Навигация

Salon
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  



 

 Salon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
avatar

PisanieSalon   Czw 28 Gru 2017, 15:37
Salon

Urządzony kropka w kropkę z katalogu za pieniądze doktora Iordanou, żeby córka (i wnuczątko) miały dobrze, meble są ładne, lecz zupełnie bez wyrazu, a właścicielka nie zrobiła z wnętrzem nic, by nadać mu nieco charakteru. Na jej zamówienie wstawiono tylko w miejsce w meblościance telewizor, który przez cały czas jest włączony na stacji z informacjami.

Powrót do góry Go down
avatar


Moskwa, Rosja

30 lat

wielkolud

półkrwi

neutralny

kapelan Batalionu Specjalnego, egzorcysta
http://petersburg.forum.st/t1404-albert-lagunov http://petersburg.forum.st/t1410-albert-balsam#6819 http://petersburg.forum.st/t1409-bog-jest-miloscia#6818 http://petersburg.forum.st/t1408-piolun#6817
PisanieRe: Salon   Czw 28 Gru 2017, 15:39

18.05.1999


Zajęło mu trochę czasu by znaleźć moment na stawienie się temu wezwaniu, które otrzymał orłem. Nie był jakiś wybitnie zapracowany, miał jednak swój schemat działania w którym bardzo trudno było mu znaleźć przestrzeń na rzeczy niespodziewane. Jeszcze się nie mógł nawet domyślać, jak niespodziewana rzecz czeka go za tymi drzwiami, kiedy zawitał w końcu u progu, poukładawszy sobie czas na tyle luźno, by móc sobie na to pozwolić. Albert Zorganizowany. Zapukał do drzwi wierzchem tylko kłykci, delikatnie, kątem oka zauważając jednego z miłośników charytatywnej stołówki siedzącego w kąciku, wyjątkowe brzydactwo o kolorze błotnistej mamałygi. Przykucnął więc, cała ta jego posągowa figura, powoli złożyła się by wyciągnąć do kotka rękę i palcem pogłaskać burą główkę.
Wciąż nie był pewien po co Iordanou kazała mu się tu stawić, nie był nawet pewien dlaczego przyszedł, nie miał, choć pewnie powinien, jakichś kwiatów czy czekoladek, jak to gach odwiedzający swoją kochankę, bo i też nie rozpatrywał jej w takich kategoriach. Zresztą nie miewał kochanek, nie składały mu się w czasie i przestrzeni życia, nie kręcił się wokół kobiet ani te nie interesowały się nim (a przynajmniej o tym był święcie przekonany). Dlaczego tamtego wieczora był w klubie? Pijąc whisky i zgadując obcą sobie damę ze stanowczo za mocnym makijażem i zbyt zmęczonym spojrzeniem. Był w tamtym lokalu poza ich nocą poznania może ze trzy razy, dwa nim ją spotkał i raz potem. Albert Niecierpliwy, miał potrzebę uciekać, rzadko i zawsze za to pokutował, ale zdarzało mu się, że nie był w stanie znieść swojego życia i musiał przed nim uciec. Czasem.
Rutyna życia - wracał do domu wieczorem, jak zawsze, przygotowywał jedzenie, szedł do pokoju na piętrze, tego z zamkniętymi drzwiami, jedli kolacje, czesał ojcu jego miękkie białe włosy i czytał jedną z książek, których lubił słuchać. Tylko książki budziły w nim jeszcze iskrę życia, czasem nawet śmiał się lub mówił kilka słów, pytał o politykę i dlaczego jego łóżko stoi bokiem do okna. Czytał mu Sky Above, Great Wind, poezję Ryokana, opowiadał po tysiąc razy historię tysiąca i jednej nocy, niczym Lagunova Scheherezada, czasem sięgał po Sun Tzu, ojciec marszczył brwi, przypominając sobie z trudem emocje inne niż tęsknota. Bywały jednak wieczory, kiedy całował go potem w czoło i zamknąwszy pokój na klucz wychodził z domu, do innych miejsc, głośnych, cichych, do kina, choć lubił filmy kina były dla niego odrażające, do kabaretu, czegokolwiek co było otwarte nocami. Rzadko do klubu, ale wtedy tak. Czy się spodziewał, że dziewczyna, której humor usiłuje poprawić bezsensownym toastem ze zmrużeniem oka zostanie w jego życiu na dłużej? Nie. Czy odpokutował tamtą noc, czy zapłacił za nią i każdą kolejną po tysiąc razy? Tak.
Gdy otworzyła drzwi spojrzał na nią z dołu, co nie zdarzało mu się często, chyba, że znajdywał się z kimś w pozycji horyzontalnej i uśmiechnął łagodnie. Albert Dobrotliwy. Powoli podniósł się do góry, cały skromny, a jak tą skromnością umiał emanować wciąż, mimo postury byka, trudno powiedzieć. Może to ten golf szary, może plastikowe ramki okularów w kolorze bezbarwnym, może powolność ruchów.
- Witaj. - miał niski głos, przyjemny póki cichy, niepokojący, gdy mówił głośniej. Miał go po Lagocie, która śpiewem zaklinała górskie lawiny, był to jednak jeden z wielu sekretów, którymi do tej pory z nikim się nie dzielił.
Powrót do góry Go down
avatar


Mariupol, Ukraina

30 lat

brudna

neutralny

prezenterka MagiTV
http://petersburg.forum.st/t1362-olena-iordanou#6214 http://petersburg.forum.st/t1425-olena-iordanou http://petersburg.forum.st/t1363-w-dzisiejszym-programie#6222 http://petersburg.forum.st/t1426-listy-oleny
PisanieRe: Salon   Czw 28 Gru 2017, 18:27
Czekam na niego? Na ciebie, czy już tylko na spokój, który przez krótki moment zamknął się w twoim kształcie. Nie podając w liście konkretnej daty spotkania wiele ci ułatwiam, prawda? Dobrze by było, byś chociaż pomyślał po tych miesiącach milczenia, że ta swoboda dana ci w darze przez moje obawy to przejaw uprzejmości.
Bezpieczna od ciebie tylko w te ranki sobotnie, które uparcie przesypiam mimo braku kaca, nawet wtedy przyłapałam się na czekaniu, rozedrgana, zmęczona napadami mdłości. Skąd wzięła się ta niecierpliwość? Nie chciałam cię tu tak jak ty nie chciałeś przychodzić, a gdybyś zaledwie opuszką palca musnął drzwi już biegłabym otworzyć, wyczulona na wszelki odgłos zwiastujący gościa.
Otwieram przed tobą drzwi wziąwszy przedtem głębszy oddech. W powrotach nie jestem zbyt dobra, nawet tych będących z rozsądku wyższą koniecznością.
- Cześć. – najwyraźniej jaki gach taka kochanka, wita cię bez uśmiechu, bez zachęcających koronek, nie ma na co liczyć w tym układzie dziwacznym. Zawsze jest jednak szansa, że przynajmniej kot skorzysta. Pochylasz się nad nim z litości, zupełnie jak pochyliłeś się nade mną, gdy wśród łomotu muzyki cierpiałam katusze dla dobra młodszej siostry. Byliśmy wtedy oboje ludźmi dobrymi, każde z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.
Pomyłki przyciągnęły nas do siebie, a dalej była już tylko siła ciążenia.
- Wejdź, proszę. – tyle miejsca sobą zajmujesz w pokoju, aż dziwne, że tak szybko wyparowałeś z głowy, znalazło się mnóstwo rzeczy w miejsce twoich słów, rąk i plastikowych okularów. Pamiętasz to miejsce? Równie dobrze mogłoby cię tu nigdy nie być, nawet jeśli zawieruszyła się tu przed miesiącem któraś z książek, za którą tęskni teraz twój obłożnie chory ojciec, nie sposób ją tu zauważyć. Mogłoby na dobrą sprawę nie być tu nawet mnie, a książki w szklanych gablotkach mogliby tu przywieźć razem z meblami; kilku z pewnością nawet nie otworzyłam jeszcze odkąd tu mieszkam. Wystarcza uspokajający szum telewizora, który już teraz pewnie dobiega do twoich uszu.
Uspokój się, na razie tylko moje życie wywinęło niezgrabnie fikołka i oto wylądowało przed tobą na dupie, gotowe w każdej chwili rozpaść się i tylko tona pudru przed nagraniem poskłada je tymczasowo i będziesz mógł sobie obejrzeć.
- Napijesz się czegoś? – rozglądam się, raczej bezradnie jak na właścicielkę mieszkania. Zupełnie nie wiem, gdzie szukać tu czegoś dla ciebie. Może weź sobie tego kota z korytarza, może to on był ci przeznaczony w tej karuzeli i nim jest ci dane się zaopiekować. Zwierzęta podobno uszczęśliwiają ludzi, na mnie kocię w mdłym kolorze mamałygi zaledwie prycha kolejny dzień z rzędu niczym niepoczęstowane.
- Posłuchaj, poprosiłam cię, żebyś przyszedł, bo – może czas, by zasłonić się etyką pracy. Dziennikarskim drygiem do przekazywania informacji, najlepiej skandalicznych, w końcu telewizja robi swoje z człowiekiem. Bo czego mogę chcieć od ciebie? Kiedy się dowiesz nie zaczniesz rzygać do kibla zamiast mnie i nie urośnie ci brzuch w zamian. Możesz jedynie kiwnąć głową, pokierować moje kroki do sypialni, najniższej szufladzie komody, tej z szalikami, gdzie na dnie spoczywa fiolka z eliksirem.
- Bo jestem w ciąży. – i, siedząc w fotelu inny niż mój (ten wysiedzony, przed telewizorem, zostawiam tobie), obracając w dłoniach pilota wolałabym nagle, żebyś ty to wszystko tym swoim przyjemnym głębokim głosem wyjaśniał.
Powrót do góry Go down
avatar


Moskwa, Rosja

30 lat

wielkolud

półkrwi

neutralny

kapelan Batalionu Specjalnego, egzorcysta
http://petersburg.forum.st/t1404-albert-lagunov http://petersburg.forum.st/t1410-albert-balsam#6819 http://petersburg.forum.st/t1409-bog-jest-miloscia#6818 http://petersburg.forum.st/t1408-piolun#6817
PisanieRe: Salon   Czw 28 Gru 2017, 18:56
Albert Uprzejmy, ni to się kłania, ni pochyla, wchodząc do mieszkania tak, żeby głową o framugę nie zaczepić. Nie zapamiętał tego pokoju, ale i nie było w nim nic do zapamiętania. Żadnych dziur wypalonych w dywanie, śladów na blacie stolika, niczego, co mogłoby wskazywać na to, że człowiek tu mieszkający miał osobowości więcej niż ten burasek na korytarzu. Przygód jakichś cień, tajemnic, historii w pamięci zaszyfrowanych, których się nikomu nie opowiada ale palcem z rozrzewnieniem po kręgu denka kubka od którego zbielał lakier na blacie prowadzi jak po bliźnie. Kiedy tu bywał to jego blizny były opowieścią, której i tak mimo wszystko nie mówił na głos. Czy w ogóle rozmawiali dużo? Nie przypominał sobie, raczej szeptali, on w ogóle ten typ mniej niż bardziej rozmowny, siedzieli blisko albo stopami się stykając, książki swoje tu czytał kiedy nie mógł znieść ciężaru ojca na barkach, czasami zagapił w ten telewizor bezmyślnie, gubiąc jakikolwiek wątek. Międzyświat, bezpłciowe mieszkanie Oleny Iordaniu. Wystroju nie pamiętał w ogóle, ale to, że czuł się dobrze już tak i to wspomnienie mu ciepłą błogość w żyły wpuszcza.
Wodzi za nią wzrokiem jak tak ramionami porusza bezładnie, coś do picia, wie przecież, że nic tu nie masz, może wodę w kranie albo herbaty trochę w szafce. Może jakieś piwsko w lodówce się uchowało.
- Chętnie. - odpowiada z ciepłym uśmiechem, Albert Łagodny i kieruje kroki ku umiłowanemu fotelowi właścicielki mieszkania. Mijając ją, a trudno się nie minąć blisko, obejmuje palcami jej ramie w uprzejmym geście, wcale nie roszczeniowym, czy wulgarnym, niemal pieszczotliwym jak tego kota na klatce. Muska tylko palcami materiał koszuli na łopatce i idzie umiejscowić się, dowiedzieć po co go na ten fotel swój zaprosiła.
Co prawda ona w nim mościła się jak kurka na grzędzie ulubionej, ręka w rękawiczce, mu jak zwykle za nisko więc wyciąga te nogi ostrożnie przed siebie, co by kolan pod nosem nie trzymać.
- Rozumiem. - mówi spokojnie, bo cały jest przecież jak ta oaza spokojny, czym się denerwować, wszystko to koleje losu na które nie mamy wiele wpływu. Dlaczego zwróciła się właśnie do niego z tą informacją? Wyciąga ciepłą rękę by jej ręki dotknąć z tym uśmiechem swoim balsamicznym niemal, nie obawiaj się, przecież jesteś bezpieczna. Widzisz Oleno, on przekonany całe życie był, że dzieci mieć nie może, więc i teraz taka myśl go nachodzi, że może po prostu czułaś się z nim bezpiecznie, że iskra zaufania jakaś skrzesana w te parne noce wznieciła w Tobie myśl, by zwrócić się z tą potrzebą do niego. Tylko dlaczego nie do ojca dziecka? Czy to ważne, Albert nie kwestionuje wyroków boskich.
Bóg dał dziecko, da i na dziecko, nie musisz się obawiać bycia samotną matką. Albert Miłosierny, przecież nie będziesz samotna, uczynki miłosierdzia względem duszy, strapionych pocieszyć, wątpiącym dobrze radzić.
- Chciałabyś bym Cie w tym wsparł? - dość niezwykła, trzeba przyznać, była to potrzeba. W końcu to ona przestała przychodzić, a na powściągliwy list, który wysłał jej jakiś czas później nie odpisała nigdy. Nigdy nie miał jej tego za złe, ludzie przychodzą i odchodzą, tylko teraźniejszość jest darem, z którego można czerpać, ale czemu właśnie do niego? Przechylił lekko głowę wpatrując się w same kropki jej czarnych źrenic.
Albert Nieświadomy.
Powrót do góry Go down
avatar


Mariupol, Ukraina

30 lat

brudna

neutralny

prezenterka MagiTV
http://petersburg.forum.st/t1362-olena-iordanou#6214 http://petersburg.forum.st/t1425-olena-iordanou http://petersburg.forum.st/t1363-w-dzisiejszym-programie#6222 http://petersburg.forum.st/t1426-listy-oleny
PisanieRe: Salon   Czw 28 Gru 2017, 20:07
Spokój znowu zamyka się w tobie i to ty stajesz się dobroczyńcą wchodząc i dzieląc się ze mną. Wyłączaliśmy telewizor? Nie pamiętam. Mogłabym, gdybyś i mnie zechciał czytać swym głębokim głosem ze swoich książek, jeszcze ładniejszy jest nad ranem, nieśmiało urastający z szeptu do słów pełnych, niby cudzych a jednak tak bezpardonowo branych na własność jak…
Jak ja? Albo jak ty, obojgu nam dolega choroba zwana zachłannością.
- Może być woda? – nic tu nie ma, racja. Woda nawet w kranie cudem, bo rachunek z zapominalstwa w kuchni leży niezapłacony chyba drugi tydzień. Popadłam w jakiś letarg, wsiąkam w ten pokoik, w ten miękki fotel, czujesz? Nic tu nie ma, bo wszystko jest we mnie. Ja pamiętam, albo ledwo sobie radzę z niepamięci cudem, powroty do tego saloniku, opadanie na twardawą sofę jak kłoda i sny lekkie. Powroty nad ranem z obolałą głową i oczyma piekącymi, gdy tylko otwierałam je do żółtego światła z żarówek.
Podaję ci szklankę, ostatnią czystą w tym domu, Albercie Szczęśliwcze. I nie oddalam się już, przysiadając na oparciu tego mojego-twojego fotela, zwiesiwszy głowę przyglądam się własnej ręce. Z jednego paznokcia oderwał się kawalątek warstwy pomarańczowego lakieru, najpewniej przy obieraniu mandarynki. Wszystko wydaje się nagle ciekawsze od życia, poniekąd także twojego, które zaczyna się we mnie i już zaczyna sprawiać problemy.
- Nie wiem. – dukam nieporadnie, nie umykając jednak przed twoim badawczym spojrzeniem. Przydałaby się teraz ta tabletka na bezbłędne wysławianie się, może nawet w podwójnej dawce. Masz wolny wybór. Ojcostwo to nie powołanie każdego mężczyzny; prawda, że facet opiekuńczy, jeszcze na dodatek barczysty jak szafa trzydrzwiowa, wszystkim się podoba, ale dla efektu wystarczyłoby, gdybyś dotulał do serca głodnego kota w brudnym, nieokreślonym bliżej kolorze, niekoniecznie kwilące niemowlę. – Ty chciałbyś? Masz, jakby nie patrzeć, sporo do powiedzenia w  tej sprawie.
Powinniśmy chyba, ja wciąż nie wiem, podzielić się wszystkim na pół, czyż nie? Czy tak nie zakłada model postępowania uznany przez prawne kodeksy i  wszystkie święte księgi? Na razie kieruje mną sumienie, impulsywnie popycha do napisania listu, otworzenia drzwi, szukania namiastki schronu przed życiem w tej wielkiej ciepłej ręce, którą wyciągasz tak hojnie. Wiesz, zdawało mi się kiedyś, że skulona w łóżku zmieściłabym się w niej cała. Ale nie pamiętam już przecież ani tego pokoju, ani zamkniętych drzwi, ani stykania się stopami. Zmarszczki wychodzącej ci na czole, gdy mrużysz oczy przy czytaniu, zapachu szarego golfu, przy którym zasypiałam, gdy wpatrywałeś się w ekran. Przypominał kadzidło, ale ja przecież nie pamiętam tego.
- Ono jest twoje, Albert. – bo nie spodziewałam się, że spłynie to po tobie jak po kaczce. Nie zdążyłam zrozumieć, że to niewzruszenie nie jest jedynie przykrywką dla burzy, która miota tobą w środku, że jest trybem domyślnym, z którego w niepokój przechodzisz zbyt rzadko, by kojarzyć cię z czymkolwiek innym od tej powolności i milczenia. Więc trzeba to powiedzieć jeszcze raz i jasno. Żeby ani jedno z nas nie miało złudzeń i to, które może, wycofało się w porę. – Uznałam, że powinieneś wiedzieć.
Nie wiem, gdzie jestem bezpieczna. Wydawało się, że na plaży w Mariupolu, niedaleko domu, ojca i matki. Mogłabym zostać z nimi, zapomnieć o możliwości powrotu do życia, jakie zbudowałam dla siebie samej bez planów na remont. I, nie wiedząc jeszcze, czy robię dobrze, jestem z powrotem w swoim-nieswoim mieszkaniu. I jesteś też ty, a miało cię już nigdy więcej nie być.
Powrót do góry Go down
avatar


Moskwa, Rosja

30 lat

wielkolud

półkrwi

neutralny

kapelan Batalionu Specjalnego, egzorcysta
http://petersburg.forum.st/t1404-albert-lagunov http://petersburg.forum.st/t1410-albert-balsam#6819 http://petersburg.forum.st/t1409-bog-jest-miloscia#6818 http://petersburg.forum.st/t1408-piolun#6817
PisanieRe: Salon   Pią 29 Gru 2017, 11:37
I trapi Cię to, widzi przecież, że jesteś bardziej zmęczona niż wtedy. Oczy masz jakieś smutne, chociaż wcale nie smutkiem, tylko czymś głębszym - żalem jakimś niewypowiedzialnym. Nigdy nie miał okazji widzieć Cię głośnej czy tryskającej energią, trzpiotki chichotki, jakby to nie było zupełnie w Twoim stylu, a dziwne, bo zazwyczaj Ci najgłośniejsi i najżarliwsi lgnęli do Balsama szukając w duszy spokoju.
Wpatruje się więc w Ciebie, nic, nawet pół zmarszczki mu się nie robi na twarzy, kiedy próbujesz przebić się przez biały szum w którym Lagunov żyje, z tą informacją, że to przecież jego. Zdaje się, że ten uśmiech łagodny to mu nawet trochę poszerza się.
- To nie jest możliwe, Oleno. - mówi w końcu, powoli obejmując długimi palcami Twoją dłoń. Mógłby spokojnie Twoje obie w jednej schować, Albert Wielki, ale przecież nigdy nie był inwazyjny i nigdy nie próbował jakiejś roli opoki życia przyjmować, tarczy przed światem, narzucać się jako rycerza. Wiedział, że było mu do rycerza daleko, rycerskość nie bierze się tylko z górnolotnych frazesów - Albert był żołnierzem i żołnierzem boga, wojna spaczyła jak każdemu z nich spojrzenie na szlachetność i choćby rzeczywiście spełniał wszystkie na księcia rycerza wymagania - a nie spełnia - wyparłby się tego tytułu bez mrugnięcia okiem.- Ja nie mogę mieć dzieci. - jakaś miękka nutka smutku w tych słowach wiruje, jak mała tancereczka, próbująca przedstawić Ci, że mu przykro z tego powodu, ale nie rozpaczliwie, jest taki spokojny gdzie tu miejsce na rozpacz. Znów przygląda się Twoim oczom, opuszką kciuka gładząc skórę na wierzchu Twojej dłoni- Nie jestem do końca... człowiekiem. - trudne wyznanie, mimo, że ze wszystkich genetycznych przypadłości czarodziejskiego świata wielkoludy były jedynymi odmieńcami, które szanowano. Mimo wszystko, potwarz, nie było co prawda żadnego dowodu na to, by olbrzymstwo wiązało się z bezpłodnością - miał jednak swoich własnych doradców, dzieci boga, szepczące anielskie chóry, które od wielu lat szydziły nazywając go mutantem, zapewniając, że ani dzieci, ani miłości, ani nawet wstępu do nieba, choćby świat płonął, choćby apokalipsa, był odmieńcem nawet w oczach Stwórcy.
Tak przekonany żył do dziś, patrzy jednak w te Twoje zupełnie poważne oczy kiedy tak patrzysz na niego wyczekująco i czuje, Albert Empata, że jesteś zagubiona, że miejsca nie możesz znaleźć sobie ani tu, ani w życiu, ani nawet we własnej głowie. Dopiero, kiedy przez tę mgłę kadzideł myśl ta przebija się do rdzenia Alberta, jak błyskawica, na ułamek chwili jedynie, drga mu brew.
- Moje? - kciuk dalej prowadził swoją własną rozmowę z Twoją dłonią, kreśląc kręgi, esy floresy, język szyfrowy, niewzruszony zupełnie maszyną, która ruszyła wewnątrz Lagunowej głowy. Albert Niepozorny. Jak można dzieło boskiego miłosierdzia i dobrej woli nazwać "swoim". Przywłaszczyć, jednym słowem przywiązać do tego, do tamtego, czy to było takie proste? Wzrok, jak ciągnięty grawitacją opada na Twój brzuch, jakby tam już mały człowiek siedział i machał ręką: halo, zauważcie mnie, tyle że nic nie widać.
- Rozumiem. - powtarza więc ponownie, dokładnie kalką tego samego głosu, co chwilę temu, z tym samym spojrzeniem miękkim, choć tym razem za fasadą spokoju już tryby obracały się przebierając między moralnością, wykształceniem, życzliwością, a zwykłą, grzeszną wygodą.
- Chciałabyś bym Cie w tym wsparł? - kontynuuje powtarzanie własnych słów, jakbyś się wzięła i zamknęła w jakiejś pętli czasowej. Jakiej reakcji, przyznać, chciałaś tu dostrzec, jakiej się po nim mogłaś spodziewać? Albert Wiecznie Niewzruszony. Przynajmniej nie dla oczu świata. Mruży lekko oczy, rozciągając usta w kojącym uśmiechu, chciałby, żebyś przestała się trapić, bo nie może tej Twojej energii ponurej, zmęczonej puścić mimo wszystko, tak nią emanujesz choć może sama o tym nie wiesz- Co Ty planujesz z tym zrobić. - rzeczowo. To było jej ciało i nie należała do kobiet, które by posądzał o to by zaszedłszy w ciążę poczuły "Oto spełniam swój obowiązek jako kobieta, mam dziecko i życie cudem jest". Wręcz przeciwnie, nie bez obawy (i ulgi?) po jego głowie kręciła się myśl, że to ten czas, kiedy kariera idzie przodem, a ciąża nie jest najlepszą kartą przetargową na przyszłość. Nawet pół mięśnia twarzy nie sugeruje jego nastawienia do sytuacji, przecież chciał Ci dać przestrzeń do własnej decyzji nie narzucając swoich emocji, jakby kiedykolwiek w ogóle cokolwiek narzucał.
Poza gniewem boga, ale to tylko czasem i to wiedziony szeptami aniołów.
Powrót do góry Go down
avatar


Mariupol, Ukraina

30 lat

brudna

neutralny

prezenterka MagiTV
http://petersburg.forum.st/t1362-olena-iordanou#6214 http://petersburg.forum.st/t1425-olena-iordanou http://petersburg.forum.st/t1363-w-dzisiejszym-programie#6222 http://petersburg.forum.st/t1426-listy-oleny
PisanieRe: Salon   Pią 29 Gru 2017, 17:21
Jestem zmęczona, nietrudno to zauważyć. Skóra na twarzy poszarzała, włosy kołtunią się nieznośnie niezłożone od trzech-czterech dni na miękkiej poduszce. Nie sypiam w jedwabiach niestety, ale bawełna w niebieskie wzroki też wystarczy, skoro i tak najgorszy jest smród. Wanilia, kiedyś bardzo lubiłam ten zapach, ale od niespełna dwóch miesięcy nie mogę go znieść. Zaraz boli mnie głowa, zbiera się na wymioty, to bardzo obce uczucie.
Zawsze należałam do tych, co postrzegają ciążę jako stan patologiczny, odchylenie od normy, pomyłkę. Jedność, choćby wyłącznie w fizycznym sensie, łącząca matkę z rozwijającym się dzieckiem pozostaje dla mnie, jak w pierwszych dniach odkąd się dowiedziałam, pojęciem czysto teoretycznym.
- Daruj, Albercie, ale innej możliwości nie ma. – jeszcze nie tak trudno to ignorować. Nie dalej jak wczoraj oglądałam uważnie swoje własne ciało, szukając odmienności od tego, co znam już od lat. Nie znalazłam żadnych śladów, brzuch nie zaczął jeszcze rosnąć, piersi nie obrzmiewają boleśnie; mógłbyś mi nie uwierzyć, Albercie Naiwny, bo nie wiesz, że nie zdążyłam cię jeszcze okłamać. Być może okoliczności skłonią mnie jeszcze do tego, gdybyśmy mieli wbrew planom zobaczyć się raz jeszcze. Albo więcej razy.
- Co chcesz przez to powiedzieć? – są rzeczy na tym świecie, o których nawet mi się nie śniło, to pewne, rzeczy ukryte pod powłoką zwyczajności i opanowania. Fakt, że sny mam raczej przyziemne, wracam w nich do pracy albo domu rodzinnego. Nigdy nie odkrywałam górskich dolin ani nie zapuszczałam się w leśne gęstwiny, by odkryć istoty, które wzbudziłyby mój lęk, zachwyt, wydobyły ze zgnuśniałej duszy respekt podszyty przestrachem. Choroby dotykające blisko spokrewnione ze sobą zbiorowości były wstydliwe, artykuł opublikowany ostatnio w „Sputniku” był obrzydliwą demaskacją, ciosem poniżej pasa. Nie dziwię się więc, że nie mówiłeś o tym wcześniej, ale bez obaw – rozpoczął się już przyspieszony kurs. Nie wiem, komu prócz mnie zdradziłeś obawy o swej ułomności (a może to szczęście w nieszczęściu? Trudno wyobrazić sobie, bym miała żałować, gdyby to mi przyszło żyć z tą świadomością. Macierzyństwo, które zapowiedziała mi uzdrowicielka bezpardonowo przed kilkoma tygodniami dokonało chyba większego spustoszenia w zapasach poczucia bezpieczeństwa, które udało mi się zgromadzić przez trzydzieści lat.)
Nie masz żołnierskich dłoni, nie wyglądasz na weterana nadwątlonego przez niewygody życia w armii. Nigdy też nie dopatrywałam się w tobie rycerza, zbroje są już kompletnym przeżytkiem, sam zresztą w porę zauważyłeś, że nie mnie zamykać w najwyższej komnacie w najwyższej wieży. Mam już jedno życie i nawet gdybyś był ucieleśnieniem cnót rycerskich mogłabym wypaść ci z rąk w czasie akcji ratunkowej od przebiegłego smoka. Łatwiej mają ci z grubą skórą, a i przy smoku byłoby cieplej.
Kiwam głową ze zmrużonymi oczyma. Twoje palce przesuwają się po przesuszonej skórze, pękającej na szczytach kłykci jakby na zewnątrz straszył mróz. To przyjemny dotyk, odwraca uwagę od rozstrzygania, czyje. Powinno być prościej; dziecko jest we mnie, sypiałam z tobą, nikogo więcej nie możemy włączyć w ten układ. Daruj raz jeszcze, ale Boga nie było z nami w łóżku, gdzież więc w tych mdłościach porannych Jego łaskawość?
Albert Zepsuty Gramofon, nie powtarzaj się, proszę. Pytania takie jak to mogę zadawać sobie sama, w myślach, na głos, przez łzy i śmiejąc się histerycznie. Przerobiłam już wszystkie emocje, a odpowiedzi nadal nie mam. Nie pytaj.
- Sama nie dam rady. – byłam do tej pory przekonana, że nawet gdyby zebrało się całe miasto, a każdy chętny do pomocy, i tak nie nadaję się na matkę, to we mnie tkwi szkopuł, sedno problemu to ja i mój lęk przed odpowiedzialnością. – Czasem myślę, że lepiej dla wszystkich byłoby… rozwiązać ten problem póki czas.
Chyba wstydzę się o tym mówić. Ojciec, gdy jego pierwszego pytałam o zdanie, wypowiedział się na ten temat kategorycznie i krótko, z wyrzutem spoglądając na wizerunek świętego Kosmy zawieszony na mojej szyi. Nie po to ratowałem ludzkie życie przez czterdzieści lat, by moja własna córka teraz lekką ręką je odbierała.
- Ale zanim… chciałam ciebie zapytać o zdanie. Nie umiem zdecydować sama.mamy mam jeszcze dwa miesiące, by ostatecznie podjąć decyzję, jeszcze przez dwa miesiące eliksir może zadziałać. Uzdrowicielka opiekująca się moją ciążą zapowiedziała, że będzie w razie potrzeby odmierzać mi dawki, lecz słowa ojca wciąż brzmią w mojej głowie, uświadamiając, że rozwiązanie problemu z każdym dniem staje się bliższe morderstwu.
Powrót do góry Go down
avatar


Moskwa, Rosja

30 lat

wielkolud

półkrwi

neutralny

kapelan Batalionu Specjalnego, egzorcysta
http://petersburg.forum.st/t1404-albert-lagunov http://petersburg.forum.st/t1410-albert-balsam#6819 http://petersburg.forum.st/t1409-bog-jest-miloscia#6818 http://petersburg.forum.st/t1408-piolun#6817
PisanieRe: Salon   Pią 29 Gru 2017, 17:49
Darować możecie sobie wzajemnie, bo choć tak łatwo Tobie ocenić kto ojcem jest czy nie jest - Albert nie zna Cię wcale, nie wie jaki masz tryb życia. Wpadłaś w jego życie miękko i równie śliską falą z niego wymsknęłaś się. Czy był to Twój jedyny przelotny romans? Nie sądził, miałaś w sobie urok niewyjaśnionej egzotyki, nawet, kiedy oczy umalowała Ci siostra trochę za bardzo, a spod powiek zamiast flirtu ulatniało Ci się życiem znużenie. Nie wątpił nigdy w to, że inni mężczyźni również, kto wie czy tak głupio jak on czy może gorzej nawet, wpadali w taką relację-sieć z Tobą. Łatwiej mu było przecież uznać, że to Ty, że Twów urok, że przyszłaś i poszłaś, a on i jego udziału w tym tak niewiele. On był przecież tylko liściem na tafli wody, łupinką orzecha prowadzoną nurtem rzeki.
Podnosi się lekko w tym fotelu, prostuje raczej i mimo, że siedzisz wyżej o całą wysokość podłokietnika to te oczy niebieskie pozbawione uczucia masz tuż przed swoimi. Taki uśmiech łagodny, takie ciepłe mikroekspresje, a oczy wilgotne, puste, niecierpliwie świdrujące.
- Jestem wielkoludem. - Albert Szczery. Zdjąłby z palca trojana, gdyby szukał poklasku czy uznania, ale po pierwsze - wystrój pokoju musiałabyś po tym zmienić, po drugie, nie musiał niczego udowadniać. Tak jak Ty jemu tak i on Tobie nie miał okazji skłamać. Kłamstwo zresztą od wielu lat nie gościło w przestrzeni jego życia, uszczuplając jego i tak skromny zakres rozmów o te pokrętno-fałszywe gry i zabawy, którymi wszyscy lubią operować.
Łatwo boską interwencję przeoczyć, skoro w łóżku z wami nie było, oczywiście nikogo. Ale Alberta też by nie było, gdyby nie ta siła wyższa kierująca ścieżkami losu, może nie z nim, może z kimś innym wtedy, żadnego dziecka, dni płodne, ochoty, wszystko to jest schemat, który ktoś kiedyś ułożył. Maszyna, która z czasem zazębia się z kolejnymi trybikami, pracując niestrudzenie od dnia poczęcia do chwili, aż tkanki rozkładają się w ziemi. Powiedz, czy jeśli na świecie nie istnieje maszyna, która sama z siebie powstała bądź sama siebie napędza, perpetuum mobile, to cóż zbudziło nas do życia? Cóż tej bakterii szepnęło, by z wody wylazła? Skąd ten meteor, skąd układ słoneczny, kto wielki wybuch zbudził. Myślisz, że nie dasz rady, ale to hojne z Twojej strony zakładać, że jego obecność mogłaby pomóc, skoro on sam wie, że na pewno zaszkodzi. Nie był jednak bogiem i nie mógł Cię wziąć jak glinę w ręce, myśli Twoich po swojemu ułożyć i kazać Ci, bądź zabraniać.
- Mhm. - Albert Analizujący. Nie zdziwił się wcale, że to rozważasz. Uważał Cię za zbyt bystrą, by legnąć i emanować stanem błogosławionym. Co prawda miał Cię również za zbyt wrażliwą, byś mogła podjąć decyzję ostateczną sama, ale choć to było wygodne tak trzymać się myślenia o tym, cóż Ty możesz myśleć, musiał odwrócić to lustro i spojrzeć na siebie.
Funkcja jaką w życiu pełnił nie pozwalała mu na małżeństwo. Nie mógł też pozwolić dziecku urodzić się bez ojca, bo skazałby jego duszę na potępienie tak, jak i jego ojciec skazał jego własną - cóż za ironia losu, jak często chcąc uniknąć popełniania błędów rodziców zapętlamy ten sam schemat, kalecząc siebie i wszystkich dookoła. Z drugiej strony zgoda na eliksir poronny byłaby zaprzeczeniem podstaw wiary, dzięki której był w stanie przetrwać kolejne dni bycia żywym. Mówisz: nie umiesz zdecydować sama, a tu Albert Niepewny, sam nie wie co Ci powiedzieć, a cokolwiek to będzie, będzie przecież szczere.
Puszcza powoli tę opancerzoną pomarańczowym lakierem rączkę i obejmuje Cie lekko, tak przecież powinien, zna siebie i wie czego może się po sobie samym spodziewać. Nie jesteś sama.
- Lepiej dla wszystkich, czy lepiej dla Ciebie? - pyta w końcu i nie ma w tym grama złośliwości, czy pretensji. Często z palcami wplecionymi w Twoje włosy prowokował nocami takie psychologiczne rozmowy, dzięki którym mógł nauczyć Cię jak rozumieć własne uczucia, skąd się biorą, zaakceptować je. Patrzeć na swoją wygodę i dobro w tej sytuacji nie jest niczym zdrożnym, Albert Pełen Akceptacji, on przecież nigdy Cię nie oceniał. Zajrzyj w siebie, w środek Olenki, do brzuszka środka i zastanów się, czy będzie Ci z tym dobrze, czy będzie Ci źle, która decyzja będzie dusiła mniej, a która bardziej. Choć obie z dwóch krańców skali, obie będą rzutować na całe życie. Nie tylko Twoje, również i jego.
Powrót do góry Go down
avatar


Mariupol, Ukraina

30 lat

brudna

neutralny

prezenterka MagiTV
http://petersburg.forum.st/t1362-olena-iordanou#6214 http://petersburg.forum.st/t1425-olena-iordanou http://petersburg.forum.st/t1363-w-dzisiejszym-programie#6222 http://petersburg.forum.st/t1426-listy-oleny
PisanieRe: Salon   Pią 29 Gru 2017, 19:05
Ach, więc może nikogo wtedy nie było, gdy zmieniały się kanały, przewracały strony w książkach, gwizdał czajnik, pościel się kotłowała, poranki były dzielone na pół, jedna kawa, jedna herbata, śniadanie jeszcze mniejsze niż zwykle, bo trzeba i tobie coś dać do zjedzenia, ale może to jednak nikt. Bo widzisz, Albercie, i ja nie czułam się siłą napędową tego, co się rozwinęło między nami. To uderzenie twojej szklanki o moją zapoczątkowało, w myśl definicji efektu motyla, rozgardiasz, w który znowu cię wprowadzam. Trochę za duży jesteś na liść, który można tak po prostu jednym dmuchnięciem przemieścić. Zbyt duży i zbyt bezpośredni i przyciągający w nieodgadniony sposób tą prostolinijnością. Dzieje się to zaś, jak – mogę ci zagwarantować – w moim przypadku, zupełnie podświadomie, w naszych światach króluje skrycie, uroków trzeba się doszukiwać cierpliwie i mimo marudnej miny. Umiesz zrobić marudną minę, Albercie, czy nigdy ci się twarz nie zmienia, ubierasz ją tylko w te uśmiechy?
Nie szkodzi, one też są ładne.  I bardzo przekonujące, niemal nie zauważyłam sama, jak osuwam się w te objęcia, które roztaczasz wokół mnie bez podstępów, za to z niepewnością podszytą poczuciem obowiązku. Śpiesznie przekraczaliśmy już swoje granice i choć był czas, by je odbudować, znacznie łatwiej teraz wśliznąć się z powrotem. Jak to zwykle bywa z ludźmi takimi jak my pod pierwszą warstwą zasieków czają się kolejne wybuchowe ładunki gotowe odstraszyć śmiałków, których nie udało się tak długo skutecznie zniechęcić.
Parsknęłam czymś, co mogło zakrawać na śmiech, ale było raczej reakcją odruchową na rewelację, którą wyjawiłeś ciągle tym samym spokojnym tonem. Niewiarygodne, pokaż, zdejmij pierścień, chcę zobaczyć, kiedy już powiesz mi o świecie, którego nie znam, zechcę tam pojechać, wytarzać się w nim zanim jeszcze pojawi się strach i zacznę płakać, spragniona domu.
- Matka, ojciec, czy oboje rodziców?
Powinnam być chyba bardziej zszokowana, chociaż gdy tylko spojrzeć na ciebie takie stwierdzenie staje się logiczne. Słyszy się o takich jak ty. Odmieńcach, wybrykach natury. W szlacheckich rodzinach rodzą się cienie, wyklinani zmiennokształtni; chodzą po świecie ludzie zdolni rozmawiać ze zwierzętami, mityczne stworzenia, o których większość z nas może tylko czytać.
Może, jeśli jednak się urodzi, będę straszyć tobą to maleństwo? Chociaż trudno mi zarysować scenerię, w której byłbyś straszny. Najbardziej zapamiętanego w płaczu berbecia ukoiłbyś swoim ciepłem, które nie nadaje się na pole walki i nie dopuszcza takiej możliwości, żeby komuś błędu jednak nie wybaczyć.
Wyprowadź mnie z tego błędu, nie daj znowu zaplątać w te gościnne ramiona. Tak będzie łatwiej, już to wiem, bo, daruj, ale znów masz rację - nie byłeś jedyny. Nie w ogólnym rozrachunku, w Wielkim Planie Wszystkich Rzeczy, ale akurat wtedy padło na ciebie. Może i zainterweniowała między nami siła wyższa, nie powinniśmy się nawet zauważyć – oboje szarzy, wycofani, nie na miejscu w tym głośnym klubie. Bóg, jakkolwiek brakuje dla Niego miejsca ostatnio i mogłabym zapomnieć, jest wciąż obecny w moim życiu, jeden z Jego świętych – jak pierścień z twojej ręki – nie znikał z mojej szyi nawet gdy znikało już wszystko inne, to też jakby mechanizm obronny.
- Zawieram się chyba w gronie wszystkich, prawda? – próbuję się jakoś bronić, bo wygoda nadal spiera się w każdym zdaniu z sumieniem. Nie godzi się, by dziecko dorastało pod opieką zaledwie jednego rodzica, na dodatek tak nieporadnego jak ja. Co ja z nim zrobię, co dla niego? Przecież ja nawet zupy nie umiem odszumować, żeby się garnek nie spalił żałośnie.
- Większą krzywdą byłoby dla niego życie z samotną matką taką jak ja, niż gdyby nie urodziło się w ogóle. Z drugiej strony, już jakby żyje, jeśli uznamy podstawowe czynności komórek za życie. – dobrze mi się wtedy lawirowało między twoimi pytaniami, ciekawie było i łatwo się zaangażować, lecz tylko dopóki teoretyzowaliśmy. Znacznie trudniej robi się, kiedy trzeba omawiać prawdziwe życie, zupełnie niesamodzielne i cudze na dobrą sprawę, które musiałabym wykształcić ciężką pracą i nieznającą zmęczenia cierpliwością. A mnie to znużenie toczyć już chyba będzie do końca dni moich i nim samym mogę zadziałać na szkodę niemowlęciu, do którego wciąż trzeba się szczerzyć i upewniać go w swej radości na jego przybycie na świat.
Ja się tylko boję.
- Jeśli chcesz być ojcem, nie mogę odmówić ci tego prawa. W końcu gdyby jednak miało się urodzić, powinno mieć dom. – a może to ja będę rycerzem? Nie wiem, skąd u mnie ten silny kręgosłup moralny prostujący się, jak na ironię, w miarę jak się kulę bezradnie, znowu w ciebie zapadając.
Powrót do góry Go down
avatar


Moskwa, Rosja

30 lat

wielkolud

półkrwi

neutralny

kapelan Batalionu Specjalnego, egzorcysta
http://petersburg.forum.st/t1404-albert-lagunov http://petersburg.forum.st/t1410-albert-balsam#6819 http://petersburg.forum.st/t1409-bog-jest-miloscia#6818 http://petersburg.forum.st/t1408-piolun#6817
PisanieRe: Salon   Sob 30 Gru 2017, 20:14
Czyż nie jest łatwo uwierzyć, że Albert Spokojny jest liściem na wodzie, kiedy tak wpatruje się ciepło w Ciebie, godzi na koleje losu. Różnymi przymiotami mógłby, gdyby kiedykolwiek chciał, Cię nazwać, poczynając od lekkomyślności po obojętność, ale nigdy nie byłaś naiwna. Widzisz przecież, że ta twarz nie bywa marudna, że to spojrzenie ne skrzy się gniewem. Czy można wyekstrahować z serca człowieka emocje? Nie. Co więc Albert Powściągliwy robi z tymi uczuciami wszystkimi, które piorunami i grzmotem rozbijają się w każdej głowie ludzkiej i dlaczego ta kopuła, zawieszona tak blisko nieba, nie drży pod wpływem niczego. Gruba skóra wielkoluda? Śmieszne. Tajemnice księdza bez parafii, księcia bez księstwa, mężczyzny bez kobiety. Zapytaj go kiedyś, Albercie, gdzie zgubiłeś swoje emocje, co zrobiłeś ze swoim sercem.
Ojciec spisał kiedyś opowieści Lagoty, które mały Albert czytał ze wstrzymanym oddechem, łkając bezgłośnie, bo wszystko to składało się z jego obrazem świata. Nawet góry,mówiła, miały kiedyś serca. kiedy świat był młody Jazgar, Wielki Ojciec gór, siedział na swoim tronie na szczycie Świnicy i widział świat jakim był na prawdę bo umiał patrzeć przez skały i lasy, tam, gdzie niebo błękitne nad głowami i gdzie najciemniejsze z jaskiń, najgłębsze z oceanów. Widział mężczyzn silnych, którzy stawali się słabi, odważnych, których zjadało tchórzostwo, mędrców robiących z siebie durni. Dla miłości. Jazgar chcąc uniknąć zdrady przez własne serce wyrwał je z piersi i schował tam, gdzie żadna dusza nigdy nie odważyłaby zajrzeć. Zapieczętował w złotym kufrze, zakopał głęboko w ziemi i wzniósł najstraszliwszą twierdzę, zdradzieckie szczyty Kasprowego Wierchu, mające strzec tego skarbu.
Wiesz, jak może się dalej potoczyć ta legenda? To dość oczywista historia.
- Matka. - odpowiada po chwili milczenia. Wspominanie Lagoty, mimo, że to ona, a raczej jej nieobecność uformowały Alberta takim, jakim był obecnie, było zawsze trudne. Czy umiesz dostrzec to w tych oczach niewzruszonych? Ciepłym uśmiechu, jakim dla Twojego spokoju Cię częstuje mucząc wszystko cicho jak ten bury kot pod drzwiami, żebrząc o Twoją równowagę jak o miskę resztek.
Odmieniec. Wybryk natury. Wyklęty. Jako dziecko łudził się jeszcze, zaczytując w prawidłach spisywanych przez ojca-badacza, że to nie piętno, tylko namaszczenie. Że zrodzony był z istoty czysto magicznej, że krew miał najszlachetniejszą w sobie, skalaną tylko domieszką ludzkiej, bo to istota żyjąca tylko magią nosiła go w łonie. Tak i on był magii potomkiem. Z czasem jednak rzeczywistość zapukała do dziecięcej głowy i przyszedł ten błogosławiony dzień, kiedy stwórca dotknął samego rdzenia jego umysłu. Wszystko się wtedy zmieniło.
Bez swojego serca Ojciec Gór stał się okrutny. Pierś wypełniało mu zawodzenie halnego wiatru, płaczącego niczym cierpiąca dusza. Jedzenie nie miało smaku, muzyka nie umilała czasu, a on stracił wszelką radość życia i wszelką szlachetność, stając się obłudnym oszustem. Śpiewem zsyłał na wioski ludzi lawiny, śmiejąc się echem grzmotów, choć uciechy nie sprawiało mu już nic. Bogowie i ludzie, ramię w ramię stanęli by zmierzyć się z Okrutnym Ojcem, ale nie mając serca, Jazgar nie mógł umrzeć. Nigdy. Czy ta legenda miała dobre zakończenie?
Świat toczy się, ziemia kręci, niezależnie od naszych działań - nie wszystko jest winą czy zasługą człowieka, właściwie, bardzo niewiele było od ludzi zależne. Dziecko, mała boska kreacja, esencja matki, esencja ojca, istota i cel życia, po cóż innego posiadalibyśmy zdolność rozmnażania, jeśli nie po to, by dzieci robić i mieć.
Gładzi palcami Twoje ramię powoli, okrężnym ruchem, leniwie niemalże, choć lenistwo przecież jest grzechem. Bardziej jak hipnoza, Albert Manipulujący, chce Cię w tej miękkości ukołysać, chodź, schowaj się w nim.
- Oleno... - bierze wdech, spokojny jak tafla jeziora- Nie mogę być dla Was tym, kogo byś ode mnie oczekiwała, ani tym, kogo to dziecko potrzebuje. - zakomunikował powoli - Ale też nie mogę pozwolić Ci go zabić. Rozumiesz?
To ciekawe jak łatwo mówić o śmierci, jak nieznacząca się wydaje, gdy się o niej szepcze.
Powrót do góry Go down
avatar


Mariupol, Ukraina

30 lat

brudna

neutralny

prezenterka MagiTV
http://petersburg.forum.st/t1362-olena-iordanou#6214 http://petersburg.forum.st/t1425-olena-iordanou http://petersburg.forum.st/t1363-w-dzisiejszym-programie#6222 http://petersburg.forum.st/t1426-listy-oleny
PisanieRe: Salon   Nie 31 Gru 2017, 00:20
Nie znam wielu legend, a jeśli opowiadałeś mi swoje – zapomniałam, nie bez wysiłku. Górski krajobraz jest dla mnie obcy, ich niewzruszenie nie może więc odbić się w tobie, nie zrozumiem go, bo zamiast tego znam morze. Morze jest wiecznie żywe, stale w ruchu, nawet w bezwietrznej pogodzie skrywa w sobie potencjał sztormu i powodzi. Spoczywa w nim ogromna destrukcyjna siła, a jednak ludzie tęsknią do wody, pluskają się w niej beztrosko, przywłaszczają sobie, choć jej ogrom dla żadnego z nich nie jest w pełni wyobrażalny.
Przypadkowo tęskniąc do siebie w tym morzu ciał ludzkich zaczerpnęliśmy z tej siły, pozornie coś razem tworząc, jednak skończyć możemy jedynie skrzywdzeni. Szukam winowajcy; że też takiego ogłoszenia nie można zamieścić w gazecie. Wyrażając wolę uczestniczenia w życiu tego dziecka spełniłbyś ostatnie jego kryterium, a tak muszę szukać nadal, choć już ulga rozlewa się w środku, kojąc wszelkie niespokojne drgania.
- Rozumiem. – mówię cicho, lecz bez żalu, nie trap się, Albercie Współczujący.  Rozumiem i nie wnikam w twoje motywacje, bo powiedziałeś to, co nawet chciałam usłyszeć. Winowajca nieodnaleziony jeszcze, ale to już nieco ułatwia sprawę. Przekazujesz w końcu jasne komunikaty, konkretne warunki, aż chce się spisać umowę. Nie mam, na szczęście, głowy do tej papierologii formalnej, to więc wystarczy, coś już wiem. Nie musimy próbować, przekładać rodzicielstwa biologicznego na emocjonalne, na siłę budować coś wspólnie. Przybrałoby zapewne bardzo niezborny kształt i rozpadło szybciej niż sterta liści zgrabionych z ogrodu na wietrze (skoro już się trzymamy liściastych metafor, niech będzie). Zawsze byłam sama, wiesz, i perspektywa, by cały czas mieć kogoś przy sobie przeraża mnie bardziej niż powinna dorosłą kobietę; człowieka stworzono w końcu do jedności z drugim, może masz nawet kazania na ten temat. Kiedy się ma trzydzieści lat, można już chyba oczekiwać od siebie jakichś bodźców ze strony instynktu macierzyńskiego, ale mnie nie wychodzi nawet doglądanie roztrzepanej Isy. Moja siostra (pamiętasz ją? poznaliście się mimochodem, oboje wpadając akurat niespodzianie do mojego życia w deszczowy dzień piętnastego marca) jest już dorosła, wystarczyłoby, gdybym pełniła dla niej funkcję kierunkowskazu – szczególnie przydatną na życiowych zakrętach. Nic innego nie robić, tylko migać, wskazując dobry kierunek, gdyby zwróciła się do mnie po radę.
Niech, i wiem, co mówię po dziesiątkach już sesji doradzania jej na każdy możliwy temat, cieszy się, że ja nie zwracam się do niej i niech wybaczy, że jestem tak wadliwym kierunkowskazem. Sumienie, do którego głosu dołączyłeś swój, odezwało się wszak w ostatniej chwili.
- Bez obaw, nie mam wobec ciebie żadnych oczekiwań. Nie zmuszaliśmy się nigdy do niczego i nie zamierzam teraz wywierać na tobie presji. – Olena Łaskawa, ale może dla siebie bardziej niż dla ciebie. Łapanie faceta na dziecko to chwyt dość żałosny, tym bardziej, że ja nęciłabym groteskowym malowanym na chybcika obrazkiem rodziny zupełnie obcego człowieka. – Nie jesteś wobec tego w pozycji uprawniającej do stawiania warunków, ale, szczerze mówiąc, chyba nie dałabym rady. – zaledwie przed chwilą zarzekałam się, że w wychowaniu dziecka poniosę klęskę. Pora chyba zdać sobie sprawę, że – wbrew wcześniejszym założeniom – jednak w obu scenariuszach jest mi pisane niepowodzenie. – Wypić tego eliksiru.
W końcu to, czego obawiałam się najbardziej, i tak już się zaczęło. W mojej głowie uformował się pewien dysonans, w myśl którego tego dziecka w ogóle nigdy nie było, a jednocześnie żyje już niemal jako pełnoprawny człowiek. Kot Schrodingera w wersji dla ciężarnych. Skoro zaś jakby żyje, jakby morderstwo staje się jeszcze bardziej morderstwem faktycznie, w grę powinny już wejść nie tylko zasady prawno-moralne, ale moje własne sentymenty i obawy. A jednak wszystko brzmi jak kontrakt. Ale jak inaczej, skoro – nawet gdybym wybuchła tu, tuż przy tobie, płaczem i krzykami – po wzburzeniu ani w tobie widu, ani słychu. Nie widzę najmniejszego drgnięcia ni wahania, nawet w oczach, których nie skrywasz przed dociekliwością mojego spojrzenia. Załatwmy to więc formalnie, czemu nie. Kusi mnie jednak senność, którą oferujesz; jestem zmęczona przecież. Chytrusie ty jeden.
Powrót do góry Go down
avatar


Moskwa, Rosja

30 lat

wielkolud

półkrwi

neutralny

kapelan Batalionu Specjalnego, egzorcysta
http://petersburg.forum.st/t1404-albert-lagunov http://petersburg.forum.st/t1410-albert-balsam#6819 http://petersburg.forum.st/t1409-bog-jest-miloscia#6818 http://petersburg.forum.st/t1408-piolun#6817
PisanieRe: Salon   Nie 31 Gru 2017, 19:33
Nie ma krzywdy w akcie miłości. Albert Serce nigdy by Ci w takiej konkluzji nie przytaknął, nie może być krzywdy w spotkaniu dwójki samotnych ludzi, chcących tej samotności trochę się pozbyć bo choćby czynili to z egoistycznych zupełnie pobudek, a przecież każde z nas jest po trosze egoistą, nawet jeśli udajemy, że nie, to i tak nie ma w tym krzywdy. Bo i tak dajemy siebie. Miłość jako uczucie jest mu obca, miłość jako akt jest prosta, jedną drugiej nie zastąpisz, ale pomaga uspokoić tęskniące za czymś obcym serce, bo choć rozwagi i inteligencji w jego cichym skurwysyństwie mnóstwo, to i tak względem miłości był słaby. I zawsze będzie. Jak Wielki Ojciec Jazgar chciałby z piersi serce wyłuskać i schować pod najcięższym kamieniem, ludzie jednak skazani są na dźwiganie tego poetyckiego organu jeśli miłują swoje własne życie. Łatwiej było więc przyjąć do obrazu świata myśl, że bóg jest miłością i usprawiedliwić ułomności własnych uczuć.
Mówisz, że rozumiesz, nie wnikasz w jego motywacje, winowajca, myślisz, nieodnaleziony. Ale Albert Empata, zaklinacz duszy i ciała, wzdycha leciutko na Twoje słowa, bo nie możesz rozumieć. Nie wiesz nic.
Nie znacie się przecież wcale, dzieliliście wspólną przestrzeń przez parę dni, parę nocy, co to było, kilka chwil kiedy wymykał się swojej żelaznej codzienności. Czy kiedykolwiek chciałaś mieć go na dłużej? Pewnie nie, zniknęłaś tak nagle jak się pojawiłaś.
- Lenka... - jeszcze ciszej mówi, Szeptacz, głowę pochylając lekko i chowając usta w Twoje pachnące specyfikami włosy - Po pierwsze... to nie dlatego, że nie chcę. - nie o to chodzi, że chce, bo to też duże nagięcie tak uznać, że chciałby, ale nawet jeśli by chciał to nie mógł. Nie mógł i tyle. Dziecku trzeba kompletnej rodziny, a wychowywanie go w związku partnerskim było niezgodne z wartościami, jakie uważał za swoje priorytetowe. Sam wyrósł w kalekiej rodzinie i stał się takim, jakim był teraz. Nie życzył nikomu, by musiał iść tą samą drogą i stać się podobnym do niego człowiekiem. Albert Autokrytyczny.- Ja nie mogę Wam tego dać. - powtarza się znów. Możesz myśleć, że Albert Zacięta Płyta, prawda, ale to wszystko jest częścią większego planu, to Albert Hipnotyzer, tak jak Cię tym dotykiem, głosem spokojnym, ciepłem ciała mami, tak słowa powtarza te same, tonem lekko przepraszającym, bez żadnego w nim wyzwania, bo zapętlanie słów to też rodzaj uspokajacza.
- Po drugie... - wolną dłonią sięga ku Twojej twarzy i delikatnie jak z małą ptaszyną podnosi za podbródek byś nie mogła uniknąć spojrzenia tych jasnych oczy bezwzględnych w swojej nieskończonej łagodności- ... nawet gdyby nie było moje, nie pozwoliłbym Ci go zabić. - mimikę ma taką oszczędną, szeptem mówi, a jednak nie pozostawia przestrzeni na sprzeciw taksując tym spojrzeniem. Nie popełniaj błędów, dar życia, pozwól się dziecku urodzić. Może to przyszła Agreafena Obłąkana, a może to dziecko wasze uratuje komuś kiedyś życie. Może będzie bezdomnym, a może sławnym artystą. Odmówić mu spojrzenia na ten wasz męczący, brudny świat tylko dlatego, że nikt go nie zaplanował było szczytem okrucieństwa, skoro już i tak wygrało pierwszą bitwę łącząc i dzieląc zawzięcie te komórki w Twoim łonie, mimo przeciwności losu i Twojej ku temu niechęci.
Powoli, ale wszystko przecież robił tak powoli, aż dziw, że ze wszystkim zdążał i nigdy się nie spóźniał, obrysowuje kciukiem Twój podbródek uśmiechając się ciepło.
- Więc... Chciałabyś bym Cie w tym wsparł? - ile razy to pytanie jeszcze dziś opuści jego usta, kiedy niestrudzenie niczym górnik kilofem, próbuje się dokopać do jakiejś z Twojej strony szczerości. Komunikatu bezpośredniego, tak, zostań, nie, wynoś się z mojego życia. Odeszłaś bez słowa, choć mogłaś napisać "Baj, Albercie Kochanku", zaprosiłaś z powrotem kolejnym listem zagadką, a on już od początku sobie postawił na punkt honoru nauczyć Cię, że nie ma czego ukrywać. Że nie musisz, nie przed nim. Albert Pełen Miłosierdzia, Albert Akceptujący, bądź mu szczera, inaczej uparty jak osioł będzie dalej naciskał, aż wskóra coś, aż spojrzysz na swoje uczucia i pragnienia i zaczniesz je manifestować głośno, bo to Ty i Twoje szczęście powinno być w Twoim życiu najważniejsze - banał, prawda?
Powrót do góry Go down
avatar


Mariupol, Ukraina

30 lat

brudna

neutralny

prezenterka MagiTV
http://petersburg.forum.st/t1362-olena-iordanou#6214 http://petersburg.forum.st/t1425-olena-iordanou http://petersburg.forum.st/t1363-w-dzisiejszym-programie#6222 http://petersburg.forum.st/t1426-listy-oleny
PisanieRe: Salon   Pon 01 Sty 2018, 13:36
Rozumiem więcej, niż ci się wydaje, choć to wciąż z pewnością za mało. Gdybyś powiedział mi wszystko mogłoby już zabraknąć wyrozumiałości, pojawiłyby się wyrzuty, więcej tego niewypowiedzianego żalu, nad którym się pochyliłeś litościwie już od samych drzwi. Prawda, że nie wiem, jak to jest: mieć za wzór samego praojca gór, chcieć uciszyć bezlitośnie drgania serca, nie wiem nawet, jak możesz sugerować, że choćby w niewielkiej, niemej dotychczas części twojego umysłu, mógłbyś chcieć. Miałam to szczęście dorosnąć w pełnej rodzinie, dość zżytej, darującej dzieciństwo zwane na ogół szczęśliwym, kształcącej na człowieka, który nie powinien mieć sobie zbyt wiele do zarzucenia. Wdzięczna obojgu rodzicom (powinno być po równo, gdybyś jednak zapytał, przyznałabym ci, że to ojciec jest mi nieco bliższy jako opiekun i wychowawca) za nastawienie mi tego moralnego kompasu zmuszona jestem jednak powiedzieć, że nie do końca dobrze działa i znajduję sama w sobie wiele powodów do wstydu. Jak choćby ten lęk, przeradzający się na przemian w obrzydzenie i euforię, niechęć do myślenia o dziecku, które we mnie rośnie, co dopiero zaś mówić o prowadzeniu go przez życie.
- Czego byś nie dał, a powiem raz jeszcze, że nie oczekuję, byś dawał, będzie albo dane mnie, albo dziecku. Nie nam. – jesteśmy niby jednym ciałem i może za niespełna rok okaże się, że to maleństwo będzie podobne do mnie jak pieczątka, ale trudno mi nawet w myślach połączyć się z moim, bądź co bądź, dzieckiem. Gdybyś nie objął dłońmi mojej twarzy, szarpnęłabym głową do tyłu, potrząsnęła nią, by jakakolwiek myśl o tym rozłamie między nami wypadła bezpowrotnie z głowy.
Na tę chwilę już wystarczy. Nie rozwiążemy od razu wszystkich problemów, nad wieloma rzeczami wciąż trzeba się zastanowić. Możemy pomyśleć nawet razem, jeśli dasz mi szansę, by zaufać twemu osądowi. Nie będziesz jedynym, którego zapytam o zdanie, kilka wspólnych tygodni to za mało na wyłączność, ale dziewięć miesięcy to szmat czasu, każde słowo niosące radę i każda ręka pomagająca wstać z fotela, w który będę się zapadać coraz cięższa z miesiąca na miesiąc przyda się na pewno. Ale tego jeszcze ci nie powiem, jestem zbyt zmęczona, na razie wystarczy.
Nie wiem, skąd mi bierze się ten pocałunek. Może dałam ci się w końcu przekonać, hipnoza działa; banał, owszem, lecz jakże wygodny. Znowu przesuwają się granice, a w miłości nie ma przecież nic zdrożnego. Kochałam cię na swój sposób, Albercie, nie wątp w to w chwilach, gdy zabraknie ci pamięci o bliskości z drugim człowiekiem. Przypomnij sobie, co mówiłam, szepcząc, dysząc ledwie, oto były chwile największej szczerości, pozbawione ozdobników. Tęskniłam jednak do ciebie z pewnym uporem, nie mogąc (nie chcąc?) wyzbyć się pragnienia, by trwać w twoim spokoju i cieple. Wydobywasz ze mnie, jak wtedy, coraz więcej egoizmu i, choć nie na dłużej, bo może chcesz już stąd uciec, tylko pozornie więzisz moją twarz w swej dłoni, by przed wyjściem zapamiętać z niej, co nowego. Nie na dłużej, ale – chociaż tylko dziś – chcę, byś został. Nie żadnym ojcem, podporą rodziny, na razie po prostu został tu ze mną, dał odrobinie spokoju wsiąknąć na zapas. Kolejny sukces, jasny komunikat.
Jesteś w moim międzyświecie, mym królestwie bez wyrazu, a na wyciągnięcie ręki masz ode mnie – międzymiłość.
Po cóż głośno, skoro to spokój i cisza podobały mi się w tobie najbardziej. Przed spojrzeniem szarych oczu chronię się tarczą powiek, zamykam własne oczy, choć nie prowokujesz strachu kategorycznością swojej wypowiedzi. Nie tak łatwo mnie zastraszyć, nie jestem ze szkła ani z cukru, chociaż kiedy się ma twoje gabaryty łatwo pewnie ulega się takiemu wrażeniu, że od zaledwie dotyku wszystko może się rozlecieć w drobny mak.
Ręka plącze się we włosach, szorstka skóra muska twoje czoło i policzek, a ja przykładam do twoich swoje zacięte w tej determinacji usta, by usprawiedliwić milczenie. Powtarzaj sobie swoje pytanie do woli, póki nie znajdę odpowiedzi, która mnie samą zadowoli nie zamierzam udzielać żadnej z tym samym uporem, który każe ci wciąż pytać. Trzeba nam przestać dążyć, Albercie, zatrzymajmy się na chwilę. Jesteś przecież także Albertem Cierpliwym.
Powrót do góry Go down
avatar


Moskwa, Rosja

30 lat

wielkolud

półkrwi

neutralny

kapelan Batalionu Specjalnego, egzorcysta
http://petersburg.forum.st/t1404-albert-lagunov http://petersburg.forum.st/t1410-albert-balsam#6819 http://petersburg.forum.st/t1409-bog-jest-miloscia#6818 http://petersburg.forum.st/t1408-piolun#6817
PisanieRe: Salon   Pon 01 Sty 2018, 15:26
Wiesz, kto odnalazł serce Ojca Gór? Bo stał się on bez niego już tak zimny, tak okrutny, że ziemia nie nosiła więcej bohaterów chętnych i zdolnych stawić mu czoła. Pani Nieba posłała najzwinniejsze ze swoich płomykówek, by przeczesały skalne ostępy nocą, najodważniejsze, najsilniejsze z orłów, najszybsze myszołowy - lecz bezlitosne szczyty szarpane wiatrami z północy były niezdobytą twierdzą także i dla tych posłańców.
Płochacz. Ptaszyna niewiele większa od wróbla, stanęła przed Panią Nieba i wszystkimi wielkoludzimi bogami mówiąc "Ja je znajdę". Wszystkie ptaki śmiały się, że zbyt maleńki z niego sługa, zbyt skromny nawet by ćwierkać, nawet Pani Niebios nie pobłogosławiła jego chęci, bo masyw górski skrywający serce Jazgara był zbyt zaciekły, zbyt gniewny nawet dla wspaniałych sępów, sokołów i puchaczy. Płochacz niezrażony jednak wyfrunął między zdradzieckie skały, tam gdzie nie mógł lecieć - pełzł, wtulony w ziemię, krok po kroku odbywając swoją samotną wędrówkę do przeklętej doliny w której ukryta była złota skrzynia. Obciążone wszystkimi winami Jazgara, serce było zbyt ciężkie by ptaszek mógł je udźwignąć, więc turlał je pomalutku, wpoprzek doliny, aż do wysokiego klifu. Spadłszy z tak wysoka serce zapłakało takim bólem, że nawet okrutny Ojciec Gór pochylił się by zobaczyć co się stało. Wtedy wskoczyło do czarnej przepaści jego piersi i stał się na powrót kompletny. Wszyscy herosi i bogowie uklękli przez skromnym płochaczem. Nawet najmniejsza z istot może zmienić koleje losu świata, czy ta gromadka komórek w Twoim łonie nie jest godna swojej szansy?
Uśmiecha się, no tak, nie wam, jakże by inaczej mogło to się toczyć gdybyś w zaparte nie szła przekonana, że życie w twierdzy Twoich uczuć jest dobre, mimo, że widzisz, tak jak Twój dom pokazuje, że szarość i chłód, bezpłciowość otoczenia, przecież czujesz, że nie możesz oddychać. Niczego nie oczekujesz, a jednak oczekujesz. Wszyscy czegoś oczekują.
Po co inaczej pisałabyś ten list? Czy potrzeba poinformowania Alberta o jego niepewnym wciąż ojcostwie - w końcu wciąż rozważasz eliksir - była jedynym powodem? Po co, skoro niczego nie oczekujesz. Śmieją mu się oczy, gdzieś w kącikach, w zmarszczkach kica ciepłe rozbawienie, no dobrze, nie chcesz powiedzieć, nie chcesz odpowiedzieć, chcesz czasu. Prawda to, jest Albertem Cierpliwym, Wyrozumiałym, przyjmuje Twój pocałunek tak, jakby nic się nie stało, choć można było się spodziewać, że ta przestrzeń, która urosła między wami przez tych kilka miesięcy milczenia, teraz podszyta ciążą, mogłaby wpłynąć na atmosferę kalekiego romansu, która was omiata jak ulatniający się zapach jego perfum. Gładzi lekko Twoje włosy, kiedy w tym geście dajesz wyraz tej potrzebie ucieczki od samotności, niema prośba wypowiedziana językiem, który tylko wy teraz zrozumiecie. Czy to był dobry moment dla niego, by zostać? Czy choć nie mógł dać Ci prawdziwego partnerstwa, mógł dać Ci dziś tę nieznaczącą dla świata chwilę towarzystwa? Znów pielęgnowałby Twoje uczucia, wyłuskując je z Twoich słów i obracając w świetle lampki pokazywałby jak pięknie się mienią. Czy mógłby?
Nie dziś. Albert Zorganizowany, musiał przecież przekroczyć te zaklęte, wiecznie zamknięte drzwi na piętrze jego mieszkania, te, których nie da się otworzyć i ułożyć do snu największy wyrzut, najsłodszy ciężar i pierwszy obowiązek swojego istnienia. Nikt nie mógł wchodzić do tego pokoju, Albert Samolubny kiedyś wpadł na pomysł wynajęcia opiekunki, kiedy jego obowiązki w Gwardii zaczęły rosnąć. Przecież jako służbista zarabiał wcale nie mało, a ojcowskie dzieła wciąż przynosiły zyski. Aleksander jednak... nienawidził kobiet, rozsierdzony kolejną gosposią, nawet pozbawiony różdżki, poprzestawiał jej organy wewnętrzne, krzycząc jedynie jak bardzo ma się wynosić z jego mieszkania. Z panami opiekunami nie było lepiej, obrażał się jak małe dziecko, nie chciał jeść, nie chciał rozmawiać, nawet pościeli trzymał się kurczowo jak nigdy, gdy próbowali zmienić mu ubranie dzienne na piżamę, czy pomóc udać się do łazienki.
- Nie mogę zostać. - mówi w końcu, odczytując z tego pocałunku Twoją intencję. Przez chwilę jakby dostrzega błysk czegoś w Twoich oczach, ale może tylko mu się zdawało, więc kontynuuje- ...ale możesz pójść ze mną. - mruży jedno oko z tym swoim spokojnym uśmiechem. Skoro macie dzielić się równo na pół, to i czas chyba się w końcu poznać. Choć trochę.
Powrót do góry Go down
avatar


Mariupol, Ukraina

30 lat

brudna

neutralny

prezenterka MagiTV
http://petersburg.forum.st/t1362-olena-iordanou#6214 http://petersburg.forum.st/t1425-olena-iordanou http://petersburg.forum.st/t1363-w-dzisiejszym-programie#6222 http://petersburg.forum.st/t1426-listy-oleny
PisanieRe: Salon   Pon 01 Sty 2018, 18:34
To piękna historia z właściwą legendom dawką naiwności. Wzruszyłabym się, coś drgnęłoby w środku, w grubej ścianie mojej twierdzy pojawiłoby się pęknięcie. Pracuję w mediach, na każdym kroku słyszę bujdy wyssane z palca, roztacza się przede mną bajkowe wizje perfekcyjnego życia, ja zaś muszę udawać, że w to wszystko wierzę, że takie są standardy codzienności. Kiedy się jednak widzi, jak grubymi nićmi szyje się bzdury puszczane z telewizorów ku uciesze przeciętnego widza (jestem, jak mógłbyś słusznie się obawiać, jednym z nich, zapatruję się w tę papkę naiwnie czekając na coś więcej), nie ma już człowiek nadziei na piękne historie.
Nie szkodzi, Albercie Odpowiedzialny. Kiedy pójdziesz, nie zostanę sama. Przez najbliższe osiem miesięcy nie będę sama ani przez chwilę. Nie ma innej rady, w końcu się do siebie przyzwyczaimy, ja i ono. Jeszcze tylko kilka dni spychania ewentualności zażycia eliksiru na możliwie najdalszy plan, skupię się na pracy i niedługo przestanę słyszeć tykanie zegarka odliczającego do trzeciego miesiąca ciąży, które teraz desperacko próbuję zagłuszyć twoją przy mnie obecnością. Może i jednak chciałabym, żebyś coś mi od siebie dał, Albercie Mądry, bo znowu masz rację. Możliwe, że nieświadomie, ale oczekiwania prędzej czy później się pojawiają. Czego ty chciałbyś od świata albo, zwęziwszy nieco perspektywę, ode mnie? Ja napisałam list, tak, ale ty przyszedłeś. Może, byśmy nie musieli się tłumaczyć, załóżmy, że ja wezwałam cię tu motywowana wyłącznie twoim prawem do poznania prawdy. Ty zaś, choć kazałeś czekać na siebie, jesteś przecież, a mogłeś zlekceważyć mój list. Byliśmy już wtedy daleko od siebie, zadowoleni samotnością w swych osobnych światach. Moje sprawy, jakkolwiek nie podkreślałabym ich powagi zapewniając cię jednocześnie, że jakoś ciebie dotyczą, mogły nie obejść cię zupełnie. Byłeś zatem zwyczajnie ciekaw? I co, zawiodłam cię? Pewnie tak, nic nowego. Dla świata to i tak nie ma większego znaczenia. Nie znajdę niczyjego serca poza własnym, które już znam, nikt nie otworzy przede mną swojej klatki z żeber, bym mogła je pod nie wśliznąć, żaden ze mnie płochacz, choć upierzenie mam równie niepozorne.
Iść z tobą? Niby gdzie, gdzie chcesz mnie stąd zabierać, mnie tu dobrze. Kiedy pójdziesz nie dając mi możliwości zapadnięcia się w ciebie, w głębię twojego głosu, któremu łatwiej wierzyć niż programom telewizyjnym, utonę po prostu w fotelu. Ale nie szkodzi, pogłośnię wiadomości, to i one się nadadzą. Śmieszne, że tak lubię ten twój głos, płacą mi za słuchanie historii innych ludzi, wiele kosztowało mnie na początku nawet zadanie pomocniczego pytania ukierunkowującego potok słów mojego gościa. Śmieszne w tym wszystkim, że teraz ja miałabym być gościem, mówić do ciebie cokolwiek. Wystarczyłoby cokolwiek, prawda? Cierpliwość wystarczy, by z nieznaczących drobiazgów wysupłać jakieś znaczenie.
- Dokąd?
Pytam, ale twoja odpowiedź nie ma szczególnego znaczenia. Już jestem ciekawa, mam na co przeznaczyć czas, w którym mogłabym przemyśleć to i owo, dojść do wniosku przeciwnego do uprzednich założeń. Po co takie komplikacje? Już wstaję więc, z zawalonego ubraniami stolika biorę przeciwdeszczową kurtkę. Może się rozpada, a ja, jak zaraz wszyscy będą wypominać, muszę uważać na siebie. Matka pomiędzy filiżankami kawy (którą mnie, wspierana przez ojca, zabrania pić kategorycznie), ojciec w każdym liście, nawet Isa jakby zabierała się do załamywania rąk. Co ty byś powiedział, Albercie Opiekunie? Nikt cię nie zastąpi przy łóżku ojca? Nie chce zaufać nikomu innemu? Role między wami jakby się odwróciły, masz już ojcowskie doświadczenie. Nie szkodzi jednak, skoro nie chcesz, nie możesz, nie powinieneś, nie godzi się. Cokolwiek, jeszcze się domyślę. Jeśli mam cię poznać, a ty mnie, nie obejdzie się bez pracy, oboje rezydujemy w twierdzach, które bardzo trudno zdobyć. Nie znalazł się jeszcze człowiek zdolny do zrujnowania murów,  którymi się obstawiłam, moi najbliżsi muszą korzystać z mostu zwodzonego, który udostępniam im z przymusu.
I spójrz teraz, jestem gotowa wyjść ze swego bezpłciowego zamczyska, wystawić twarz do słońca, swą nieporadną sylwetkę na pośmiewisko. Gdzie mam iść z tobą, Albercie? Nieważne gdzie, nie tłumacz niczego, lepiej po prostu korzystaj z mojej lekkomyślnej gotowości, póki jeszcze się nią wykazuję.
Powrót do góry Go down
avatar


Moskwa, Rosja

30 lat

wielkolud

półkrwi

neutralny

kapelan Batalionu Specjalnego, egzorcysta
http://petersburg.forum.st/t1404-albert-lagunov http://petersburg.forum.st/t1410-albert-balsam#6819 http://petersburg.forum.st/t1409-bog-jest-miloscia#6818 http://petersburg.forum.st/t1408-piolun#6817
PisanieRe: Salon   Pon 01 Sty 2018, 20:00
Albert Erudyta, historii zna wiele choć nigdy nie zasłyszał ich osobiście. To jego ojciec był zbieraczem bajek, legend, opowieści, wędrowcem na każdy świata kraniec, przyjacielem każdego ludu najdzikszego nawet. Spisywał wszystkie w nieskończonej ilości tomów i pergaminów, by przybliżyć światu istotę najczystszej formy magii, energii zaklętej w przestrzeni, Aleksander wierzył, że świat magiczny i niemagiczny przeplatają się, tam gdzie ludzkość opisywała czary fizyką i matematyką - czarodzieje mogli zrobić więcej, choć nie próbowali tej energii zapiąć w kajdany wzorów i równań. Albert miał też swoje historie, te z wojny i te z egzorcyzmów, z pewnością jednak nie zamierzał ich spisywać, a już na pewno nie opowiadać. Nikomu. Nawet Tobie. Jako egzorcysta był zobowiązany odpowiadać przed arcybiskupem i tylko on miał dostęp do tych koszmarnych, upiornych raportów.
Dlaczego przyszedł? Zadawał sobie to pytanie jeszcze stając na progu Twojego mieszkania, nie będąc właściwie pewnym po co wyłuskał tę chwilę wolnego czasu na to spotkanie. Teraz jednak bardziej rozumie co nim powodziło, a była to zwyczajna troska o bliźniego. W skali od jednego do dziesięciu jak bardzo był w sobie zadufany wierząc, że jego intencje nie są roszczeniowe? Krocząc śladem biblijnych prawd przecież to dając, a nie biorąc, stajemy bliżej zbawienia. Albert Hojny, bardzo rzadko czegoś chciał, nawet będąc szczerym samym ze sobą. Miał w sercu bardzo niewiele oczekiwań, żyjąc według starego prawidła: im mniej oczekiwań, tym mniej rozczarowań. Ciepła tyle i miłości boskiej w tym miejscu, gdzie powinno tkwić jego zagubione serce, że jak się tym nie dzielić. Miał też tam mnóstwo bożego gniewu, zastępy, całe legiony osądów ostrych jak brzytwy, gotowych z tych zapasów nieprzebranych całą litość i wiarę wycofać w imię wyższej sprawy. Nie miał za to chęci, nie miał zbyt wielu pragnień, bardzo niewiele tej przestrzeni było przeznaczonej tylko dla niego i jego oczekiwań. Czy to już hipokryzja, tak Cię zachęca zawsze do egoizmu, samemu nie będąc w stanie go w sobie skrzesać? A może, może to właśnie dlatego, Lenko.
- Do mnie. - mówi patrząc jak się podnosisz leniwie, jak kot co wcale tej drzemki nie chciał ucinać ale już zwlókł się z tej pręgi słońca między kotarami. Powoli składa nogi jak ogrodowe krzesło niemalże, podnosi się też cały w tej swej posągowej wielkości majestatyczny, teraz już wiesz dlaczego, choć i tak jego wzrost jest znacznie umniejszony przez magiczny pierścień Trojana.- Do domu.
Potrzebował jeszcze po prawdzie zajść do kościoła na Kronsztadzie, sprawdzić, czy dostawa desek i materiałów budowlanych już dotarła, zmierzyć okna północne i zaplanować wzory nowych witraży, mogli to jednak zrobić po drodze, co to chwila, niemal turystyczna wycieczka, Iordanou pewnie nigdy w takie okolice nie chadzała a i kaplica archanielska nie była teraz miejscem do którego można by wybrać się coby sobie czas umilić. Sięga jeszcze po tę szklankę wody, którą wypija ochoczo,w końcu tym go ugościłaś, a Albert Uprzejmy gościny nigdy nie ignorował, człowiek o wielu przedziwnych zasadach.
- Po drodze muszę zawitać do kaplicy. - dodaje kierując swoje kroki ku drzwiom. Nic konkretnego, przecież swój zawód już schował na samym końcu listy rzeczy, którymi zamierzał się z Tobą w jakiejś przyszłości podzielić- To zajmie tylko chwilę. - otwarłszy drzwi znowu widzi okropnego kotka, który tak jak siedział brzydki i koślawy na wycieraczce sąsiadów tak dalej obrzydzał wystrój klatki schodowej. Schyla się więc, Albert Litościwy, i kotka tego bierze, małe to-to szczególnie w łapsku albertowym wielkim jak bochen. Idziesz z nami, kolego.
Powrót do góry Go down
avatar


Mariupol, Ukraina

30 lat

brudna

neutralny

prezenterka MagiTV
http://petersburg.forum.st/t1362-olena-iordanou#6214 http://petersburg.forum.st/t1425-olena-iordanou http://petersburg.forum.st/t1363-w-dzisiejszym-programie#6222 http://petersburg.forum.st/t1426-listy-oleny
PisanieRe: Salon   Pon 01 Sty 2018, 21:43
Mój ojciec nie zna się na bajkach, wiesz. Ilekroć go prosiłam czytał mi do snu, lecz zawsze był i już pozostanie człowiekiem nauki. Nie zmyślał historii, z trudem uwierzył w magię, którą moja matka wniosła do jego domu, przedtem zaś w ogóle, nawet w postaci wyobraźni, nie była obecna w jego życiu. Czasem opowiadał mi o dniu spędzonym w szpitalu, na moich oczach rozplątywał gąszcz tajemnic, jakim jest ciało człowieka, przyznawał się do zmęczenia, uskarżał na odpowiedzialność, z jaką wiążą się operacje. To jego świat, ten niemagiczny, określony wzorami, gdzie na wszystko jest definicja niepodlegająca własnej interpretacji. Zdarzały się, mimo to, dni, w których zapominałam o magii, zdawała się mi obca. Po wielu latach nie wyobrażam sobie życia pozbawionego ułatwienia, jakim jest korzystanie z magii, stało się ono silniejszą stroną mojej natury. Wciąż jednak, jak widzisz po moim mieszkaniu, więcej tu mugolskich sprzętów niż w przeciętnym magicznym domu. Choć nie ma go przy mnie co dzień i jest zupełnie samodzielny, dbam w ten sposób o swego ojca – gdyby mnie odwiedził, da sobie radę, nie przytłoczy go nieznajomość magicznych urządzeń. Obawiam się jednak, że moje starania są zbyteczne, nie odwiedził mnie jeszcze ani razu.
Twoje historie są mi niepotrzebne. Nie chcę tego bólu i strachu, możesz mówić mi o innych rzeczach. Pójdę z tobą do domu, potem wyjdę z niego; nic się nie zmieni. Ja też zatrzymam dla siebie swoje opowieści; jeśli będziemy dzielić się oszczędnie, nic nam nie grozi.
Cieszę się, że jednak jesteś, Albercie Troskliwy, kto wie jednak, czy następnym razem nie zacznie mnie uwierać litość, która się z ciebie tak bezinteresownie wylewa. Ciąży jeszcze po mnie nie widać, wielu z ludzi, których codziennie widuję jeszcze o niej nie wie, lecz czuję już, jak legł na mnie cień obawy, że z czasem zacznę czuć się słaba. Nigdy nie chciałam, by mi się ktoś naprzykrzał, unikałam – czego pewnie powinnam się wstydzić – odpowiedzialności za drugiego człowieka. Nie chcę też, by ktoś czuł się przywiązany do mnie, gdy będę potrzebować pomocy. Własna matka zapewne wyśmiałaby mnie, gdyby poznała te wyobrażenia o czekającej mnie niedołężności. Ty byś się nie śmiał, wiem, choć może też uznałbyś to za zabawne. Ale twarz masz z kamienia, jak wyrzeźbioną w marmurze. Nie brak jej urody, tylko wcale się nie zmienia. Ubierasz ją w małe uśmiechy, może z czasem skompletuję cały twój repertuar, nie może być chyba zbyt obszerny.
Wiążę sznurówki słuchając twojego planu. Na dwie pętelki, całkiem jak dziecko, jak się nauczyłam w wieku sześciu lat. Do kaplicy? Czemu nie, z ojcem wstępowaliśmy czasem do kościoła, po prostu by się krótko pomodlić. To nic niezwykłego, muszę wyzbyć się zdumienia, w końcu cię nie znam, nie mogę podchodzić uprzedzona do twoich spraw.
- To chodźmy.
Wydajesz się jeszcze wyższy odkąd wiem o twoim pochodzeniu, żeby spojrzeć na tę marmurową twarz muszę zadrzeć wzrok pionowo do góry. Ty z kolei znów chylisz się nad kocięciem. Już jest twoje, czy tak? A podobno niechętnie przywłaszczasz sobie żywe istoty. Odrobina śmiechu umyka mi z ust, niemal ginie w szeleście nieprzemakalnego materiału kurtki. Wciskam ręce do kieszeni, by powstrzymać się od pogłaskania brzydkiego kota po głowie (kiedy już zajął się nim ktoś inny to znacznie bardziej kuszący pomysł) i czekam, aż poprowadzisz mnie do siebie, tam, gdzie są ciągle zamknięte drzwi.

Olena i Albert z tematu
Powrót do góry Go down
 
Salon
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» "Wrota Hadesu" - salon gier.
» Duży salon
» Dom - salon


Skocz do: