed nimi nieosłonięty fatamorganą słów, taki jak przed laty. Najmłodszy, najsłabszy, inny. Kiedy jednak wychodził z domu i zdarzało mu się reprezentować interes rodziny – tak długo, jak ojciec nie mógł podejrzewać jego zaangażowania – bronił nazwiska i dziedzictwa jak dziki zwierz broni swoich młodych. Były to wartości ponadczasowe, nieuosobione przez jednego człowieka czy jedno pokolenie; zasługiwały na szacunek, na jaki nie zdąży się zarobić w ciągu jednego życia.
Więc nie mógł tej jednej rzeczy w niej zrozumieć i obawa, że póki nie zrozumie to nie zaakceptuje jej w pełni nie tylko jako żonę, ale nawet osobę mieszkającą z nim pod jednym dachem, nie była też zupełnie bezpodstawna. Była tak gotowa, by kochać, jak on mimo pięciu dodatkowych lat życia jeszcze nigdy nie był. Miłość była w jego przekonaniu raczej mrzonką, wymysłem umysłu znudzonego, która dostarczała chwilowej ulgi i znikała. Historie wielkich rodów słowiańskich, historie syberyjskich przywódców były niepodzielnie opanowane przez mężczyzn oziębłych, kalkulujących i twardych. Nie słyszało się o kobietach, które zawładnęły ich sercami, o wrażliwości, którą skrywali pod wybieraniem w życiu tego, co do przetrwania konieczne. Ale Endar nie miał nigdy być jednym z tych przywódców, którzy prowadzą bitnych mężczyzn, by przemocą sławili imię Sorokinów. Był myśliwym pełnym rozwagi, polecenia najchętniej rozdawał szepcząc je zza kotary, nie używając rozkazującego tonu. Mógł więc, jako osobnik słaby i odmienny od powtarzanego przez dekady wzorca, zakochać się. I był przecież przekonany, że to, co czuł do Hersilii, wybranki najstarszego brata, było rzeczywiście – nawet jeśli wyłącznie przez chwilę – właśnie miłością. Wahał się przyznać to nawet przed samym sobą, a w miarę jak wyniosła Włoszka nie okazywała mu żadnej przychylności, tracił także rezon, by wyznać cokolwiek jej. Z biegiem lat, może po wnikliwej analizie, a może w wyniku działania instynktu samozachowawczego, przekonał się zatem, że jednak nigdy zakochany nie był, a nawet teraz – gdy patrzył na swoją żonę, młodą, tak skorą do zachwytu jego osobą i niezaprzeczalnie piękną – nie sądził, by mogło się to kiedyś zmienić. Nie znał odmiennego stanu, a miał już dwadzieścia siedem lat: okres na stabilizację w życiu, kiedy pasje i uniesienia mijają albo bezpowrotnie przenoszą się w sferę osiągnięć zawodowych.
Głowa Adeli ciążyła mu na kolanach. Nie mógł, mimo chęci, jednak podkurczyć nóg, odsunąć się jeszcze, odzyskać pełną swobodę ruchów. Pewnie miała rację, ta unikalna zdolność rozumienia natury ludzkiej umożliwiła jej rozwikłanie tajemnicy jego tożsamości, z jaką musiał uporać się podczas zdobywania umiejętności ani magii. Jej zajęło to kilka miesięcy, jemu samemu zaś – prawie cztery lata. Może to przez tą oszczędność w uczuciach. Może jej obawy były słuszne i Endar, po latach spędzonych na dobrą sprawę samotnie wśród rodziny, z której uczynił sam sobie zgraję obcych ludzi, odczuwał mniej, a tego co czuł – nie umiał nawet precyzyjnie nazwać, choć słowami operował zwykle z łatwością wirtuoza.
Szczęśliwie tekst małżeńskiej przysięgi został ułożony za niego i musiał tylko go powtórzyć. Obiecywać, ze świadomością, że część przysięgi na zawsze pozostanie bez pokrycia, będzie kochający, wierny, bezgranicznie oddany. Nie można jednak nawet ogniem zawładnąć nad wiecznym lodem Syberii, nad jej przestrzenią, której jedno spojrzenie nie zmierzy. Byli ze sobą krótko, za nimi zaledwie początek reszty życia, ale Adela pewnie już to wie.
Miała specyficzny śmiech. Tak rozbrajająco autentyczny, że wydał mu się bardziej dźwięczny niż śmiech słyszany z ust pijanych mężczyzn i zmanierowanych kobiet. I w tej nieoczekiwanej chwili zrozumiał, że choć już niedługo zaczną razem odstawiać towarzyskie szopki, wbiją się w formalne stroje i ozdobią twarze niewielkimi uśmiechami nie wyrażającymi nic konkretnego, nie chciałby, by męczące pozory zastąpiły tę szczerość, na którą nie umiał jeszcze reagować.
Łyknął ginu, alkohol był już ciepły i mocniej gryzł w gardło.
- Szlachetność to nie tylko piękne suknie i doskonałe maniery przy stole. – matka zlałaby go jak dzieciaka za tak bezczelne przeciwstawienie się wpajanym mu przez nią zasadom, za ignorowanie powierzchowności, którą kobieta powinna ujmować przede wszystkim. A Adela miała swoją cynamonową skórę, spojrzenie niebojące się kontaktu wzrokowego i kruczoczarne miękkie włosy obcięte tak krótko, by szokowały wymuskane panny.
- Dobrze by było, gdybyś kiedyś umiała być tu także dla siebie samej. – chciał dobrze, po raz pierwszy miał tak jasne intencje – oto życzył jej, by tutaj, w tym zamku, u jego boku poczuła się kiedyś jak w domu. Żeby ujarzmiony ogień w kominku wystarczył jej na zastępstwo ognisk rozpalonych pod gołym niebem.
Tam, gdzie jej dłoń zetknęła się z jego chłodną skórą poczuł mrowienie. Zmęczenie, zimno i alkohol działały wspólnie, by przytłumić jego czujne zmysły i złagodzić wpływy dobiegające z zewnątrz do jego świadomości.
Powrót do góry Go down
avatar


Nowy Meksyk, USA

22 lata

błękitna

neutralny

żona
http://petersburg.forum.st/t1148-awendele-kiwidinok-sorokina http://petersburg.forum.st/t1188-awendela-kiwidinok-sorokina#4690 http://petersburg.forum.st/t1189-caracara#4691
PisanieRe: Sala Myśliwska   Wto 31 Paź 2017, 17:40
Taka też może czekała ich przyszłość, że jego decyzja, wybór amerykanki na swoją życiową partnerkę, na równi z pokazaniem matce środkowego palca mógł stać się podpisem pod jego ostatecznie utraconym szacunkiem. Skoro i tak był rozczarowaniem, czy szkice przyszłości, któe robił, nie powinny odwodzić rodziców od niechętnego spoglądania na swojego najmłodszego syna? Czy mieli podstawy do takiego zawodu, czy raczej wzajemnie napędzali tę karuzelę niezrozumienia - Endar, czując się niedoceniony robił wszystko na swój sposób, a rodzice, widząc jego odmienność, doceniali go coraz mniej i mniej. Awendele była młoda ciałem i duchem, sposób wychowania jednak wśród plemienia białych gór był tak odmiennej natury, że nie uważała się za przeciętną dwudziestolatkę. Co więcej, wiek w ogóle nie stanowił w jej głowie znaczącej miary i nie zdarzało jej się opierać opinii na tym czynniku. Choćby ta rodzina, ten węzeł między jej małżonkiem a jego rodzicami. Niby starsi, a zdawali się być głupsi, jeszcze bardziej zamknięci i ograniczeni sobą samymi i wzajemnie. Rozumiała, że tkwili w tej rzeczywistości znacznie dłużej od nich i jak mięso leżące na słońcu rozpadali się szybciej, konsumowani larwami konwenansów i zasad. Co więcej, chowali się w zimnie swojego Zamku by zakonserwować resztki wartości, które jednak umykały im między palcami nim zdążyli donieść ich skrawki dla wszystkich swoich dzieci. Zapracowana ptasia mama, karmiąca mądrością i czułością wszystkie dzieci po kolei zawsze staje się już zbyt zmęczona, by dopieścić najmłodsze, najmniejsze na równi z pierwszymi i silnymi. Czy dlatego Endar miał tak bliskie relacje z młodszą siostrą?
Obserwowała rodzinę Sorokinów godzinami, dniami, tygodniami, zamknięta między białymi ścianami mając do wyboru niezręczne lekcje etykiety, wymyślanie nowych kaprysów i płacz w okalającym zamek lesie nierzadko wybierała spędzanie czasu z teściami - jeśli byli w domu, z szwagrem, jego żoną, z bożątkami, psami i służbą, krzątającą się po tym ogromnym dworze. Przyglądała się ich zachowaniom, interakcjom między nimi, uprzejmościami które pokazywali sobie wzajemnie w bardzo wstydliwy sposób, niemal jakby okazywanie sobie uczuć było skazą, słabością, jakby miłość do drugiego człowieka była tajemnicą, którą można wyszeptać tylko w półmroku własnego domu, z dala od obcych oczu. Nie mogla odmówić im gestów troski, czasem nawet czułości, wzajemnie wymienianych uśmiechów - wszystko jednak z dystansem, jakby ze strachu, że iskierka uczuć może nimi zawładnąć i spopielić ich biedną twierdzę. Tomas wydawał się inny nim tragiczne wydarzenia nie zabrały go z tego świata. Może dlatego, że podróżował w tak dalekie zakątki świata, może przesiąkł obcymi kulturami, zrozumiał, że każdy żywioł w ludzkiej duszy jest tak samo bronią jak i tarczą, że nie można mieć szczęścia nie będąc kompletnym. Lód jest twardy i bezpieczny, zimy, konserwuje i koi, ale lód jest martwy, tylko tańcząc z ogniem staje się wodą, woda to życie, woda to czas i nieskończoność. Nie miała okazji nigdy zapytać go o nic szczególnego, odszedł szybciej, niż nauczyła się rosyjskiego w stopniu komunikatywnym. Pozostało jej tylko przyglądać się, ojcu, matce, bratu i siostrom, małżonce Tomasa - jakże nieświadoma była uczuć Endara w stosunku do tej Włoszki i na wszystkich bogów, uchowajcie przed nią te wiedzę bo ogień poza miłością bywa też szalenie niebezpieczny. Badała ich codzienność, ukrywając się za niemądrym uśmiechem, uczyła ich zachowań, oczekiwań, reakcji, zapamiętywała wszystko, spisywała w dziennikach "Na przyszłość", jak stary kartograf rysując mapę.
Bo jak inaczej myśliwy odnajdzie się w niebezpiecznym lesie, jeśli nie poznając ścieżki mieszkającej w nim zwierzyny.
I miłość, skaza, oboje naznaczeni głęboką do niej niechęcią gdzie jednak Awendele rozkładała ramiona by to brzydkie uczucie przygarnąć do swojego wnętrza, poznać i oswoić zamiast odwracać wzrok i wypierać się jego istnienia. Jak mogła uchronić siebie przed kalectwem miłowania nie wiedząc w ogóle czym to uczucie jest. Była bogatsza od Sorokina w tym jeszcze względzie, wyrosła w domu pełnym drobnych gestów, czułości, pocałunków stawianych na skórze dłoni i ramion, oddechów splecionych w warkocz wyznań, szczerości i zaufaniu. Jak mógł kiedykolwiek zrozumieć swoje własne uczucia, skoro od najmłodszych lat pozbawiony był tych ścieżek, obrazów, tych drobnych ekspresji jak gwiazd wyznaczających drogę na przyszłość.
Pogładziła jego żuchwę opuszkami palców, bardzo skromnie, delikatnie, unikając zbyt agresywnego wyrażania uczuć tym gestem. Jak w pracy z dzikimi zwierzętami, Awendele, powoli, kontakt fizyczny, ciągły dotyk pozwoli duszy zaakceptować Twoją obecność. Podchodząc do koni, szczególnie z martwej strefy poza zasięgiem wzroku, trzeba ich dotknąć, dać im znać 'hej, jestem tu, to ja się zbliżam, nie jestem zagrożeniem'. Nie mogło umknąć jej, że reagował inaczej. Może z czasem zaczął się przyzwyczajać do jej przypadkowych gestów, kiedy zachodziła go od tyłu w gabinecie po to tylko by dotknąć jego ramion, pobyć chwilę i umknąć ponownie na jedną z tysiąca eskapad w plątaninie zamkowych korytarzy. Kiedy z rana dotykała jego twarzy, przez co budził się nagle niemal jakby na niego krzyknęła. Kiedy tymi rzadkimi wieczorami, które zdarzyło im się spędzić razem siadała koło jego nóg po to tylko, by się o nie oprzeć. Nieinwazyjne, zdawać by się mogło, łamanie barier, na które i tak reagował jakby co najmniej tańczyła przed nim hula w adamowym stroju.
- Myślę, że Twoja matka uważa inaczej. - uniosła lekko brwi. Wkroczyła na niebezpieczny grunt komentowania zachowań jego rodziny. Robiła to rzadko, w końcu ona była tą obcą, mimo to czasem kielich goryczy przelewał się i jej usta również opuszczały słowa, których później mogła jedynie w duchu żałować. Najczęściej jednak, czego nie łatwo było dostrzec, mierziła ją jakakolwiek niesprawiedliwość względem Endara. Atsy, orła, zwycięzcy. Samej nie będąc świadomą swoich poczynań rzeczywiście chciała mu dać coś więcej, coś innego, coś czego nie miał nigdy, a potrzebował bardziej niż romantycznej miłości.
Chciała, by wiedział, że jest po jego stronie.
Powrót do góry Go down
avatar


Irkuck, Rosja

27 lat

błękitna

neutralny

adwokat
http://petersburg.forum.st/t1070-endar-sorokin#3929 http://petersburg.forum.st/t1104-endar-sorokin#4105 http://petersburg.forum.st/t1081-lew-polnocy#3983 http://petersburg.forum.st/t1102-yana
PisanieRe: Sala Myśliwska   Sro 01 Lis 2017, 00:54
Zimno nie zakonserwuje wszystkiego. A we wspaniałym domostwie Sorokinów, choć na srebrnych tacach podawano zawsze świeże pieczyste i nie rozpieszczano się ogrzewaniem salonów, gdy nie było to konieczne, coś gniło od dawna. Relacje między Endarem a resztą rodziny psuły się jak pleśniejące owoce, czy jednak był to wyłącznie jego błąd? Czy rzeczywiście jakiś wrodzony defekt zdecydował o jego stosunku do braci, czy to rozdmuchane do rozmiarów zbyt pokaźnych, by mogły być nieuniknionymi wadami obrzydliwie bogatego szlachcica, zazdrość i pycha zniekształcały szacunek, jaki powinien czuć do braci do politowania, irytacji i gniewu? Czy ktoś nie powinien go po prostu przypilnować, czy starsi Sorokinowie nie powinni byli pochylić się nad nim, póki był jeszcze na to czas? Rodzice uważali najwidoczniej, że sam wyrośnie jak trzeba i może, kiedy patrzy się na to, jakim bratem Endar był dla Jasnej, mieli rację? Nie powtórzył bowiem po nich błędu zaniedbania. Słuchał każdego słowa, obserwował każdy ruch, śledził łzy wylane nad każdą bzdurą, jaka zajmuje małe dziewczynki.  Nie został nigdy opiekunem, ba, nawet przyjacielem siostry, ale przynajmniej nie szczekali do siebie nad stołem. Śmiali się w swoim towarzystwie. Prawie nigdy, będąc tylko z Jasną, nie sięgał po alkohol chcąc jedynie, by służył za znieczulenie. Jasna była dowodem, że jest jeszcze nadzieja dla Endara Sorokina. Może nie musiał okazać się wcale bezdusznym tyranem, może nie musiał wciąż uciekać.
W złośliwości, milczenie, w śnieg i między drzewa. Czasami musiał uciec od nich dosłownie, a uciekał wtedy także trochę od siebie samego. Zmieniał się w zwierzę i wszystko stawało się prostsze. Znikały skomplikowane myśli i przeważał instynkt. Odruchy, które chętnie przejmował będąc już na powrót w ludzkiej skórze, ułatwiały mu życie. Nie musiał pokazywać pazurów, prychać ostrzegawczo, by zostawili go w spokoju. Mógł przy tym jednocześnie być grzeczny i ujmujący dla pracującej w domu odkąd pamiętał służby, dwornie kłaniać się matce, pić z bratem, całować w rękę jego czcigodną małżonkę, ale wszystko pozostawało podszyte chłodem; było wynikiem raczej zmęczenia ciągłą obojętnością niż palącej serce potrzeby bliskości z rodziną. Tylko Tomas był inny, to prawda. Jego uśmiechy były zawsze pozbawione skrępowania, łatwo było im wierzyć. W porównaniu do nich, do niego szczerzył się jak głupi. Endar nie lubił medialności najstarszego brata. Zazdrościł mu łatwości, z jaką Tomas zjednywał sobie ludzi, jak polubiła go Adela, a chociaż ona jedna powinna przekonać się w pierwszej kolejności do niego. Kilkakrotnie dał bratu do zrozumienia, że jego zachowanie, takie parcie na szkło, jest pożałowania godne, ale Tomas był już wtedy – jak zapewne zawsze – zdeterminowany, by zwyczajnie cieszyć się z życia i niewiele sobie wziął do serca z tej krytyki.
- Nie dbam o to, co uważa moja matka. – burknął wyniośle, jednocześnie dumny ze swej niezależności i rozgniewany małostkowością starszej Sorokiny. Adela miała rację, definicja szlachetności wyuczona przez jego matkę zawierała się w tych nieistotnych szczegółach, w ozdóbkach, których łatwo pozbawić człowieka. Bogactwa można zabrać, piękne stroje podrzeć nawet nieuważnym gestem. Mechaniczne lalki miały taką samą, jeśli nie większą, szansę na bycie szlachetnymi damami niż dumne, pełne życia kobiety.
Uniósł podbródek, gdy uczucie mrowienia minęło. Gdy zaistniało ryzyko, że mógłby się przyzwyczaić do jej dotyku. Ostatni łyk ginu, po kolejnej szklance mógłby być pijany. Mógłby zaśmiać się raz jeszcze, głośniej, rubasznie, wulgarnie, zapomnieć tę nieznajomość, strącić ustawione dla pozoru bariery. Pijane usta mówią szczerymi słowami, czy to nie tak szła ta oklepana formułka? Mógłby chwalić jej przenikliwość, łagodność charakteru, niecodzienną urodę, jak chwaliłby ją każdy mężczyzna o zdrowych zmysłach.
Ale jemu już wystarczy. Znał już trochę to zaskoczenie, które ciężarem jej dłoni na jego barkach wyrywało go z ciszy i skupienia przy pracy. Prawie już je polubił, tę mieszankę podekscytowania i strachu, gdy podnosił wzrok i jego spojrzenie spotykało przyjazny wyraz twarzy Adeli. Nie mógł jeszcze zastąpić go konkretnym uczuciem, jakąkolwiek pewnością, która zawsze wewnątrz zamkowych murów przychodziła mu trudno.
Spojrzał na żonę z czymś na kształt słabego uśmiechu, z wyrazem niedowierzania na twarzy, jak za każdym razem, gdy docierało do niego, że on sam nie jest już jedynym ze swoich sojuszników w tym domu. Nie bał się być samodzielny, samemu stawać w słowne szranki ze starszymi i mądrzejszymi, nawet porażki i szyderstwa go nie zniechęcały. Był więc pewien, że da sobie radę sam już zawsze, że kobieta, którą wybierze na żonę, nie będzie musiała nawet się odzywać, by czuł się dobrze.
I bez wątpienia by tak było, bo obecność Adeli przynosiła mu na razie więcej łamigłówek do rozwikłania niż się spodziewał. Jednak w tych nielicznych momentach, gdy zdarzało im się prawie rozmawiać, a ona obdarzyła go jednym z drobnych dowodów swej przychylności, przekonywał się, że może czuć się nie tylko dobrze jak zwykle, ale lepiej.
- Chciałabyś pojechać ze mną do Petersburga? – uwielbiał codziennie wracać do Irkucka. Zwłaszcza zimą, gdy mógł po kostki brodzić w śniegu podchodząc do wrót zamku, ale ciągłe przebywanie wewnątrz jego murów – w końcu stałoby się udręką. A Adela musiała wreszcie poznać centrum społeczności magicznej w Rosji. Powinna oswoić się z gwarem Niedźwiedziego Ryku, przejść się z gracją wzdłuż ulicy Eufrozyny Wielkiej, zaciągnąć go do kilku drogich sklepów i domagać się prezentów. Zawsze to jakaś odmiana dla zabieganych dni i długich godzin przesiedzianych w fotelu z dala od światła słonecznego w piwnicach gmachu Ministerstwa.
Powrót do góry Go down
avatar


Nowy Meksyk, USA

22 lata

błękitna

neutralny

żona
http://petersburg.forum.st/t1148-awendele-kiwidinok-sorokina http://petersburg.forum.st/t1188-awendela-kiwidinok-sorokina#4690 http://petersburg.forum.st/t1189-caracara#4691
PisanieRe: Sala Myśliwska   Czw 02 Lis 2017, 05:13
Alkohol był dla niej fascynującym eliksirem, odpędzającym troski, w jednych wyciszającym demony, w innych budzącym je do życia. Z zainteresowaniem przyglądała się transformacji ludzi podpitych, choć ci spici do nieprzytomności byli widokiem raczej smutnym i budzącym niechęć. Atsa, któremu twarz jakby odtajała, mięśnie policzków rozluźniły się, alkohol jak ciekły ogień rozpuszczający lód w jego wnętrzu, powinna chyba nauczyć się mieszać drinki jeśli ich serwowanie mogłoby trochę wspomóc ją w jej niepisanej misji. Cofnął głowę, a ona cofnęła rękę, uciekając gdzieś wzrokiem na sufit, przyglądając wielkiemu żyrandolowi skonstruowanemu z misternie kutych zdobień i dziesiątek jelenich poroży. Uśmiechnęła się lekko jednak, wiercąc lekko na jego kolanach, napierać na te strefę komfortu, mnąc ją, nadgryzać, każdym drobnym gestem, nawet nie do końca świadomie. Ze zwyczajnej potrzeby bliskości, ileż można być tym obcym.
Na kolejne pytanie zaśmiała się nagle, krótko i przeniosła spojrzenie znów na jego twarz. Coś niesamowicie wesołego zalśniło jej w oczach, kiedy z szerokim uśmiechem wcisnęła twarz w jego brzuch i znów się zaśmiała wesoło.
- Och bardzo! Bardzo bym chciała! - przygryzła wargę, mrużąc jedno oko i zerkając na niego z dołu - Już myślałam, że będziesz mnie tu trzymał na zawsze! - kolejny wesoły chichot rozbił się o niewzruszone ściany salonu, które zdawały się dławić go, pozbawiać echa nawet, w ciepłym blasku kominkowych płomieni. Aż grubasek-piesek przebudził się ze swojej drzemki i podekscytowany tymże weseleniem podszedł do kanapy powąchać Endarowe kolano i szturchnąć Adelę zimnym nosem w policzek.
Wszystko działo się tak odmiennie niż zwykle, że nawet domowe zwierzęta reagowały pozytywnym zaskoczeniem, garnąc do życia i świeżej energii w domu. Wyciągnęła rękę i potarmosiła psa po głowie, spełzając z kanapy nieco niezgrabnym ruchem. Usiadła na ziemi głaszcząc staruszka po pysku i łysiejących powoli plecach.
Już zdążyła się nasłuchać o Petersburgu, jak i o Moskwie, którą chciała zobaczyć wcale niemniej jak centrum rosyjskiej społeczności magicznej. Już wertowała w głowie wspomnienia plotek gospodyni z Jasną na temat nowych miejsc na Euforzyny, już kreśliła w głowie mapę miasta, utkaną jedynie ze słów zasłyszanych i wspomnień, z szarą plamą "Mahala" gdzieś na środku, gdzie ponoć nie wolno się było zapuszczać. I wcale się jej tam się spieszyło! Skoro tyle innych rzeczy, miejsc, tyle zakątków mogła przemierzyć wzdłuż i wszerz. Zaraz jednak głos rozsądku przypomniał jej, że w tej przygodzie nie będzie wolna, swobodna jak sarna w białych ogrodach, żeby błąkać się z przyjemnością po mieście. Będzie panią Sorokiną, w sukience, płaszczu, z makijażem uwieszoną ramienia swojego szanownego małżonka, będą spacerować - nie biegać, będą rozmawiać z jego znajomymi - nie zaczepiać obcych ludzi by wypytywać o sekrety miasta, będą odwiedzać interesujące miejsca - nie gubić się w zaułkach i poznawać ulice na własną rękę. Uśmiech przygasł jej nieco na ustach, tylko na chwilę, nim psisko znów trąciło jej twarz mokrym pyskiem jakby czując zmianę w jej nastroju i parsknęła na to w odpowiedzi.
- Ale nie mam się w co ubrać! - westchnęła dramatycznie. Tego zwrotu nauczyła się od Endarowej siostry, która za każdym razem mając wyjść z domu marudziła na niedobory w swojej szafie - zajmującej notabene cały, oddzielny pokój - potem na biżuterię, którą trzeba było odświeżyć, aż po sposób podróżowania. Awendele nie miała bladego pojęcia jak się wyszykować na taką wycieczkę, szczególnie, że nie wiedziała zupełnie nic o konwenansach wielkich miast, etykiecie zachowań w miejscu pracy małżonka, a już na pewno nie wielkich uroczystościach.
Przełknęła ślinę.
- Co noszą żony Twoich znajomych? - zaczęła niepewnie. Powinna była zwrócić na to uwagę, Sorokinów czasem odwiedzały szlachetne damy i każda miała swój wyszukany, wysoce wyrafinowany gust. Była jednak zawsze bardziej zainteresowana ich prześmieszną dworskością i manieryzmami, niż tym co na sobie noszą, za co teraz mogła tylko pluć sobie w brodę. Może by tak zapytać Hersilię o poradę? O pomoc? Może zmieściłaby swoje wciąż muskularne, pamiętające o podróżniczym trybie życia ciało w jedną z jej zwiewnych, dworskich sukienek. Już niedługo stać się miała jedną z tych egzaltowanych pań o wiotkich ramionach i dłoniach drżących od najmniejszego wysiłku, ograniczających się jedynie do dźwigania drogiej biżuterii i emanowania aromatem pachnideł. Westchnęła.
Powrót do góry Go down
avatar


Irkuck, Rosja

27 lat

błękitna

neutralny

adwokat
http://petersburg.forum.st/t1070-endar-sorokin#3929 http://petersburg.forum.st/t1104-endar-sorokin#4105 http://petersburg.forum.st/t1081-lew-polnocy#3983 http://petersburg.forum.st/t1102-yana
PisanieRe: Sala Myśliwska   Czw 02 Lis 2017, 23:19
Etykieta rządzi się swoimi prawami i dyktuje następującą zasadę: niepodobna jest, by dżentelmen pił alkohol sam, będąc w towarzystwie kobiety. Endar zaś całą miarą był dżentelmenem, lecz forma luzowała mu się niestety w miarę jak godzina stawała się coraz późniejsza a Petersburg bardziej odległy. W domu można było pozwolić sobie na więcej – tak jak ona mogła skakać po sofach w koszuli nocnej, tak on mógł wypić gin przed snem. Małżeństwo to w końcu sztuka kompromisu.
Wiele musieli jednak jeszcze wypracować, nad wieloma rzeczami przejść do porządku dziennego, wprowadzić je do hybrydy ich przyzwyczajeń mającej przekształcić się we wspólną rutynę. Drgnął gwałtownie, gdy wtuliła twarz w jego koszulę, co najmniej jakby oblała go kubłem lodowatej wody. Spontaniczne przejawy entuzjazmu nie należały do jego mocnych stron, toteż nie bardzo umiał na nie reagować i poczuł się przez moment bardzo nieswojo. Jego prywatna najbliższa przestrzeń chyba na dobrą sprawę nie została nigdy naruszona, odkąd zyskał świadomość jej istnienia. Trzymał się na uboczu, komunikował za pomocą słów, pozostawiając ciało – choć zdrowe – ułomnym, gdy przemawiać miały gesty, postawa i dotyk. Nawet w małżeństwie zawartym pro forma jednak sfery osobiste musiały się zmieszać – jeśli nie z potrzeby i ciekawości, to z przyzwyczajenia i dla wygody. Nie miał w sercu miłości motywującej go do wytrwania w wierności, lecz składał jej przysięgę raz, do końca życia. Może pospieszył się z braniem ślubu, ale gdy już postanowił – zamierzał, jak wymaga obyczaj w starych i szanowanych rodzinach – nie rozwodzić się z Adelą. Nawet dla Hersilii, dla każdej innej kobiety, którą mógłby pokochać: do miłości niepotrzebne jest małżeństwo. Tak jak miłości nie trzeba, by małżeństwo zawrzeć.
Żony jego znajomych? Endar prychnął, chcąc wyrazić pogardę na poły z rozbawieniem. Należałoby dopytać, czy Adela ma na myśli żony obecne, byłe, czy też kobiety, które powinny być żonami, bo są naprawdę kochane przez mężczyzn, którzy z nim pracują, piją popołudniami i omawiają plany na urlopowe wyjazdy. Wszystkie jednak, niezależnie od grupy docelowej, w pewnym momencie noszą to samo – kwaśne miny i wytworną biżuterię kupioną na przeprosiny za kolejną zdradę. Ale zapewne nie o to Adeli chodziło.
- Trudno mi powiedzieć. – wzruszył nieznacznie ramionami. Rzadko kiedy zauważał, co kobieta ma na sobie, chyba że świadomie wybierała strój krzykliwy, czy bardziej wyzywający niż można przeoczyć. W kręgach starszyźnianych, tam, gdzie umyślił sobie zająć miejsce po Tomasie, nie uchodziło stroić się tak, by wszyscy wybałuszali oczy na ekstrawagancję – w cenie był szyk zdecydowanie stonowany.
- Ale nie musisz się teraz o to martwić. Wczoraj spotkałem się z kimś na kształt doradczyni w doborze strojów, którą poleciła mi Jasna, ona wybrała coś dla ciebie. – sam nie wiedział do końca, dlaczego poprzedniego dnia utrzymał ten fakt w tajemnicy przed żoną. Nie wiodło nim pragnienie sprawienia Adeli niespodzianki, bo godziny spędzone w butikach w ogóle nie należały do przyjemnych, a gdyby w istocie miał życzenie zadziwić czymś świeżo upieczoną Sorokinę, zdecydowałby się na coś, w co mógłby się osobiście zaangażować. Nie zamierzał jednak zaskakiwać żony; co najwyżej zaskakiwać żoną. Towarzystwo czekało, aż ją publicznie przedstawi, oprowadzi jak egzotyczne zwierzę na smyczy z aksamitnej tasiemki, by mogli się napatrzeć. Każda kobieta musiała przejść ten proces, swoją drogą mogący uchodzić za uwłaczający godności, żeby zostać zaakceptowaną w grupie dostojnych dam.  
- A jutro, jeśli zechcesz, także odwiedzimy kilka sklepów i sama wybierzesz dla siebie resztę rzeczy. – bo po cóż mężczyzna miałby brać żonę jeśli nie by czuć się przy niej jak najwspanialszy dobrodziej, obrońca i przewodnik po wielkim świecie trudnych spraw. Znał Petersburg jak własną kieszeń – od pretensjonalnych lokalików w barwnych dzielnicach po smętne ruiny komunistycznej biedy. Ale poznawał go latami, nie zawsze mając na to pozwolenie rodziców czy nauczycieli. Adela mogła słuchać opowieści o mieście przez wiele godzin, lecz nie mogło się to równać nawet z kwadransem spaceru po Newskim Prospekcie. Zapewne miasta, które znała przedtem, były zupełnie inne, a należało już wdrażać ją w mechanizmy działania socjety Europy Wschodniej.
Powrót do góry Go down
avatar


Nowy Meksyk, USA

22 lata

błękitna

neutralny

żona
http://petersburg.forum.st/t1148-awendele-kiwidinok-sorokina http://petersburg.forum.st/t1188-awendela-kiwidinok-sorokina#4690 http://petersburg.forum.st/t1189-caracara#4691
PisanieRe: Sala Myśliwska   Pią 03 Lis 2017, 18:27
Etykieta rządzi się swoimi prawami, jest ich zresztą cały ogrom i zdarza się czasem, że jedno drugiemu zaprzecza pozostawiając odbiorcę przytłoczonego pączkującymi znakami zapytania. Tak przynajmniej zawsze czuła się Awendele, kiedy odbierała lekcje dobrego wychowania z pokorą i niestety słabnącym zainteresowaniem słuchając uwag nauczycielki. Po pierwsze, nigdy nie uważała, że wychowano ją źle, więc skąd ta niesmaczna pewność, że dobrym wychowaniem jest tylko, o którym traktuje książka savoir vivre'u. Po drugie zresztą, gubiła się w logice, dlaczego wszyscy skupiają się na detalach życia, kształcie widelców i tym po której stronie krzesła należy usiąść do stołu, skoro mieli poważne braki w podstawowych sferach życia? Pani Matka ledwie kilka dni temu odbyła z nią poważną rozmowę na temat przyszłości, dwunastą jeśli pamięć jej nie myliła, wciąż będąc przekonaną, że z wszystkich tych istotnych nauk w jej głowie nie zostaje nic. Awendele pokornie przepraszała, kłaniając się lekko i obiecywała wykazywać się większym zainteresowaniem w stosunku do rosyjskiej kultury. W rzeczywistości zapamiętywała całkiem wiele, zupełnie jednak celowo wybierała ignorować wpajane jej zasady.
Choćby po to, żeby mieć jakiś pretekst do rozmawiania z panią Matką, nawet jeśli miała to być zwykła bura.
Spojrzała na Endara pytająco, czekając na kontynuację myśli po tym prychnięciu, na które zareagowała znacznie bardziej emocjonalnie niż się należało. Zmarszczyła brwi i przechyliła głowę, zupełnie podobnie do psów zerkających pytająco na swoich właścicieli. Doradczyni doboru strojów? Na bogów, ten świat był chory. Czy tutejsze kobiety były aż tak kalekie? Oblizała jednak usta, przywołując na nie lekki uśmiech bo nie chciała stracić tej krótkiej chwili przyjemności, jaka się pojawiła tego wieczoru. Nie zdarzało się im zbyt często, od czasu jej przyjazdu, po prostu spędzić razem chwili na robieniu niczego, pogawędce luźnej. Specjalna chwila, chciałoby się rzec, coś co Awendele mogła zapamiętać, snując pajęczą przędze swojej przyszłości i rozwieszając ją po zakamarkach tak zamku jak i głów mieszkających tu osób. Gładziła miękkie psie futro myśląc, że wszystko się ułoży tak, jak to zaplanowała, że ten ogień, symboliczny w kominku i prawdziwy w duszy, że jest zbyt wielki, by mogli ją ignorować przez wieczność. Kiwnęła kilkukrotnie głową, trochę zgadzając się z tym co mówił, a trochę przytakując własnym myślom, w które zdążyła już podryfować przypadkiem. Uśmiechnęła się ponownie, choć siedząc tyłem do ognia twarz jej była raczej zacieniona i cmoknęła z zadowoleniem.
- Chcę. Wybiorę. - zakomunikowała- Chcę też ptaszarnie w ogrodzie, ale mogę poczekać do lata. - przypadkowe oczekiwania, zachcianki pozornie nie mające sensu jak ten strumień przed domem i śliski materiał na pościel. Nigdy zresztą nie pytał "Ale dlaczego tego właśnie chcesz, najdroższa?". Ba, nawet bez tego "Najdroższa." nie pytał. O nic, kiwał tylko głową i czynił co jej do głowy przyszło. Wszystko jednak było częścią układanki, planu, jak w tańcu kroki, wiadomo, co po sobie następuje i można te podskoki zrobić prędzej czy później, ale wiadomo, że się pojawią. Ptaszarnia. To był kolejny obrót. Maj, potem czerwiec, lipiec... - Byle przed sierpniem.
Na wszystko przyjdzie czas - i z tą myślą otworzyła szerzej oczy. Prawie byłaby zapomniała, że dziś pełnia, och Dele, co Ty masz w głowie. Tylko z nią porozmawiał chwilę, zainteresowania okazał szczyptę, a ona o całym bożym świecie gotowa była zapomnieć, dumna z siebie, że skupiła jego uwagę na tak długo.
- Właściwie też coś dla Ciebie mam. - powiedziała nagle, podnosząc się z kolan. Była pełnia, to już czas.
- Poczekaj chwilę, nie ucieknij mi stąd bo zgubie się niechybnie szukając Cie po korytarzach nocą. - rzuciła wesoło przez ramię i wybiegła z Sali Myśliwskiej. Boso, po ciemku, gubiąc się i tak, gnała na dwór, za lodową bramę, w stronę placów treningowych, stajen i rozległej łąki.
Całe szczęście księżyc jeszcze wisiał wysoko.
Powrót do góry Go down
avatar


Irkuck, Rosja

27 lat

błękitna

neutralny

adwokat
http://petersburg.forum.st/t1070-endar-sorokin#3929 http://petersburg.forum.st/t1104-endar-sorokin#4105 http://petersburg.forum.st/t1081-lew-polnocy#3983 http://petersburg.forum.st/t1102-yana
PisanieRe: Sala Myśliwska   Pon 06 Lis 2017, 22:04
Prawo. To bardzo ważna w jego życiu rzecz, choć trudno powiedzieć, by młody Sorokin był ze względu na wykonywaną profesję poczciwym i godnym obywatelem. Przeciwnie, tam gdzie przepisy bezpardonowo łamano i szukano u niego pomocy, on, obrońca zbłądzonych i niesłusznie obwinianych, najlepiej uczył się – od nich, zbrodniarzy, niewinnych, nawet od sędziów, najwyższych powierników sprawiedliwości – naginać je do własnych potrzeb. Jak manewrować wśród podpunktów i ustępów przeczących sobie nawzajem i sprawnie operować pułapkami, jakie prawo zastawia na ludzi chcących po prostu żyć w swojej płaskiej, jednowymiarowej codzienności, za którą nikt nie wymierzy im kary. Obcował więc każdego dnia z zawiłościami bardziej wymagającymi, niż reguły savoir-vivre i choć te czasem go uwierały, manieryzmy mogły przynieść także ulgę. Pomagały uchylić się od niewygodnej odpowiedzi. Kłamstewka, półsłówka i puste formułki nierzadko dawały znacznie szerszy wachlarz możliwości niż prawdomówność, nie stawiały przed nim konieczności introspekcji, weryfikacji uczuć i własnych inklinacji do trwania wciąż w tych samych, butwiejących już ramach zachowań. Były wygodne, a Endar, choć żona widziała w nim orła, silnego i wytrzymałego, miał sposobność, dorastając wśród luksusu i zadęcia, obrosnąć w piórka zupełnie innego rodzaju.
Może chcieli po prostu wszem i wobec pokazać, jak to wszystko mają pod kontrolą? Są wszak z elity, nie mogą zadowalać się tylko podstawowymi wartościami w życiu. Trzeba także pochylić się nad drobiazgami bez znaczenia i dla rozdmuchania własnego ego nadać im ważności, nad którą potem można załamywać ręce. Kiedy się człowiek przejmuje źle zagiętym rogiem serwetki, nie musi aż tak przejmować rozpadającą się rodziną, wycieńczeniem, do jakiego doprowadza go praca albo małostkowością, w jaką popadł przeliczając nawet wiatr, deszcz i promienie słońca na pieniądze.
Endar nigdy nie chciał być prostakiem, który w bieli śniegu widzi tylko jego odwieczne zimno, a w odwiecznej zieleni sosnowych igieł tylko uspokojenie oczu zmęczonych nad stosem kartotek. Ale nie udało mu się uniknąć tego w zupełności, miał potrzebę zbliżania się do przyrody, lubił zwierzęta. Była to prawdopodobnie jedyna cecha usposobienia Awendele, którą w pełni rozumiał i nie obawiał się podzielać. Jemu wystarczała jednak dzika zwierzyna zamieszkująca tereny należące do ziem Sorokinów od dziesięcioleci i nieliczne osobniki, które odnalazł z braćmi ranne i porzucone, te jakby nieco bardziej oswojone, które trzymali w przyzamkowych ogrodach.
Ale skoro Adela życzyła sobie mieć ptaszarnię – dostanie ptaszarnię. Żadna z jej próśb, jeśli za jej spełnienie mógł zapłacić pieniędzmi, nie mogła zadziwić Endara, doskonale przygotowanego na stawienie czoła kolejnej rozpieszczonej do granic kobiecie.
- Jak sobie życzysz. – za to gdyby poprosiła go, by poszedł z nią na spacer do lasu i przeszedł nawet w milczeniu kilka mil przy jej boku, może trzymając ją za rękę, która nawet w styczniowym mrozie nie zziębnie, na to nie potrafiłby się zdobyć. – Poproszę znajomego artystę, by coś zaprojektował. Chyba, że wolisz zrobić to sama? – Endar nie wiedział nawet, czy jego młoda żona jest uzdolniona plastycznie. Czy podobnie jak dziewczęta w tym kraju, odebrała wymagane przez obyczaj lekcje tańca, śpiewu, rysunku. Nie miał pojęcia, co jej się podobało, jakie powiesiłaby obrazy nad swoim (ich) łóżkiem. A może ususzone pęki kwiatów i ziół zamiast dzieł starych mistrzów. Albo zadowoliłaby się świeżym kwiatem w wazonie, nie rozumiejąc tutejszej wysmakowanej sztuki.
- Ty, dla mnie? – zdziwił się, bezwiednie odzwierciedlając to śmieszne, nieludzkie przekrzywienie głowy. Skąd miałaby wziąć prezent dla niego, skoro cały swój czas spędzała w tym domu, gdzie i tak wszystko, łącznie nawet z nią samą, należało już do niego?
Niezwykłość tej krótkiej godziny, w której się nawzajem znaleźli, uderzyła go dopiero, gdy Adela wyszła. Nigdy nie rozmawiał z nią dłużej niż dziś, a poświęcił jej zaledwie nędzną resztkę swego dnia. Gdy wróciła, przyglądał się jej ze skrzącą się w oczach ciekawością. Zapewne oboje zdziwili się faktem, że naprawdę czekał na nią.
Powrót do góry Go down
avatar


Nowy Meksyk, USA

22 lata

błękitna

neutralny

żona
http://petersburg.forum.st/t1148-awendele-kiwidinok-sorokina http://petersburg.forum.st/t1188-awendela-kiwidinok-sorokina#4690 http://petersburg.forum.st/t1189-caracara#4691
PisanieRe: Sala Myśliwska   Sro 08 Lis 2017, 05:24
Miesiąc temu przebiegła dokładnie ten sam dystans, choć grunt był znacznie zimniejszy, a chłodny wiatr szczypał w łydki. Minęła puste nocą pastwiska, spoglądając wzrokiem lekko smutnym w kierunku stajni, w której zamknięto jej garniana. Jej garniana. Tak niewiele rzeczy w tym domu mogła nazywać swoimi. Rzeczywiście, nawet ona sama nie była już tylko swoja, niezależnie od tego jak głęboko we własny indywidualizm chciała wierzyć. Nie czuła się z tym źle, bynajmniej, przyjmowała to z uśmiechem jako kolejne wyzwanie, bo i czy człowiek nie próbował zamknąć koryta rzeki tamą, czy nie próbował osłonić się przed słońcem dachem swego domu? Czy to zmieniało naturę wody? Czy dach sprawiał, że promienie przestały ogrzewać tak, jak dotychczas? Wciąż była Kiwidinok, córką Długie Wody, gdziekolwiek jej nie poniesie los, w cokolwiek się nie ubierze, jak bardzo obcą nie będzie jej ziemia. Zawsze będzie świecił nad nią ten sam księżyc, to samo słońce. Tak teraz, klękając u szczytu polany, wgryzającej się w sosnowy lasek na skraju pastwiska, spojrzała w niebo. Wielki, okrągły księżyc przyglądał się swoim monoklem jej poczynaniom, a ona uśmiechnęła się, dotykając dwoma palcami czoła i nosa. Jej matka umiała zjednywać sobie energie księżyca, czytać z ciał niebieskich. Czy już na zawsze noc pozostanie naznaczona tęsknotą za prawdziwym domem?
Usiadła na piętach i zaczęła rozkopywać ciemną ziemię, zrywając poszycie obrosłe na jej sekretnym skarbie. Zajęło jej chwilę odnalezienie kamieni, które zostawiła tu miesiąc temu, jednak wyciągnąwszy rzemyki spomiędzy grud żyznego torfu uśmiechnęła się. Ojciec, nim wyjechała, podarował jej dwanaście kamieni, choć niewielkich, to przepełnionych naturalną energią. Wybrała z nich najważniejsze, szafir, selenit i jadeit, by utkać z nich wisior. Całkiem niewielki, na długim rzemyku, łatwy do schowania pod ubraniem. Padparadża, by trwać, jadeit, dla głębokiego zrozumienia i zdrowia, selenit, anielskie skrzydło, kamień szczerości, najbliższy jej sercu bo tak bardzo kojarzący się z matką. Każdy z nich wymagał innego rytuału oczyszczenia, wykopanie jadeitu z ziemi było ostatnią częścią procesu, wstała więc i skierowała się na powrót do zamku, zatrzymując się jedynie na chwilę w lodowatym strumieniu, by opłukać stopy i dłonie i obmyć wisior z resztek ziemi. Wszystko było częścią większego wzoru, kto by się przejmował mokrą koszulą nocną, mokre bose stopy robiły równie wiele hałasu co suche, jednak korytarze wydawały się zimniejsze niż wcześniej. Z ulgą i zdziwieniem przyjęła widok Endara, dokładnie w tym samym miejscu, w którym go zostawiła, tak jak grubego pieska, który zdawał się go wiernie pilnować niby pochrapując, ale zerkając jednym okiem w stronę drzwi. Wszystko jest częścią większego wzoru, nie powinna się spieszyć, nie powinna gonić ani wymagać, choć przecież ciągle czegoś chciała. Do tej pory umiejętnie splatała zachcianki absurdalne z elementami ważnymi, ogień w domu i wodę w ogrodzie pomiędzy zielonymi ścianami w łazience i chodakami z drewna olchowego, których i tak nie nosiła. Umiała wszystko zaplanować, umiała utrzymać w trajektorii, na szynach losu i przyglądać się czy wszystko idzie zgodnie z naturą rzeczy. Jak ogrodnik wetknąwszy w ziemię błyszczące ziarenka, doglądający z uwagą i troską kiełkujące, młode pędy. Daleka droga, by z nich kwitły kwiaty, wiele przeszkód na niej, przez które może nigdy nie zakwitną, natury nie można jednak poganiać, bo bardzo rzadko prowadziło to do czegoś dobrego. Dlatego teraz, jej gest, mimo szczerych intencji mógł okazać się strzałem w kolano. Podejrzewała, że na wisior z kamieni Atsa nie zareaguje pewnie wcale, dla świętego spokoju nosząc go pod koszulą, by mu nie marudziła dniami i nocami - godził się w końcu nosić wszystkie te mdłe prezenty od Matki, jak inaczej niż dla świętego spokoju. Nie powinna była mu jednak wspiąć się na kolana bez zapowiedzi w tej mokrej sukience, czuła jak napinał mięśnie niechętny takim fizycznym zbliżeniom. Była jednak zbyt skupiona na samym fakcie okładania go ochronnym zaklęciem, by zastanowić się dwa razy nad samym gestem podarunku. Objęła jego szyję i zaglądając mu przez ramię zaplątała końce rzemienia w supeł, mamrocząc coś w języku, którego nie mógł znać. Mogła wszystko zaprzepaścić swoją pochopnością, ale miała duszę z ognia, którą mimo wiecznych starań nie zawsze umiała powstrzymać. Odchyliła krawędź jego koszuli i wpuściła zimne kamienie by przylgnęły do ciepłej piersi. Wszystko trwało tylko chwilę, zanim sama zdążyła zorientować się, że popełniła poważny błąd swoją pochopnością. Odsunęła się zasłaniając dłońmi usta, bo nawet mimo, że spędzili wieczór na luźnej rozmowie, wciąż byli zbyt daleko, by mogła tak bezpardonowo spełniać swoje zachcianki. Wciąż była na etapie "chcę tego" a nie "mogę robić co chcę".
Noaaale... krzywda już się stała, zanim ją więc z kolan zrzuci odejmuje jedną dłoń od ust i kładzie mu na piersi, dociskając zimny wisior do ciała.
- Nigdy go nie zdejmuj. - powiedziała przez palce z pełną powagą w oczach.
Powrót do góry Go down
avatar


Irkuck, Rosja

27 lat

błękitna

neutralny

adwokat
http://petersburg.forum.st/t1070-endar-sorokin#3929 http://petersburg.forum.st/t1104-endar-sorokin#4105 http://petersburg.forum.st/t1081-lew-polnocy#3983 http://petersburg.forum.st/t1102-yana
PisanieRe: Sala Myśliwska   Sob 11 Lis 2017, 22:27
Układanki zawsze były jego mocną stroną. Przyglądając się figurom rozstawianym na szachownicy rozpoznawał, zaledwie po paru chwilach, odpowiednie miejsce dla pionu, wieży i gońca. Widział oczyma wyobraźni, co pasuje, jaki ruch powinien wykonać w następnej kolejności, by ze starcia wyjść zwycięsko. Rozgrywka za rozgrywką, poznawał mechanizmy nie tylko ukryte w regułach gry w szachy, ale też ludzkich zachowaniach. Był taktykiem, na życie zarabiał kłótnią i uwagami obnażającymi największe słabości, miał w tym kilkuletnie już doświadczenie. Takie doświadczenie wyostrzało język, usypiało skrupuły, godziło celnie w wrażliwość, której nigdy nie miał zbyt wiele. We własnym mniemaniu Endar stawał się wciąż coraz sprytniejszy, zyskiwał lepsze panowanie nad sobą i szerszy ogląd na sprawy, ale każda, nawet krótkotrwała, interakcja z Adelą sprawiała, że wątpił w zalety analitycznego przygotowania do zawodu prawnika.
Długo jej nie było. A może to w nagle zapadłej ciszy minuty tak się rozciągały, a może nie był przyzwyczajony, by na nią czekać? Po wielokroć przecież zostawiał ją bez słowa, tak jak bez słowa spędzał z nią czas w tym samym pokoju pochłonięty codziennymi sprawami, niegotów jeszcze się nimi z nią podzielić. Zdawkowo odpowiadał na słowa, które Adela doń kierowała, a na dotyk nie potrafił wciąż zareagować. Nie umiał odwzajemnić jej spontaniczności, więc po prostu siedział tam, nieruchomy jak przedtem, obcy, niezdarny i zesztywniały, gdy wskoczyła mu na kolana.
Wstrząsnął nim dreszcz zimna, gdy krople wody z jej rąk spłynęły po karku. Nie było to doskonale znane mu zimno, przeciw któremu był już zahartowany, nie. Było zaprzeczeniem Adeli, jej żywotności, impulsów kierujących jej działaniami, całego jej jestestwa, które zrzuciła na niego i które bez trudności mógłby zamknąć w ramionach, oswoić, oziębić. Nie było jednak dane im wiedzieć, czy takie oswajanie nie zakończy się jego stopnieniem, czy też jej żałosnym wygaśnięciem. Było zaś jasne, że między ogniem a lodem nie może być kompromisu.
Krople wsiąkły w kołnierzyk koszuli, wyparowały od ciepła ognia w kominku i żywego ciała. Nadal jednak czuł na piersi chłód kamieni, jakie zawiesiła mu na szyi. Były tym chłodniejsze, że za mostkiem rozgorzała w nim temperatura, po części pod wpływem alkoholu, a po części od… tego wszystkiego. Od niezwykłości, ognia, od niej samej, tak prawdziwej i nieupilnowanej energii, jaką wyrzucała z siebie. To życie musiało gdzieś trafić, a Endar nie wyobrażał sobie nawet, by kobieta mogła chcieć, by trafiło akurat do niego.
- Skąd to masz? – musiała ukryć wisior gdzieś poza domem, tak butnie okazywała nieufność do wnętrz, które były zbyt ciasne i surowe, by uznała je za swój dom. Endar szczątkami wyobraźni malował sobie w myślach obrazy przestrzeni, w której Adela czułaby się swobodnie i w teorii rozumiał jej rozpaczliwe próby uczynienia licznych pomieszczeń w zamku bardziej swoimi, choć dla niego były tylko udziwnieniem, dla którego powodu sam by nie dostrzegł. W tym zamku od stuleci nic się nie zmieniło. Wprowadzono co prawda ułatwienia, jakie niosła ze sobą nowoczesność, ale wystrój i, na dobrą sprawę także atmosfera panująca wewnątrz pozostały te same od czasów, gdy nosiło się żupany i najazdy na sąsiednie ziemie innych watażków były codziennością.
Chwycił naszyjnik w dłoń, przesuwając w palcach każdy z niewielkich kamieni. Nie nosił biżuterii, chyba że nie rzucała się w oczy, a na dodatek była ozdobiona rodowym emblematem. Prawdziwy mężczyzna, jak ciągle powtarzano mu i braciom, nie obwiesza się świecidełkami, takie ozdóbki to domena kobiet. A synowie stwardniałej od mrozu syberyjskiej ziemi nie chcieli uchodzić na zniewieściałych. Endar nie mógł zrozumieć widoku Vasilchenków wystrojonych jak cudacy podczas uroczystości, przyozdobionych jak tandetne choinki, ale dla Adeli tacy mężczyźni musieli być codziennością, gdy mieszkała w Kijowie. Jego palce obracające kamienie musnęły wierzch wciąż chłodnej dłoni Adeli. Endar przekrzywił głowę, by obejrzeć jej twarz, aż wreszcie zniecierpliwiony odsunął jej dłonie zasłaniające nieśmiało patrzące na niego oczy.
Uśmiechnął się. Wcześniej dokładnie uformował ten uśmiech, wymierzył wszystkie krzywizny warg, by wyrażały szeroko zakrojoną wdzięczność, jaka jej się należała. Nie uważał wisiora za ładny, przeciwnie, miał świadomość, że przez kilka pierwszych dni będzie czuł się nieswojo mając go pod koszulą, ale nie zamierzał odrzucać jej podarunku. W końcu nie miał oporów przed uznaniem, że – podobnie jak rzeczy, które on kupował dla niej – nie miał żadnego znaczenia i zapisaniem go na liście razem z krawatami i spinkami do mankietów, które dawały mu siostry i matka. Księżyc to w porównaniu z nimi znacznie piękniejszy prezent, ale Endar nie rozumiał, jakie Adela ma szczęście.
Nie zganił jej poufałości. Jakkolwiek nie spodobała mu się, miała do niej prawo większe niż ktokolwiek inny na świecie. Nie myślał podczas zawierania ślubu, że w równym stopniu, co sobie ją brał, musiał też jej oddać siebie.
- Dlaczego? – w mdłą uprzejmość jego uśmiechu wkradło się rozbawienie. – Ochroni mnie?
Powrót do góry Go down
avatar


Nowy Meksyk, USA

22 lata

błękitna

neutralny

żona
http://petersburg.forum.st/t1148-awendele-kiwidinok-sorokina http://petersburg.forum.st/t1188-awendela-kiwidinok-sorokina#4690 http://petersburg.forum.st/t1189-caracara#4691
PisanieRe: Sala Myśliwska   Nie 12 Lis 2017, 16:17
Nie było łatwo, a miało się okazać, że będzie jeszcze trudniej. Decyzja o wzięciu za żonę kobiety, której się nie zna już jest ryzykowną, a decydując się na związek z kimś zupełnie innej kultury to jak rzucić się na główkę w mętne wody. Może się uda, a może skręcisz sobie kark. Awendele nie była wysublimowaną Włoszką i do damy, która zaprzątała czasem myśli Endara było jej tak daleko, że nawet stojąc koło siebie wydawały się być z dwóch różnych światów. Kiwidinok z natury nie była prostolinijną osobą, a już stojąc poza granicami znajomych dystynkcji i zasad społecznych będzie układanką, na której możliwe, że parę zębów będzie musiał zjeść.
Czekała, oddychając wolniej, przyglądając mu się uważnie, jakby miał na nią zaraz nakrzyczeć. Dla niej to wciąż było tylko w połowie na prawdę, może dlatego właśnie w ogóle nie zniechęcała się do podejmowania kolejnych kroków i prób przebijania się przez ich lodowe zbroje. Czas miał dopiero pokazać czy ogień był ogniem czy skrzącym się zapałem początkującego Sorokina. Przyglądała się jak przebiera w palcach, obraca kamyki splątane rzemieniem i czuła niemal rozczulenie, widząc ...nic. Nie miał pojęcia na co patrzył.
- Nie martw się, nie ukradłam. - wzruszyła niedbale ramionami, ześlizgując się z jego kolan na poduchę kanapy. Chciała zażartować, jednak nie umiejąc jeszcze w ogóle w słowiańską grę słów i niedopowiedzeń nieudolnie ukryła czającą się w tych słowach gorycz. Skąd przecież mogła mieć cokolwiek, czego ktoś z domowników jej nie podarował. Mogła już sobie wyobrazić sceptycznie uniesione brwi pani matki, która może wcale niekoniecznie, ale w głowie Dele pewnie już by ją oskarżała o wydłubywanie kamieni z jej osobistej biżuterii.- To tajemnica. - dorzuciła szybko, orientując się, że może poprzedni żart nie zabrzmiał zbyt dobrze. Wstała z kanapy i ukucnąwszy przy psisku poczochrała ponownie jego kudłaty łeb. Potrzebowała dotyku, dlatego zapewne tak gwałtownie wskoczyła na endarowe kolana, potrzebowała fizycznego kontaktu z żywymi istotami, szukała go podświadomie, głaszcząc psy, tuląc się do koni i reniferów, bawiąc się z małymi zwierzątkami w ogrodzie wewnętrznym. Dystans był jak rozrzedzone w górach powietrze, powoli osłabiał wartkość emocji i umysłu, zamieniał ją w nich, a nie mogła, nie chciała stać się zimną. Batalia ognia z lodem wciąż rozkwitała i żadna ze stron nie wydawała się być z góry zwycięską.
Spojrzała na Endara przez ramie i zmrużyła jedno oko z zaczepnym uśmiechem na twarzy marszcząc nos.
- A chciałbyś, żeby Cię ochronił? - to był amulet trochę ważniejszy, niż zwykły artefakt mający kogoś chronić. Twarz miała pogodną, uśmiechała się szczerze w odpowiedzi na jego uprzejmość i rozbawienie, jakby chciała wynagrodzić mu każdy przejaw posiadania jakkolwiek rozbudowanej palety emocji. Chciałaby mu powiedzieć teraz wszystko, po kolei jak to wygląda i czym co jest, ale nie był gotowy. Był jak oczekujący na nawrócenie szaleniec, nawet gdyby mu powiedziała, to by wyparł, zapomniał, zbagatelizował. Umysł ludzki w pewnym stopniu wciąż działa jak umysł człowieka pierwotnego. Dlaczego często słysząc opinie sprzeczne z naszymi reagujemy agresją? Bo za wyzwania logiczne odpowiada ta sama część mózgu co za poczucie bezpieczeństwa, słysząc argumenty sprzeczne z naszymi przekonaniami odruchowo odrzucamy je, przybierając pozycję obronną. Co mogła zrobić? Powoli przekonać go, że są z tego samego plemienia, pokazać, że ne rzuca wyzwania jego głęboko zakorzenionym prawdom, dopiero wtedy, gdy nie będzie już stanowiła zagrożenia psychicznej harmonii mogła przekładać na swój ubogi rosyjski cokolwiek chciałaby mu przybliżyć.
- To dla mnie ważne. - miała na ustach zagadkowy uśmiech, który towarzyszył jej już do końca wieczora i tkwił na jej ustach zastygły długo jeszcze po tym jak zasnęła. Widzisz, Endarze, Indianie Białych Gór podczas zaślubin nie nakładają sobie na palce obrączek, choćby najpiękniejszych. Dają sobie coś znacznie bardziej osobistego.

2x zt
Powrót do góry Go down
 
Sala Myśliwska
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Sala tortur.
» Sala balowa
» Sala balowa.
» Sala #69
» Sala grawitacyjna


Skocz do: