Навигация

Ruben Garodnyi [budowa]
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  



 

 Ruben Garodnyi [budowa]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 

PisanieRuben Garodnyi [budowa]   Wto 19 Gru 2017, 13:16
Меня зовут
Ruben Garodnyi



DATA URODZENIA: 13.06.1964 / NAZWISKO MATKI: Lazareva / WIEK: 34
MIEJSCE ZAMIESZKANIA: Budapest / STATUS KRWI: błękitna
STAN MAJĄTKOWY: bogaty / ZAWÓD:   generał lejtnant  / KORGORUSZ: Ratel miodożer


ALCHEMIA: 5 / FAUNA I FLORA: 5 / LECZNICTWO: 5 / MAGIA KREATYWNA: 5
MAGIA ZAKAZANA: 5 / OKULTYZM: 5 / SIŁA: 50 / TRANSFIGURACJA: 5
WIEDZA MAGICZNA: 5 / ZAKLĘCIA I UROKI: 15 / SZCZĘŚCIE: 10 / TALENT: 10


Dzieciństwo spędzone w Budapeszcie jest dziś miłym wspomnieniem, do którego nie bardzo jest czas wracać. Sentymenty pozostawiasz sobie na dni wieku starczego. Będziesz wtedy siedział wystrojony w szlafrok i wszystkie odznaczenia, które zdobyłeś na zagranicznych wojnach, będziesz siedział w krześle bujanym, albo na wózku inwalidzkim i patrząc w okno za którym światło dopiero nadaje kolorów zamglonemu miasteczku, będziesz wspominał.

Po trzecim roku spędzonym w szkole magicznej, odkryłeś swojego korogiusza. Wtedy miał postać jakiegoś mało określonego, łasicowatego stwora, który syczał na wszystkie ine korogiusze. Był nieprzyjazny i wydawał ci się być jakąś pomyłką. Przecież byłeś chłopcem całkiem spokojnym, a psoty, które wyczyniałeś podczas przerw czy wieczorami w towarzystwie kolegów, w niczym nie przypominały charakteru tego stwora, który miał cię pilnować. I dopiero w kolejnych latach zrozumiałeś, że twoim korogiuszem stał się ratel miodożer, najbardziej waleczne stworzenie według zapisów Wielkiej Księgi Guinessa. Nagle świadomość tego, cóż oznacza posiadanie takiego obrońcy, nadała sens Twemu życiu. Stałeś się walczącym. Zacząłeś wyciągać kolegów z barów. Dogadywaliście sobie i obijaliście sobie twarze swoje piękne i młodzieńcze. Do pierwszej krwi, wkrótce do pierwszego wybitego zęba, aż wreszcie do momentu utraty świadomości. To była zabawa, nie czułeś nienawiści. Budowałeś swój warsztat, ale we wnętrzu byłeś spokojny jak nigdy.
Twoje zabawy nie przypadły do gustu nauczycielom, którzy coraz częściej powtarzali, że nie umiesz skupić się na przedmiotach, a z podbitym okiem prędzej powinieneś siedzieć u higienistki niż na zajęciach. Mieli rację, nie aspirowałeś do zostania profesorem, nie próbowałeś udawać, że interesuje cie czytanie ksiażek. To był ogromny wstyd dla Twojej matki, ale nie skończyłeś nawet siódmego roku, bo zaciągnąłeś się do magicznego wojska. Tam nie wymagali od ciebie znajomości literatury, ani historii magii. Właściwie to wymagano tylko, byś nie dał się zabić, i był pierwszy. Pierwszy walił, pierwszy zdobywał szczyty. Pewnych szczytów jednak nigdy nie osiągniesz, bo nie masz do tego głowy. Możesz zostać oficerem, generałem, ale nigdy nie zostaniesz przywódcą całego wojska - bo nie wiesz nic o historii strategii, nie uczyłeś się z książek zaawansowanych. A może właśnie zrobią cię przywódcą. Znasz się na tym co dla ciebie istotne, jesteś ekspertem w tych dziedzinach, ale jeżeli ktokolwiek spyta cię czy wiesz co jest w eliksirze tojadowym, to najpewniej się ośmieszysz, bo nawet nie wiesz jakie są zagrożenia takiej niewiedzy.

Kilka lat temu wysłali cię na misje gdzieś w głąb południowych prowinicji Rosyjskich. Nabawiłeś się tam choroby przez którą nie możesz spać, a jedzenie przypomina katorgę. Osłabłeś i odsunęli cię od obowiązków. Wstydliwa sprawa, leżeć w namiocie i pocić się z nicnierobienia, kiedy współtowarzysze walczą o sprawiedliwość. Zacząłeś pisać listy. Kilka z nich trafiło do rodziny, ale kilka wysłałeś do kogoś, o kim miałeś nadzieję nigdy nie zapomnieć.

Z jakiegoś powodu, ostatnio w snach nawiedza mnie obraz wyspy. Wyspy nie należą do krajobrazu mego dzieciństwa. Urodziłem się w kraju położonym w samym środku kontynentu, gdzie morze było czymś niewyobrażanym. A wyspy miały posmak baśni.

Zamieszanie podczas Rusaliów było całkiem uzasadnione. Tak wiele radości w ludzkich duszach się przewijało, tak wiele nadziei i myśli skoncentrowanych na micie tego święta. Należałeś do grupy chłopaków, którzy skakali przez ognisko w towarzystwie owacji i gwizdów. Czasami, jeżeli publika się już trochę podpiła, robiliście to bez koszulek. A obnażając swoje ciało, no przyznaj na co liczyłeś. Na jakąś wieśniaczkę, która pochwali mięśnie i spyta czy już wybrałeś prezent na imieniny. Nic z tego, ze są za miesiąc. Ona chce dać ci prezent teraz, najlepiej za pierwszym drzewem. I tak mijały ci wszystkie Rusalia odkąd skończyłeś lat trzynaście, chociaż dziewczęta zaczęły pojawiać się w tym scenariuszu dopiero po piętnastym roku życia. Rok temu miałeś już ponad trzydziestkę. Mógłbyś obdarować doświadczeniem wszystkich młokosów z okolicy, niektórzy mówili, że to już nieetyczne i pytali, dlaczego jeszcze nie masz żony. Dlaczego wciąż bawisz się jak dziecko. Wzruszałeś ramionami na te ich pytania, bo po skoku przez ognisko zawsze znajdowała się jakaś ślicznotka, która błagała o spacer po lesie. I wziąłeś tę ślicznotkę także tamtego wieczoru. Mówiłeś jej o tym, że niebezpieczeństwo może was dopaść w każdej chwili, wiec niech się cieszy, że jest z takim odważnym jegomościem. Ona się cieszyła i składała pocałunki wdzięczności na szyi i ramionach i mówiła coś o pięknym stawie niedaleko. Staw, no dobrze, niech jej będzie staw. Pewnie dokładnie wiedziałeś o które bajoro chodzi, bo jest to jedno z tych miejsc, tak urokliwych, że wie o nich każdy amant. Pokazywanie odbijających się w tafli wody gwiazd, szeptanie uniwersalnych wyznań, jakieś czarowanie, aż wreszcie dostanie tego po co się tutaj wędrowało. To typowy zestaw dodatkowy do wycieczki nad staw. Więc ta panna Cię ciągnie, ale kiedy docieracie na miejsce coś dziwnego i innego pojawia się w zasięgu twego wzroku. Jakaś kobieta bawiąca się w szekspirowską Ofelię, zatopiona bladość. Zaraz zostawiasz pannę, i chcąc jej zaimponować, albo z prostego poruszenia serca, rzucasz się w tę wodę po kobietę jak ci się wydawało już umarłą. Wyciągasz ją na brzeg, ta nie reaguje, więc ją kładziesz na ziemi i chcesz robić sztuczne oddychanie, a ta zamiast leżeć płasko, to ręce unosi i obejmuje i całować chce. Się przeraziłeś, że to demon jakiś, bo całusy były zbyt słodkie, zaraz wstajesz na równe nogi i się oglądasz, ale jesteście sami. Ty i ta młoda wariatka, która przyszła się topić w noc Rusaliów.




Pół roku temu była zima sroga, lecz ty wszedłeś w samej koszuli na balkon i nie odczuwałeś dyskomfortu. Patrząc w gwiazdy zadawałeś sobie jedno pytanie, jedno za drugim i oczekiwałeś uzyskać odpowiedź natychmiast. Za minutę. Za dwie. Aż stałeś na balkonie przez minut dwadzieścia, nim cię zawołała z pokoju nowo poślubiona żona. Miałeś być zadowolony, a  Wasza historia miała być tą szczęśliwą. W której ona chce wziąć z Tobą ślub, bo przecież znaliście się. Nie byliście jak te inne nudne pary, które z przymusu związane, muszą jakoś się unikać na korytarzu domowym.  Te sztuczne uśmiechy wymieniane przy kolacji - to nie wy. Przecież byliście tak świetnie przygotowani na to co was miało spotkać. Młodzi, interesujący, z całą masą opowieści, którymi chcieliście sie dzielić. Więc dlaczego to wszystko przestało istnieć na tydzień przed ślubem? Zamarznięte serca, brak radości i męczarnia z każdym, kto chociaż wspomniał o gratulacji z okazji ożenku.

Powrót do góry Go down
 
Ruben Garodnyi [budowa]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Prawilne Drechy [budowa]
» Łasica [budowa]


Skocz do: