Навигация

Komnata Dam
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  




 

 Komnata Dam

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
avatar

PisanieKomnata Dam   Nie 31 Gru 2017, 12:58
Komnata Dam

Miejsce odpoczynku żon nestorów i ich córek, których to portrety zdobią wyłożone bordową tapetą ściany, jest nazywane też po prostu salą muzyczną. To tu na honorowym miejscu ustawiono amboinowy, zabytkowy już fortepian, mimo upływu lat wciąż działający jak należy, a nawet lepiej. Są tu regały z kobiecymi książkami i zeszytami nutowymi, obite aksamitem sofy i fotele, stolik do gry w czarodziejskie szachy i szuflada z materiałami do wyszywania. Z czasem Komnata Dam zyskała też imię Komnaty Duchów, bowiem od wielu lat po północy można usłyszeć subtelne dźwięki instrumentu, mimo że nikt z domowników na nim nie gra.
Powrót do góry Go down
avatar

cut my shadow from me

Tobolsk, Rosja

33 lata

błękitna

neutralny

żona
http://petersburg.forum.st/t1920-saran-karamazova
PisanieRe: Komnata Dam   Sob 10 Lis 2018, 17:16
03.07.1999

W oczach miał ujmujący smutek, a jego uroda przywodziła na myśl posmak skórki pomarańczy. Wodziła za nim wzrokiem jak urzeczona, słuchała tak jak słucha się natchnionego artysty, jak zapominał się i wracał w rozmowie z siostrą, choćby na słowo, niuans językowy, do włoskiej śpiewności. Myślała o jego imieniu, tak heroicznym, że aż się prosi o dwanaście prac.
Saran pytała później, dopełniając posłusznie obrazu kobiety nudnej i zgorzkniałej, gdzie pani Sorokina skrywała swego brata i dlaczego skarb ów znajdował się tak daleko od jej spragnionych nowości w towarzystwie oczu. Wystrzegała się opinii, jakoby kolekcjonowała znajomości z mężczyznami, ale przed Hersilią mogła pozwolić sobie na więcej, dopuścić ją nieco bliżej wulgarnej w swym oklepaniu prawdy. Saran ciągle się nudziła, nie mogąc zdecydować się, czy warto byłoby poświęcić perfekcyjną wygodę, jaką osiągnęła teraz w życiu, by spróbować znaleźć coś nowego, coś, co mogłoby ją ożywić.
Zaprosiła Caravaggio do Samary po odczekaniu zaledwie kilku dni od ich pierwszego spotkania. Zaprosiła go krótkim i wcale niezawoalowanym listem, dokładnie tak, jak nie wypada zamężnej kobiecie zapraszać gości, zwłaszcza pod nieobecność głowy rodziny.
Po latach pochylania się nad kociołkami i rozcierania ziół, Saran była już wyczulona na wszelkie wonności. Zapach pomarańczy, który kojarzył jej się z osobą Herculesa z niewiadomych przyczyn, lubiła szczególnie, zwłaszcza gdy świeże owocowe nuty mieszały się z goryczą zalegającą przy podstawie tej ulotnej woni. Lipcowe ciepło rozleniwiało powietrze, na dłużej zatrzymując w nim wszystkie aromaty roztarte na skórze, wniesione na ubraniach, osiadłe na meblach. W salonie pachniało drewnem i kwiatami lilii.
Pani Saran?, rozległo się u wejścia do salonu. Spłoszona pomoc bała się nowej pani na zamku, co było widać gołym okiem. Karamazova mimowolnie odczuwała w takich momentach ukłucie frustracji - wszyscy, nawet wyprasowane mundurki, ubolewali nad faktem, że nie jest jak Aleksandra. Nie miała jej złotych włosów ani oczu patrzących na świat jak patrzy na niego wylękniona łania uwięziona w świetle reflektora. Nie była kobietą ulotną, wszystko w niej było zaostrzone, kanciaste – nawet gdy milczała, sam wygląd jej ostrzegał, że odezwie się ostrym, nieprzyjemnym głosem. Pokojówka oznajmiła, że przybył pan Caravaggio, na co Saran uśmiechnęła się lekko i odwróciła z powrotem do wiszącego przy oknie lustra w złotej ramie. Jej bladą, surową twarz zdobił strojny makijaż ukoronowany ustami w kolorze głębokiej czerwieni, ale ciało ubrane w prostą białą suknię było pozbawione szlachetnych ozdób. Pani Karamazova niegdyś nie znosiła biżuterii, tak jak nie znosiła pięknych strojów, gdy te ograniczały jej wygodę. Małżeństwo z nestorem zmieniło ją jednak na tyle, by czuła się wręcz niekomfortowo nie mogąc zająć dłoni obracaniem w palcach choćby drobnego łańcuszka zawieszonego na szyi.
- Poproś go tutaj. – poleciła dziewczęciu, przechodząc powoli przez pokój. Miała wielkie nadzieje, że Caravaggio okaże się rzemieślnikiem wartym jej czasu i pieniędzy, a południowy styl tamtejszych kobiet przemówi do jej smaku, by mogła powiększyć swą kolekcję biżuterii.
Powrót do góry Go down
avatar


Syrakuzy, Włochy

33 lata

wieszczy

błękitna

neutralny

jubiler
http://petersburg.forum.st/t1921-hercules-caravaggio#9898 http://petersburg.forum.st/t1924-hercules-caravaggio http://petersburg.forum.st/t1925-hercules http://petersburg.forum.st/t1926-sliski
PisanieRe: Komnata Dam   Nie 11 Lis 2018, 18:05
Saran przywodziła mu na myśl surowe, zimne piękno, do którego przyzwyczajał się powoli, odkąd przybył do Rosji. Wszystko, co go otaczało od pierwszego dnia - rzeczy przygaszone, chłodne i może nawet wyblakłe dla jego oczu nauczonych przede wszystkim słońca, czerwieni i intensywności - kusiło go ostrożnie, nęciło obietnicą spokoju, której nie mogło mu złożyć życie w Syrakuzach. O tym właśnie pomyślał, gdy zobaczył ją po raz pierwszy - wyrazisty makijaż i oczy, które zdawały się go porażać, przewiercać na wskroś nie zdołały złagodzić skutków porównania. Kobieta była dla niego jak zimowe niebo, jak sople lodu i ostre powietrze, których Hercules nie znał przecież niemal wcale. Od tamtej pory mógł zadawać sobie tylko jedno pytanie - jak skóra o barwie zimy wyglądałaby przystrojona intensywną biżuterią, która w jego rodzinnych stronach zdawała się chłonąć każdy promień słońca, każdy decymetr sześcienny ciężkiego, dusznego powietrza Syrakuz? Przystrojona jego biżuterią?
Jej list tylko podsycił ciekawość. Był idealny, ostry, bezpośredni. W takich sytuacjach Hercules radził sobie lepiej; uwielbiał, gdy nie musiał czegoś zbyt długo rozważać, bo rozważanie przynosiło mu emocje, których nie potrzebował. Gdy zobaczył kilka gustownie nakreślonych liter, był po prostu spokojny - wbrew pozorom nie wchodził wcale na grunt, którego by nie poznał. Widywał kobiety, lubił je spotykać, by poczuć chwilowe uniesienie, krótką ekscytację, a teraz obcował z kimś zupełnie nowym, innym, uosabiającym odmiennie wartości, był więc przede wszystkim ciekawy. Intrygująca uroda Saran stanowiła jedynie kolejny punkt, który przekonał go do tego spotkania, nie była to przeszkoda albo wątpliwość.
Właściwie, przez większość czasu samą myśl, że zobaczenie się z kimś tak niesamowicie interesującym, mogłoby wywołać jego niepokój, uważał za śmieszną. Danieli już nie było. Nie było jej. Czasem wciąż tęsknił do lśniących w słońcu oczu, do nadziei, jaką czuł, gdy stawał obok niej, ale jego żona umarła i nie będzie jej, czegokolwiek by nie zrobił. Nie uświadamiał sobie wagi tych slow - nie uświadamiał sobie, jak może pomyśleć o tym tak po prostu. Ale cierpienie uczyło go obojętności, którą powinien się brzydzić, ale - cóż za ironia - która także była mu obojętna. Z tą wiedzą, ze świadomością, że niedługo będzie trwała jakakolwiek relacja, którą zdecyduje zbudować, zgodził się przyjść na spotkanie, które zaproponowała mu pani Karamazova.
Dopiero już na miejscu, widząc strzeliste wieże zamku, znowu pomyślał o tym, że Saran oddawała urodę miasta, z którym głównie obcował, odkąd przyjechał. Ta myśl zachwiała nieco pewność, którą budował właśnie na obojętności od wielu już lat. Petersburg był piękny tak jak Saran, chociaż nie atakował go swoją urodą, nie wtłaczał w żyły wrażenia, że jest się właśnie wśród przedmiotów tak niezwykłych i przesiąkniętych wartością - czegoś takiego można była doświadczyć w Nowym Rzymie. Wszystko tam łagodnie wyciągało dłoń w jego stronę i cholera, miał wrażenie, że zaczynał ją przyjmować. Przekonywał się do miejsc, do ludzi, do sposobu życia, jakie poznawał przez ten cały czas swojego pobytu. Doceniał to. Szanował. Wiedział przecież, że prędzej czy później on sam upadnie albo ten świat, który Hercules już powoli zaczynał budować wokół siebie - że to wszystko upadnie, a jednak przywiązywał się do tego jak największy głupiec.
Westchnął, gdy pokojówka w końcu pojawiła się, by zaprowadzić go do kobiety, którą miał zobaczyć. Biły się w nim pielęgnowana przez te wszystkie dni ekscytacja i niepokój, który pojawił się gwałtownie, odbierając mu większość przyjemności. Dłoń zaciskał na rączce torby, w której niósł przede wszystkim dobrze zabezpieczoną biżuterię, którą wykonywał wcześniej w chwilach, gdy nie chciał już myśleć. Zamierzał teraz pokazać jej, jak dokładnie wyglądały jego projekty i odpowiedzieć o wszystkim, co był w stanie wykonać. Miał trochę narzędzi, ale jeśli Saran poprosi go o coś innego, będzie musiał to zrobić w samotności i spokoju, co prawdopodobnie nie byłoby złym rozwiązaniem, bo dałoby mu kolejny pretekst, by ją zobaczyć.
Niósł więc torbę pełną przedmiotów, które mogły bezdyskusyjnie oczarować, otoczony bogactwem i pięknem, które zapierały dech w piersi, by podarować je komuś, od kogo z trudem odrywał wzrok. To wszystko. To wszystko - powtórzył sobie w myślach Hercules, smakując te słowa, mimo że nie miały żadnego smaku. Były puste i nagle mężczyzna również poczuł się... pusty. Byli pięknymi ludźmi, otaczali się pięknem. Ale gdy przychodziło mu płacić, nie miał nic, co mógłby oddać - uświadomił sobie z gorzkim rozbawieniem, które odblokowało coś w nim, zabierając ogłuszający żal. Chwilę przed tym, jak stanął z Saran twarzą w twarz, przywołał na usta uśmiech. Posiadanie więcej czyniło go jedynie nieszczęśliwym, dlaczego więc narzekał?
Chwilę później odepchnął te myśli silną ręką. Saran wyglądała przepięknie, a on powrócił do fascynacji jej urodą w pierwszym momencie, w którym przypominał sobie, że za chwilę będą rozmawiać o biżuterii, którą ona miała założyć.
- Pani Karamazova - zaczął, pozwalając swojemu głosowi uciec w stronę włoskiej śpiewności, by nazwisko zagrało mu w ustach, by mógł posmakować jego rytmu, każdej kolejnej zgłoski. Rozpoczynanie tego spotkania tak oficjalnym przywitaniem było dla niego niemal grą, która jedynie podsyciła ekscytację. Odszukał więc w głowie słowa w obcym języku i uśmiechnął się szeroko, patrząc jej prosto w oczy, żeby dać jej znać, że nie był ot, zwykłym pochlebcą. - Stworzenie czegoś, co mogłoby oddać pani urodę będzie dla mnie prawdziwym zaszczytem, chociaż nie jestem pewien, czy podołam tak trudnemu zadaniu.
Powrót do góry Go down
avatar

cut my shadow from me

Tobolsk, Rosja

33 lata

błękitna

neutralny

żona
http://petersburg.forum.st/t1920-saran-karamazova
PisanieRe: Komnata Dam   Wto 13 Lis 2018, 18:52
Mylił się. Gdyby dotknęła szyby koniuszkiem paznokcia, szkło wcale nie pokryło by się szronem. Kiedyś, zanim osiadła w Samarze, nikt, nawet spalony słońcem przybysz z tropików, nie utożsamiłby jej z chłodem. Miała w sobie bardzo wiele życia, bezwstydnej, radosnej wręcz energii. Jej blada skóra nie kojarzyła się z lodem, mniej nieskazitelna, gdy jeszcze spędzała całe dnie w ogrodach. Kiedyś nie była lalką, odgrodzoną od świata przez cieniutką warstewkę szkła, mniej niewzruszona, bardziej przystępna w naturalny, niewystudiowany sposób.
Nie była dobrą wizytówką dla Petersburga, możliwe nawet, że gdyby minęli się na jednej z ulic miasta, zginęłaby w tłumie wprost przed jego oczami – największe wrażenie robiła w otoczeniu bogactwa, pod wysokimi sufitami, niechętnie budząc się z bezruchu, w jakim zastygać potrafią tylko wielkie damy. Całe życie spędziła wewnątrz zamkowych murów. W Tobolsku, gdzie przyszła na świat, mogłaby być jak zima, która tak czarowała Herculesa – nauczyła się tam surowości, prostoty, wydobywania piękna z natury. Pomyśleć, że był w jej życiu czas, gdy strojność była jej obca – nie mogłaby chyba już w to uwierzyć. W murach Koldovstoretz ożyła w pełni, tamten zamek nie miał w sobie powagi, nie przerażał pustkami i ciszą. Dopiero w Samarze zaczęła więdnąć, nie zaznawszy tak naprawdę promieni słonecznych. Zapomniała o ogrodach, w których rosną tylko piękne kwiaty, którym można pozwolić na odrobinę dzikości. Miała w sobie jeszcze tę tęsknotę, zdarzały się dni, gdy wychodziła do swoich szklarni i żałowała okiełznanej żałośnie roślinności. To samo stało się z nią, gdy wyszła za Mefodyia.
- Pan Caravaggio. – odezwała się, jakby jego przybycie wyrwało ją z najgłębszego zamyślenia. Próbowała naśladować niewymuszoną elegancję wymowy, która imponowała jej u Hersilii, ku swemu rozżaleniu dostrzegała jednak drobne różnice, które siłą rzeczy musiały być jej błędami. Dźwięki były w jej ustach osobliwie zniekształcone, co nie umknęło uwadze wyczulonej na wszelkie pomyłki. Nigdy nie uczyła się języków obcych, wyjąwszy łacinę, której zaczerpnęła tylko ze stron atlasów botanicznych. Mogła być w tym salonie uosobieniem egzotyki, a w Petersburgu przybyszką z odległej Syberii, córką kultury innej, niż ta, na której wyrosła stolica magicznej Rosji; w rzeczywistości jednak była już jej wytworem, nowością tylko dla kogoś takiego jak on, kogoś, z czyim światem mogła się zderzyć z pełną prędkością i zachłysnąć się zaskoczeniem. Kiedy ruszyła przez pokój, stąpała jednak bardzo powoli, rozważnie, jakby pod jej nogami w każdej chwili mogła otworzyć się zapadnia.
- Bardzo mi miło, że zdecydował się pan przyjąć moje zaproszenie. – dokończyła powitalnej formułki, z uśmiechem niepozbawionym wyniosłej łaskawości podając gościowi dłoń. Saran miała bardzo drobne, niemal dziecięce dłonie, wrażenie to tym bardziej potęgował brak ozdób – nawet pierścień w kształcie węża, z którym nie lubiła się rozstawać, zdobiący jej palec częściej niż ślubna obrączka, zostawiła w szkatułce przy łóżku przed wyjściem na spotkanie z włoskim rzemieślnikiem. Złoty krążek, pamiątka jej zaślubin, także został w półmroku sypialni, ukryty przed wzrokiem Saran. Słowem nie przeprosiła gościa za nieobecność męża w domu, za to, że witała go sama – nigdy o nim nie mówiła, jeśli nie pytano. – Proszę. –zaprosiła go do rozgoszczenia się w komnacie.
- Schlebia mi pan, Herculesie. – przyjęła jego komplement ze skromnością, której fałsz aż bił po oczach. Zaproszenie go do Samary nie było niczym wyjątkowym – oprócz jubilerów często odwiedzali ją także krawcy, mistrzowie fryzjerstwa, modystki, całe rzesze stylistów, kiedy zbliżał się wielki bal lub gala. Od każdego z ludzi, których zatrudniała, by dbali o jej piękno, Saran oczekiwała jednak nieco więcej niż tylko wykonania usługi – chciała być nieustannie podziwiana. Caravaggio, co szczególnie ją ucieszyło, nie szczędził jej swego podziwu. – Ośmielę się zgadnąć, że nie przywykł pan do widywania kobiet takich jak ja. – z jednej strony, z pewnością otaczał się, przynajmniej przez jakiś czas, towarzystwem, do którego Saran pasowałaby jak ulał. Kobietami, które brzydzą się pracą, dbają o siebie ze starannością graniczącą z przesadą, zajmują się niczym więcej od przechadzania się po salonach z kieliszkiem likieru i czekają tylko na kolejny komplement albo porcję plotek. Z drugiej zaś, nie dało się zaprzeczyć jej inności. Uroda, jaką odziedziczyła po Vankeevach nie była zwyczajną dla kręgów Starszyzny. Po salach balowych snuły się delikatne blondynki o łagodnych, okrągłych rysach i wielkich, naiwnych oczach. W ich tłumie, wygląd Saran odznaczał się, przyciągając wiele spojrzeń, a tych krytycznych było równie dużo jak wyrażających ciekawość i aprobatę. Odmienność, której w przeszłości starała się nie zauważać, teraz stała się w opinii Saran wielkim atutem. Podkreślała ją specjalnie, eksponując jedwabiste czarne włosy, akcentując specyficzny kształt powiek i twarzy. Caravaggio, chociaż nie przesadzał z pochwałami jej wyglądu, najwyraźniej doceniał jej starania, z czego Saran była niezwykle zadowolona.
Wymownie spojrzała na przyniesioną przez niego torbę, by zaraz odwrócić się i machnięciem różdżki napełnić dwie czarki słodkim gruzińskim winem. Kryształy uniosły się w powietrze i zawisły w zasięgu ręki ich obojga, gotowe, by oprzeć usta o ich nierówną powierzchnię.
Powrót do góry Go down
avatar


Syrakuzy, Włochy

33 lata

wieszczy

błękitna

neutralny

jubiler
http://petersburg.forum.st/t1921-hercules-caravaggio#9898 http://petersburg.forum.st/t1924-hercules-caravaggio http://petersburg.forum.st/t1925-hercules http://petersburg.forum.st/t1926-sliski
PisanieRe: Komnata Dam   Yesterday at 22:06
Hercules również znał pustkę i żałosną bezradność, jaką czuł człowiek w pięknym pałacu pełnym pustych pokoi. Znał doskonale ciszę, która nie mogła przynieść spokoju, obezwładniający bezruch, zmęczenie milczeniem, jakby wszystko w twoim otoczeniu za kilka sekund miało umrzeć, ale ciebie z jakiegoś powodu coś zatrzymało w ostatniej sekundzie, w której zamarłeś również, nie mogąc uczynić nawet ruchu. Rozumiał strach, jaki w człowieku wywoływały przestrzenie pozbawione życia, a jednak nie mógłby utożsamić ich z Samarą i Rosją - kojarzyły mu się z czymś skrajnie odmiennym. Gdy Saran wzrastała w słońcu jak najpiękniejszy kwiat, gdy naturę utożsamiała z wolnością, Hercules gorące włoskie wybrzeża, domy z białego marmuru i rozgrzane od pomarańczowego słońca powietrze kojarzył z osaczeniem, które dopadało go własnie w tych pustych pomieszczeniach. W Syrakuzach trudno mu było oddychać, ciężko mu było zebrać myśli, gdy tkwił w bezruchu, zatrzymany w gęstym powietrzu. Otwarte, zimne przestrzenie, którymi ktoś ironicznie próbował wypełnić jego dzieciństwo, zamykały się wokół niego, ilekroć tylko o tym pomyślał. Gałęzie uginające się pod ciężarem dojrzałych pomarańczy, jasnozielone krzewy i szara od pyłu roślinność porastająca plaże, to wszystko rzucało złudny cień na ciało, którego nie można było ukryć przed słońcem. Rośliny kojarzyły mu się z matką, tamtym surowym spojrzeniem, w którym z trudem ukrywała czułość, zanim nadeszła jego pierwsza wizja. Potem Constanza rzadko patrzyła na niego w ten sposób, ponieważ jej nie pozwolił. Zamknięty w swojej sypialni powinien żyć jak heros, jak człowiek, który każdego dnia mógł stanąć oko w oko z Eneaszem, ale on spędzał kolejne dni w tych samych pokojach, wdychając to samo powietrze, które wdychał również z każdą kolejną wizją. Wizje najbardziej kojarzyły mu się z zaduchem, z półcieniem pomieszczenia, ze spoconym ciałem, które wciąż trochę drży. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nawet podróże nie zdołały go uratować. Ciało, które przez te wszystkie lata przyzwyczajał do otępienia, oddychania płytko i strachu przed zimnem, nawet na wielkich placach największych miast tego świata nie było w stanie wtłoczyć w płuca tyle powietrza, ile należało.
Ale tutaj, w Rosji, chyba było inaczej. Świat upominał go ostrością krawędzi, wyrazistymi rysami Saran, rześkim powietrzem, które łapczywie chwytał, gdy przez przypadek obudził się o świcie. Żadna wizja jeszcze nie nadeszła, a te, które sam wywołał, mówiły bełkotliwie o jego przyszłym losie. Mimo że wieszczenie kojarzyło mu się z przenikliwym chłodem, zaczynał myśleć, że surowość Rosji była inna od tego odczucia.
Skłonił się, pozwalając sobie na pewną swobodę, by musnąć ustami filigranową dłoń. Poczuł irracjonalne zaskoczenie, że skórę miała ciepłą, chociaż utkwiony w nim wzrok nie miał w sobie łagodności, takie przynajmniej odniósł wrażenie. Była skupiona, on sam też zaraz przypomniał sobie, że świat, w którym żyli, był światem gry, nie pozwolił więc, by uśmiech opuścił jego usta.
- To prawda, stworzenie czegoś dla pani to dla mnie niezwykłym doświadczeniem - zaczął zdaniem, które wcześniej już przygotował sobie w głowie, a mimo to ze szczerością, której dał wybrzmieć, taką przynajmniej miał nadzieję. - Jeśli oczywiście mogę pozwolić sobie na tę zuchwałość, pani uroda jest zdecydowanie... - urwał na chwilę, szukając odpowiedniego określenia po rosyjsku, ale w głowie miał pustkę. - Appassionante, to jest... oderwanie od pani wzroku jest dla mnie problemem. - Uśmiechnął się tylko w sposób, którego nauczył się jako młody chłopak, żeby zamaskować swoje potknięcie. Chwycił naczynie z winem, gdy to znalazło się w zasięgu dłoni, nie spuszczał jednak wzroku z kobiety, jakby chciał udowodnić jej swoje wcześniejsze słowa. Gdzieś z tyłu głowy czekał, aż zdradzi się w jakiś sposób pod jego bacznym spojrzeniem, aż da mu znać, że nie jest jedynie idealną rzeźbą stworzoną przez antycznego rzemieślnika, który podobnie jak Hercules mógł jedynie tchnąć w nią jeszcze więcej piękna swoją pracą, ale to wszystko, co mogli jej podarować. Rzeczywiście, miała rację, nie widywał kobiet takich jak ona. A może widywał, ale wszystkie oznaczały dla niego jedynie rozczarowanie, więcej cierpienia, skoro wszystko, co wartościowe, musiało zostać z jego życia zabrane. Teraz jednak nie był tutaj, by zdobywać coś na własność. Uczył się przez ten cały czas tego, czego mógł wymagać, i wiedział, że jedynie prawdziwie piękną rzeczą w jego życiu są wytwory jego własnych dłoni, lśniące kamienie, mimo że tak boleśnie ubogie, jeśli słuchał o wartościach innych ludzi, o miłości, o marzeniach, o nadziei. Nie, on miał biżuterię, której nie mógł stracić. Tej jednej umiejętności nikt nie mógł mu odebrać. - Dziękuję, pani Karamazovo - kontynuował z czymś w rodzaju rozbawienia, co szybko zamaskował, smakując słodkiego wina. - Oczywiście, przyniosłem ze sobą to, co może najwięcej pani... Powiedzieć o moich dziełach - mówił dalej, unosząc trochę torbę, mimo że widział już, że spoglądała na nią. Biżuterię, którą wziął ze sobą, wybierał specjalnie z myślą o Saran, nie mógł się więc doczekać, aż będzie mógł zobaczyć to wszystko w jej otoczeniu. - Jeśli tylko udostępni mi pani trochę miejsca, będę mógł zaprezentować moje umiejętności.
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Komnata Dam   
Powrót do góry Go down
 
Komnata Dam
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1


Skocz do: