Навигация

Zachód słońca 20:20, Zmierzch 21:01 (E. Onegin, I. Landau, Moskwa, Maj 1999)
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  




 

 Zachód słońca 20:20, Zmierzch 21:01 (E. Onegin, I. Landau, Moskwa, Maj 1999)

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
avatar

Moskwa, Rosja

27 lat

błękitna

neutralny

emerytowany hokeista, celebryta
http://petersburg.forum.st/t604-ernest-onegin http://petersburg.forum.st/t704-onegin-ernest#1460 http://petersburg.forum.st/t605-mordy http://petersburg.forum.st/t680-cep
PisanieZachód słońca 20:20, Zmierzch 21:01 (E. Onegin, I. Landau, Moskwa, Maj 1999)   Pon 15 Sty 2018, 13:43
Sprężynowy kabel telefonu można owijać kolejno wokół wszystkich palców, dopóki się nie podejmie decyzji, dzwonić czy nie? Ernestowi wcale długo nie zajęło wybranie numeru Iriny, nie ma jednak nic dziwnego w tym, że poważnie się zastanowił po co w zasadzie. Po co. Dwudzieste pierwsze piętro obfitowało w widok na panoramę Moskwy niemalże z każdej strony. Apartament był duży i nowy, wszystkie listy, które trafić miały w ernestowe dłonie docierały tam z opóźnieniem, dopóki pocztowe ptaszyka nie znalazły po pierwsze tego właśnie okna, które można otworzyć, po drugie samego Ernesta, bo chociaż wprowadził się tu końcem kwietnia to pół maja przesiedział w Petersburgu. Żeby od Moskwy odpocząć bo oba miasta niby ogromne, ale każde miejsce ma swoją specyficzną energię i stolica niby tak wielka, a zawsze jawiła się Ernestowi ciepło i miękko. W Petersburgu natomiast powietrze było zbyt wilgotne, a ludzie zbyt szarzy, jak na to, że żyli w miejscu barwnym. Długo przebywać tam nie potrafił, dwa tygodnie to już dostatecznie dużo.
Wczoraj coś stukało w szybę upierdliwie, nie Cep świętej pamięci oczywiście, on wiedziałby jak do właściciela dotrzeć, tylko inny orzeł, z liścikiem krótkim, trochę humorystycznym, twojej byłej żony Erni nie było na Rusaliach. I dopisek to może wpadniesz. No nie wpadł, liścik odłożył, orła odesłał z niczym. Nie jego interes. Już.
A przynajmniej tak być powinno, ale jednak trochę. Jednak trochę…
Ciepły dziś jest wieczór, ciepły w taki sposób, że nic nie trzeba, wystarczy być i usiąść, lub stać ot, przed siebie spojrzeć, oczy przymknąć i już jest dobrze, jest wystarczająco. W zasadzie już nie wieczór, nie noc jeszcze, ostatnia kreska różowa ginie gdzieś przy horyzoncie, z tej wysokości światła miasta takie drobne są, jak pył złoty, który wirował w szampanie na ich weselu.
Po czwartym sygnale rozsunął drzwi na taras i wyszedł, wciągając w płuca majowe powietrze i opierając się o szklaną balustradę. Środa dzisiaj, może nie ma jej w domu.
Może wcale nie ma czasu rozmawiać. Albo ochoty.
- Cześć. To ja. – To on. Nie spodziewałaś się co? Nikt by się nie spodziewał, komukolwiek byś opowiedziała. Nie pyta czy przeszkadza, czy nie była zajęta właśnie, jeśli była to już nie jest.
- Chciałem... – Co chciałeś, kochany?
Zaciska wolną dłoń na poręczy, drugą trzymając słuchawkę, chociaż wcale nie czuje krępacji, a może powinien, w takim ogniu się rozstali, w takim rozgłosie, ponad miesiąc ani słowa do siebie, więcej, prawie dwa. O sobie słowa owszem, słyszeli, ale ostatnia ich rozmowa była chyba jeszcze przed salą sądową. Po już nie. On w prawo ona w lewo.
Ale Ernest dobrze się dzisiaj czuje. Dobrze mu tutaj, na tym dwudziestym pierwszym piętrze, na tarasie, w ciepły, majowy wieczór.
- Chciałem usłyszeć co u ciebie. - Bezpośrednio od niej. Mógłby oczywiście kazać sobie przysłać wczorajszą gazetę, ba, z całego tygodnia, z miesiąca! Ale wiedział, siłą rzeczy, że i o niej powoli cichło. Tylko ostatni wywiad gdzieś dotarł do niego i byłby może na tę ciekawostkę machnął ręką, ale wypowiedź o jego synu zazgrzytała mu w głowie. Nie byłoby dnia przecież od gali, w którym nie myślałby o niej, z czasem coraz gorzej, oczywiście, ale chyba dosięgnął już punktu kulminacyjnego, bo dzisiaj te irinowe włosy, głosy i opuszki palców muskały jego myśli bardzo czule, aż się zmartwił. Czy ona sobie radzi.
Powrót do góry Go down
avatar


Baku, Azerbejdżan

27 lat

czysta

neutralny

she's so lucky, she's a star
http://petersburg.forum.st/t1492-irina-landau-onegina http://petersburg.forum.st/t1495-irina-landau-onegin#7722 http://petersburg.forum.st/t1496-now-you-see-me#7723
PisanieRe: Zachód słońca 20:20, Zmierzch 21:01 (E. Onegin, I. Landau, Moskwa, Maj 1999)   Pon 15 Sty 2018, 14:34
Granatowy. Wszystko co widziała, to kolor granatowy, nowy dywan miał miękkie długie kudły i był w kolorze nocnego nieba. Wróciła do domu wczoraj i wczoraj też dowiedziała się, że podczas jej nieobecności Ruslan zatrudnił jej służbę, żeby dom nie niszczał stojąc pusty. Z jednej strony chujowo, bo już nie mogła cieszyć się z depresyjnej pustki wielkiej willi, z drugiej strony fajnie - już nie było depresyjnej pustki wielkiej willi. Nie było chyba takiej rzeczy, której ludzie nie widzieli, żeby robiła, więc bez najmniejszych oporów leżała z twarzą w dywanie na środku wielkiego, pustego salonu. Bo był miękki. I pachniał znajomo, nie plastikową nowością tylko... czymś innym.
Normalnie kiedy dzwonił telefon nawet nie wstawała, bo automatyczna sekretarka radziła sobie lepiej z rozmawianiem z ludźmi, poza tym po piątym sygnale przekierowywało do Ruslana - to z nim ludzie chcieli pogadać. Nie inaczej było tym razem, kiedy dźwięk połączenia szumiał ignorowany w tle jak te wszystkie ignorowane dźwięki w tle, kosiarka sąsiada, dzwonek windy, wiecznie włączony telewizor w salonie, tylko tym razem w domu był ktoś, komu płacili, żeby jej słuchawkę podstawiał do ucha nawet, jeśli siedziała na sedesie.
Odwraca się więc, po tych falach dywanowego włosia palcami buszując i mówi "Tak." bo nie "Halo" ani "Cześć" kto inny by dzwonił jak nie ludzie, którzy czegoś chcą, a ludzie, którzy czegoś chcą zawsze są zadowoleni słysząc "Tak". Tak zrobię to. Tak zrobiłam to. Tak będziemy tam. Tak właśnie było. Tak będzie. Tak. Kiedy słyszy cześć to ja to już nic po "Tak" nie przychodzi. Bo ona wie co to za ja, co to za cześć, zna przecież nawet bez patrzenia na czyj to numer. I cisza zapada po tej stronie słuchawki, bo dlaczego on dzwoni i co chce. Nie rozmawiali tak długo, że już dostała tego poziomu psychozy, że rozmawiała z jego wyimaginowaną wersją, układając rano włosy, siedzącą na skraju komody, albo prosiła, żeby jego wyimaginowany obraz zabrał ją już do domu, kiedy impreza trwała trzeci dzień, a ona bardzo chciała spać. Wyimaginowany Ernest miał taki głos i mówił 'cześć, to ja" rano kiedy otwierała spuchnięte oczy, bo alergia bo jej się nie chciało przed snem zbyć z powiek brokatu i zdjąć sztucznych rzęs.
Cześć. To on.
Zamyka oczy znowu przewracając się na plecy, palcami stóp bosych czesząc dywanowe włókna, usta przygryza, drapie się po głowie, powiedz coś, tylko co, może na drugi bok jak się przewróci to coś przyjdzie do głowy, skula się więc w małą ludzką fasolę tonącą w granatowych falach. Dlaczego dzwonił? Chciał wiedzieć, co u niej. Pewnie ktoś mu doniósł o tym jak zjebała występ w klubie Parlament. Albo tego szmatławca przeczytał. Może Ruslan mu powiedział, żeby zadzwonił? Co to znaczy "co u Ciebie". Chujowo, Ernest, sam wiesz jak jest. Nic nie mówi i tylko te szelesty towarzyszące turlaniu się po dywanie zdradzają, że ktoś jest na drugim końcu linii. I milczy, kurwa, milczy tak długo, że ja bym się pewnie rozłączyła, ale nie. W końcu przykrywa dłonią mikrofon, jakby sekret chciała mu do ucha wyszeptać i mówi cicho.
- Potknęłam się dziś o dywan i upadłam. - to było dwie godziny temu może i tak już od dwóch godzin na tym dywanie- Boli mnie teraz kolano.
Poważne sprawy. No czego mógł się spodziewać, że mu tak wszystko powie od razu, przecież od samego początku wiedział, że tu nie ma normalnie, od czasu podkładki pod drinka, od czasu paznokci w kolorze burgundy i tej teorii, że kolor paznokci powinien zawsze pasować do koloru bielizny. Albo jej braku.
- Gdzie jesteś..? - dodaje cicho po chwili ciszy. W życiu gdzie jesteś. W świecie gdzie, może chciała zapytać z kim, ale nie wyszło. Może właściwie chciała powiedzieć, żeby tu był, w końcu bolało ją kolano, ale też nie wyszło. Zresztą to kolano to taka wymówka, pamiętasz Ernest, zadzwoniła kiedyś, no z trzy, cztery miesiące temu jak byłeś jeszcze na zimowej olimpiadzie i powiedziała, że musisz asap wracać, bo stała się tragedia i umiera, a okazało się, że zacięła się w palec i to była chytra wymówka, żebyś wracał jak najszybciej? No, to teraz jest podobnie.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

27 lat

błękitna

neutralny

emerytowany hokeista, celebryta
http://petersburg.forum.st/t604-ernest-onegin http://petersburg.forum.st/t704-onegin-ernest#1460 http://petersburg.forum.st/t605-mordy http://petersburg.forum.st/t680-cep
PisanieRe: Zachód słońca 20:20, Zmierzch 21:01 (E. Onegin, I. Landau, Moskwa, Maj 1999)   Pon 15 Sty 2018, 17:34
Głos Iriny w słuchawce, a nie Ruslana był już połową sukcesu i na Ernesta spłynęła drobna fala ulgi. Ani z Ruslanem rozmawiać nie chciał, ani on najpewniej z nim. I obstawiał, że w takiej sytuacji wcale nie przekazałby słuchawki Irinie. Ba, najpewniej nawet by jej nie przekazał, że laleczko, twój były mąż dzwonił. Niemniej jednak w drugą stronę też, Ernest nie chciałby, aby ta rozmowa doszła ani do jego ani do jej menagerskich uszu, bo od razu zaczęłaby się tyrada, chociaż w normalnym świecie, normalni ludzie nie będący pod wiecznym ostrzałem medialnych fleszy nie zgrzeszyliby dzwoniąc by zapytać o samopoczucie byłego partnera.
Chyba, że po alkoholu, takich rzeczy absolutnie robić nie można.
A większość i tak przynajmniej raz w życiu spróbowała.
Cisza zapada i Ernest tylko te szelesty ledwo co słyszy, za to jej oddech doskonale, zniekształcony przez aparat, oddech, którego poczuć nie może, chociaż wprost do ucha mu wpada, oddech o parę kilometrów od niego oddalony, dociera najpewniej z nanosekundowym opóźnieniem, niby jej, ale nie jej.
Może ktoś inny faktycznie by się rozłączył, ale przecież on robił to samo całe życie. Milczał. Nie mogąc słów znaleźć, motywacji, by odpowiedzieć. Tak się żyło z nim, obok, przecież, przez większość czasu, akceptując jego bucowatość, stężenie słów na dobę rozrzedzone jak zupa mleczna wodą na koloniach.
Boli ją kolano.
Trochę mu przez myśl przeszła odpowiedź a dupa cię nie boli?, ale też zamilkł i tylko kąciki ust drgnęły mu lekko, nie wiadomo, czy na tą śmieszko ripostę, czy na to, że się odezwała, że upadła i te kolano. Ile razy on całował te kolano. I wiele miejsc innych, które ją akurat zabolały. Albo i nie.
Jego na przykład teraz trochę coś zabolało w środku, na chwileczkę tak ulotną, że równie dobrze mu się to mogło zdawać, albo uznać mógł, że to nerw jakiś tak na to pytanie zareagował, słabym głosem zapytane, tak intymne w swojej formie, że zupełnie nie pasujące do sytuacji. Z pozoru. Przecież halo cała Rosja i wszystkie te kraje sąsiednie i kilka biednych kuzynów widziało jako oni ze sobą ani do tańca ani do różańca, jak koty drą i prześcieradła, jak perły lecą i przekleństwa. A potem cisza, cisza, długo nic i telefon, to ja, gdzie jesteś.
A przecież mogło jej o coś inaczej chodzić, może źle go słyszała, coś szumiało w słuchawce, stąd to pytanie. Plotkę też mogła przeczytać, że się gdzieś na Haiti buja z jakąś niunią nową, nie wiadomo. Ale nie.
- W Moskwie. – Słuchawkę ramieniem podpiera, do kieszeni spodni sięga i wyjmuje ekwipunek palacza skręcacza, bo dosyć już tego świeżego powietrza. Kto ma wprawę ten wie, że w najgorszych warunkach atmosferycznych jak przyciśnie to się da ładnego papieroska skręcić, choćby się do tego tylko jedną rękę miało, a Ernest to rach ciach i już panie. Dobry tytoń sobie kupił, skoro mu wrona ostatnio zarzuciła, że pali skończone gówno, nie, żeby racji nie miała. Przecież faktycznie gówno to było.
- Wróciłem przedwczoraj. – Do nowego mieszkania, ale czy powinien jej o tym mówić? Czy to nie za dużo naraz, chociaż i tak już od razu na głębokie wody wypłynęli.
Odpala zapałkami, co pewnie doskonale usłyszała po drugiej słuchawki stronie. Smużka dymu odlatuje szybko na wschód i znika, już jej nie ma, ulotna, jak to ich małżeństwo pod publikę.
Ernest w nowym mieszkaniu służby nie ma, a to ci niespodzianka. Nikogo kto by mu telefony odbierał ani przygotowywał kanapki o pierwszej w nocy. Ale wystarczy jeden list, jeden telefon krótki i już się ktoś pod drzwiami pojawi, z tą gazetę gdzieś wyżej wspomnianą właśnie, albo okna umyć, gdyby się tak Ernestowi uwidziało, że nad ranem trzeba umyć okna w salonie.
Łapie znowu tą słuchawkę do ręki, znowu się zaciąga, w dół spogląda, przed siebie i milczą tak do telefonu. Bawić się bezmyślnie zaczyna jakimś draśnięciem na balustradzie, pociera je palcem, zaczyna kreślić esy floresy.
- Mam... – Chrząka w końcu, odwracając wzrok od balustrady. Co ma? Chyba zdania nie dokończy, bogowie. Niby tak ciężko, bo to rozmowa telefoniczna, więc musi faktycznie rozmową być, ale on by chyba chciał tak posłuchać tego jej oddechu po prostu.
Śmieje się. Krótko do tej słuchawki, śmiechem urywanym, smutnym raczej, chociaż przez chwilę to nie brzmiał tak wcale. Przez sekundę.
- Wstałaś z dywanu?
Powrót do góry Go down
avatar


Baku, Azerbejdżan

27 lat

czysta

neutralny

she's so lucky, she's a star
http://petersburg.forum.st/t1492-irina-landau-onegina http://petersburg.forum.st/t1495-irina-landau-onegin#7722 http://petersburg.forum.st/t1496-now-you-see-me#7723
PisanieRe: Zachód słońca 20:20, Zmierzch 21:01 (E. Onegin, I. Landau, Moskwa, Maj 1999)   Pon 15 Sty 2018, 18:32
Z Ruslanem nie było łatwo, ostatnio właściwie coraz gorzej. Znała go całe życie i nigdy by jej nie przyszło do głowy, że życzyłby jej źle, ale od czasu fakapu z tym całym małżeństwem i magiTV wdawało się jej, że mówił jej o wszystkim jakby mniej, że ich relacja z przyjaciół aż po grób zaczynała stawać się coraz bardziej formalna i zawodowa. Albo sama była w dziwnym momencie życia i znów sobie coś ubzdurała. Miała do tego tendencje, Natasza lubiła tłumaczyć to byciem artystą, ale na to jest chyba inna terminologia w medycznych książkach. Zdarzało się jej to zresztą nad wyraz często, w tym wyimaginowanym świecie umysłowej boreliozy. Wymyślanie różnych rzeczy. Na przykład towarzystwa z rana o brązowych oczach, co nie oceniają, że żyjąc w luksusie wszystko czego Ci się chce to jeść płatki z pudełka i pić mleko z kartonu.
Gryzie wewnętrzną stronę ust, skubie tylko tę miękką, wierzchnią warstwę, ale zawsze tak jest, że w końcu dogryziesz się do krwi i robi się ta mała ranka, która nigdy się nie goi bo ją trącasz co chwila językiem. Jak z tą ich miłością. Nigdy się nie zagoi, Ernest. Nawet jak pocałujesz w kolanko. Dalej boli.
Nawija pukiel dywanowego włosia na palec i dalej tak sobie milczą. Zawsze byli w tym dobrzy, jedno i drugie, szkoda, że oddzielnie, że nigdy im do głowy nie przyszło, że to drugie tak jak pierwsze też to lubi. Z nikim nie musieć rozmawiać, uciec od fleszy, blichtru, śmiechów i błyskotliwych żartów. Wtedy jeszcze było inaczej, były inne potrzeby, we dwójkę życie to film, głośno, dziko, nie było jutra. Teraz jest jutro i będzie ono pewnie takie samo jak dzisiaj.
Usta to wydyma to zagryza, tik osieroconego słoniątka kiwającego się na boki.
W Moskwie.
Czy można przez słuchawkę wyczuć, że się ktoś uśmiecha? No, bo się uśmiechnęła lekko. W Moskwie to dobrze, wiedziała, że lubił do Petersburga. Miał tam rodzinę, przyjaciół, ale ten Petersburg miał zapach depresji i złych wspomnień, których na nim nie lubiła i które naturalną morską gąbeczką za miliony monet skrupulatnie mu z ramion zmywała podczas wspólnych kąpieli. Kiedyś. Kiedyś kiedy mieli dużą wannę, w sumie basen. Nie to, że Moskwa nie śmierdziała depresją, ale cóż, Moskwa przynajmniej nakładała makijaż i emanowała energią do której ludzie lgnęli bardziej niż do byłej stolicy. Była jak luksusowa prostytutka wciągająca koks, a nie artystyczna kuzynka, z którą nie chcesz rozmawiać bo masz potem ochotę się zabić.
Słysząc jak trzaska zapałka, jak w ciszy wilgotny tytoń strzela paląc się przy zaciągnięciu, jak oczy zamknie to na powiekach jak na rzutniku widzi jak palce układa, jak papieroska pewnie trzyma, zaciąga się mrużąc oko bo dum może mu w twarz, a może wcale nie, może ktoś mu tę zapałkę, może to cygaro, a nie papieroch, zaraz oczy otwiera i usta oblizuje przewracając się znowu na plecy, patrzy pod kanapę, jeden samotny pantofelek się tam ukrył, ciekawe jak długo leżał, taki ładny, lśniący, porzucony pantofel. Męski na dodatek.
Na to pytanie to i Irina się śmieje zaraz, krótko raczej, nie salwą, ale coś się jej przewraca w brzuchu nieprzyjemnie (może przyjemnie właśnie, ale od tak dawna nic się nie przewracało, że tak trudno rozpoznać) na ten jego śmiech. Smutno się zrobiło na moment, bo nie mogła sobie przypomnieć kiedy ostatni raz się do niej śmiał. Ta rozprawa to był straszny gnój. Zresztą jak i ostatni miesiąc ich znajomości. Sama przyłożyła do tego rękę, wiedziała o tym dobrze. Wzdycha więc po tym śmieszku krótkim. Ma ochotę powiedzieć, że "oczywiście" ale on przecież wie lepiej, nie pytałby nawet gdyby nie wiedział. Pociąga nosem.
- Powiedz mi, żebym wstała, to wstanę. - co wy robicie dzieciaczki, to nie jest nic dobrego, zejdźcie z tej drogi, na miłość boską.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

27 lat

błękitna

neutralny

emerytowany hokeista, celebryta
http://petersburg.forum.st/t604-ernest-onegin http://petersburg.forum.st/t704-onegin-ernest#1460 http://petersburg.forum.st/t605-mordy http://petersburg.forum.st/t680-cep
PisanieRe: Zachód słońca 20:20, Zmierzch 21:01 (E. Onegin, I. Landau, Moskwa, Maj 1999)   Pon 15 Sty 2018, 21:13
Śmieszne, bo może gdybyście teraz się rozłączyli, za jakiś czas spać poszli to najpierw z pewnością nie moglibyście zasnąć, a później rano zasłanialibyście oczy dłońmi myśląc bogowie, jak dobrze, że się rozłączyłam/łem. I nic więcej.
Bo co to było.
A być nie powinno.
Jednak się dzieje, rozmowa się toczy i toczy się chociaż wolno, bardzo gładko, aż za płynnie, aż Ernest tą odpowiedź irinową wargę oblizuje i nie tego się spodziewał zupełnie, a z drugiej strony czego miałby, przecież była sobą, nie tak dawno nawet jego żoną.
Były rzeczy, których sobie nie mówili, a które przepływały gdzieś wstęgą niemą niewidoczną między ich splecionymi w nocy dłońmi, w zupełnie inny sposób niż wtedy, gdy trzymali się lub obejmowali pozując na ściankach. Inaczej przecież czuł ją kiedy wokół nikogo i niczego nie było, co mogłoby ich jako parę zarejestrować, ale sam nie do końca chyba wtedy pozwalał tym innym ich obliczom na wierzch wypłynąć. Ona przecież też.
Nie kochał jej rzecz jasna, gdy jej ślubował miłość, wierność i uczciwość małżeńską, chociaż zaprzeczyć nie można, jak bardzo był nią zafascynowany i zauroczony. Może zakochany był w jej ruchach, w jej spojrzeniu, w jej powiekach ozdobionych rzęsami z piór, w niej jako w zjawisku.
Nie kochał jej kiedy tak razem w górę i w dół wokół kolorowych barw wirowali uciekali, kiedy się skradali razem i skakali na łeb na szyję do basenów perłami wypełnionych, chociaż wyznawał jej to gorąco, wyznawał kiedy świat widział, ale wiedział przecież, że kocha, owszem, tą zabawę z nią to wszystko życie oddechy pocałunki szybko szybko skręć tu pieprz mnie jesteś naćpana okradli nas rozjebałeś mu nos. Wszystko to. Ale nie . Nie tak jak powinien.
I tak mu się zdawało, że ten ciężar rozwodu to było gówno, które ciążyło na nim przez chaos, przez natłok, podsuwane pod nos mikrofony, jej zaciśnięte pięści. Cały świat hienami wypełniony, które chłonęły każdą ich kolejną małą katastrofę, każdą ich negatywną emocję. Każde Ernesta i Iriny załamanie wpadało wprost do poszarpanych gardeł i żołądków wiecznie głodnej publiki. Niedobrze się robi co?
I chyba przez to wszystko, że i jemu tak niedobrze, to nie przyszło mu do głowy, że jemu to przeklęte, skurczone w czarny węgielek serce trochę drga, niepewne i zastraszone, cholera wie, ale łatwo pomylić z chwilową ekscytacją. Jak teraz, odpowiedź pada zwykła ot o dywanie, a niezwykła przecież.
- To w zasadzie. Zabrzmiało bardzo podniecająco. – Teraz, teraz jest dopiero pozamiatane. Bo Ernest przecież – o czym doskonale wiedzieć musiała była pani Onegin – typem uwodziciela nie był wcale, chociaż co innego gdy się go już tak ma na wyciągnięcie ręki, to sobie pozwala, bo może, bo jego, bo swobodniej jest. Ale teraz ani Irina jego, ani na wyciągnięcie ręki. A jednak tak jej się udało, ten tryb swobodny w nim wyzwolić, po kilku zdaniach jedynie. Może w tym tkwił sekret, że się nie widzieli twarzą w twarz.
Albo wręcz przeciwnie, że w końcu tak naprawdę, naprawdę tylko w dwójkę mogli porozmawiać.
I nie, niby wyczuć nie można, gdy się ktoś przez słuchawkę uśmiecha, ale w takiej sytuacji trudno byłoby założyć, że ta twarz po drugiej stronie przewodu żadnej emocji nie wyraża.
Usiadł. Opierając się plecami o szklaną barierkę, popiół strzepnął na posadzkę, jakby nie mógł na zewnątrz, albo załatwić sobie popielnicę, z najzwyklejszego talerzyka, czegokolwiek (czy on miał talerzyki?).
- Czy… czy Ruslan wie, że rozmawiasz ze mną? – Trochę się dalej uśmiecha do siebie, gdyby mógł to uśmiechałby się do niej z pytaniem tak trywialnym, ale przecież to prawdziwe i smutne, że każde jej słowo musi przejść najpierw przez ruslanowy filtr. Gdyby wiedział, że tutaj się zaczęła tak szybko i niespodziewanie w tym kierunku z Ernestem dyskusja toczyć, to inba chyba trwałaby parę dni. A później dostałby Erno kolejnym orłem sądowy zakaz zbliżania się do byłej żony.
Bo traktują ich czasem jak ubezwłasnowolnionych.
Powrót do góry Go down
avatar


Baku, Azerbejdżan

27 lat

czysta

neutralny

she's so lucky, she's a star
http://petersburg.forum.st/t1492-irina-landau-onegina http://petersburg.forum.st/t1495-irina-landau-onegin#7722 http://petersburg.forum.st/t1496-now-you-see-me#7723
PisanieRe: Zachód słońca 20:20, Zmierzch 21:01 (E. Onegin, I. Landau, Moskwa, Maj 1999)   Pon 15 Sty 2018, 22:09
Szkoda, że takie rozsądne myśli to zazwyczaj przychodzą do człowieka po fakcie. Albo wcale nie szkoda. Lepiej tak, niż jakby rzeczywiście po pijanemu zamiast do wyimaginowanego Ernesta do prawdziwego dzwoniła i blebleZabierzMnieStądbleble bełkotała. Na dodatek można pomilczeć chwile, zastanowić sie, mimo, że myśli na gorąco to raczej mało ogarnięte. Szczególnie tej dwójki.
To taka rozmowa, która by się im przydała wcześniej może, żeby obraz w całość złożyć i poza tymi monetami lśniącymi jak cekiny, jak nocą krople potu sunące po skroni w świetle lampki, poza flamingami w ogródku egzotycznymi, przymarzającymi do wody w stawie niczym paparazzi za każdym razem jak z domu wychodzili, poza wszystkim tym mieć pojęcie, że Ty człowiek jesteś.
Gdyby wtedy, tak jak przy tym dylemacie czy się rozłączyć, zastanowili jak normalnie rozplątać ten węzeł szubieniczny, który media zawiązali wokół szyi ich związku zamiast tak bardzo po swojemu szarpać się w jedną i drugą, może to gówno nie byłoby takie ciężkie. Ale nie, przecież to gladiatorzy, tak długo życie daje benefity jak długo gawiedź ich kocha, aż przychodzi ten dzień kiedy wstajesz rano i nie wiesz czego nienawidzisz bardziej, świata który karmi się tobą, czy siebie, bo się na to zgadzasz - po co, dla sławy, pieniędzy, miłości rzeszy fanów.
Rozlewa się po tym dywanie miękkim, jakby się z nim scalała powoli, między te włoski jej włosy, palce, patrzy gdzieś na ten horyzont nad nimi w stronę jasnej marmurowej podłogi odcinającej się w oddali i czuje się tak dziwnie bo ta rozmowa jest przez chwilę tak surrealistyczna, że przez myśl jej przechodzi czy to nie rozmowa z wyimaginowanym Ernestem znowu, ale tamten mówił inaczej, tamten mówił zdania, które ten prawdziwy już kiedyś powiedział, odtwarzała wspomnienia Onegina przypisując je do nowych sytuacji, a ten w telefonie, no ten w telefonie się na przykład zaśmiał i to już nie była imaginacja. Uśmiecha się pod nosem na jego komentarz, ta oszczędność słów, która była jego domeną była czymś bardzo cennym w jej świecie estradowych gwiazd. Nikt nie miał problemu z wulgarnością, ludzie tak zblazowani, że o wszystkim mówili wprost, o wszystkim wprost pisały gazety, cokolwiek nie pojawiło się na horyzoncie, cokolwiek w głowie, nawet niedopowiedzenia traciły urok bo wywlekano je na światło dzienne i odzierano z ostatnich strzępków szat tajemnicy. To jego niecodzienne uwodzicielstwo zawsze zmuszało ją, żeby się na chwilę zatrzymać, pomiędzy tymi pięściami, kreskami, szpilkami, tańcami erotycznymi i błyskiem fleszy, zatrzymać i popatrzeć mu w oczy, zobaczyć pod tym wszystkim co mieli tego człowieka drugiego, którego znała tak słabo, jak i on znał jej drugą Irinę.
Gosposia stoi chwilę w drzwiach i patrzy na swoją chlebodawczynię, skuloną na dywanie, bawiącą się kablem od telefonu, brwi marszczy w zamyśleniu czemu tak długo, że nie pada komenda 'przełącz do Ruslana', że cisza zapada i ta rozmowa taka kaleka. Gosposia ma lat prawie pięćdziesiąt i o celebrytach wie tyle ile w gazecie wyczyta, nie widzi w nich ludzi, nawet patrząc na egzemplarz tuż pod swoim nosem, będący właśnie w tej chwili w swojej najszczerszej, najmiększej formie bez skorupy wysadzanej diamentami.
Irina śmieje się cicho, prawie w sumie bezgłośnie, byli jak nastolatkowie dzwoniący do siebie po nocy kiedy mama i tato nie podsłuchają o czym będą rozmawiać. To prawda, gdyby Ruso wiedział, że Onegin do niej dzwonił pewnie szybko zakończyłby tę rozmowę. Myślał pięć kroków w przód, zawsze, przewidywał dziesiątki możliwych scenariuszy wychodzących z każdej sytuacji, wybierał ten, który umożliwiał największy profit. 'Co u Ciebie' to nie był profit, w oczach Ruslana zapewne to podstęp, ale nie dla pani ex-Onegin. Wiesz, w dokumentach wciąż miała Twoje nazwisko, chociaż oficjalnie legitymowała się panieńskim.
- Nie. – mówi w końcu, trochę mruczy i aż ją samą ten pomruk dziwi, ale bez obaw, będzie więcej zdziwień – Pewnie się nie dowie. To nasza... – znów dłonią przykrywa mikrofon – tajemnica. Ok?
Chyba nie było co pytać, czy jego managerowie wiedzą. Po tym jak im Ruso obrobił interes niemal do czysta, wjeżdżając ze swoimi prawniczymi koneksjami bez litości, wazeliny i przytulanek można się było spodziewać, że im nie na rękę byłby jakikolwiek kolejny skandal związany z tą dwójką.
- Co robisz..? – pyta cicho, dla gosposi to nic nieznacząca rozmowa. Gdzie jesteś, co dziś porabiasz, jak się masz, co słychać, ale gosposia już wyszła z pokoju, a Irinie oczy tak lśnią w świetle tych kilku lampek, bo słońce zaszło prawie całkiem, ostatnia nitka purpury gasła nad świeczkami drzew. Chciała zapytać o coś zupełnie innego, ale przecież nie była z tych co to się dwa razy zastanawiają nad tym co zrobić, powiedzieć, jak się zachować. Za to kochały ją tysiące. Ale tym razem nie w tym rzecz, nie co dziś robisz, tylko teraz, co robisz teraz. W okno patrzysz, może w gazetę, okiem jednym śledzisz w tv wyniki meczu hokejowego, albo z baru wyszedłeś na chwilę, żeby z zaułka zadzwonić z budki telefonicznej bo się przypomniała. Wiesz, że leży na dywanie, pewne rzeczy pozostają bez zmian. Co robisz Ernest i dlaczego robisz to zamiast... sam wiesz.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

27 lat

błękitna

neutralny

emerytowany hokeista, celebryta
http://petersburg.forum.st/t604-ernest-onegin http://petersburg.forum.st/t704-onegin-ernest#1460 http://petersburg.forum.st/t605-mordy http://petersburg.forum.st/t680-cep
PisanieRe: Zachód słońca 20:20, Zmierzch 21:01 (E. Onegin, I. Landau, Moskwa, Maj 1999)   Wto 16 Sty 2018, 12:59
Gdybyś po pijaku zadzwoniła do Ernesta prosząc, by cię skądś zabrał to byłaby to na sto procent wasza ostatnia rozmowa. Nie dlatego, że rzuciłby słuchawką i cię zignorował. Dlatego, że o tym incydencie Ruslan dowiedziałby się na sto procent, najpewniej jeszcze w trakcie trwania tego telefonicznego bełkotu. Spektakularny opierdol odbijałby się echem przez cały miesiąc. W zasadzie wychodzi na to, że dobrze, że miałaś swojego wyimaginowanego Ernesta, chociaż to niezdrowe, od takich wydarzeń najlepiej byłoby się przecież odciąć raz na zawsze, nie wracać, absolutnie nie wracać.
Podobno dobry czas na takie rozmowy nigdy nie nadchodzi, albo jest już za późno, albo za wcześnie, gdy wszystko wokół gotuje się i paruje, czas jest złośliwy, tańczy i płata figle, o czym wiemy doskonale. Tak najwyraźniej być miało, żebyście do siebie, do swoich oblicz człowieczych w tym chaosie nie dotarli, podglądając tylko co jakiś czas, zerkając, kiedy szczelinka w masce się pojawiła, ale nie było czasu, choć chwili nie było, żeby całą tą sytuację na spokojnie przeanalizować. Od dna się chyba odbić musieliście, żeby dopiero teraz w tym momencie właśnie, między zachodem słońca a zmierzchem móc porozmawiać ze sobą naprawdę.
A to, że kilka osób z powodu tej rozmowy ciągnącej się dostałoby kurwicy to inna sprawa.
I co ta gosposia? Jest w komitywie z Ruslanem? Czy można by ją jakoś przekonać, że te celebryckie życie to nie powinno jej dalej interesować i znaleźć lukę w tym sztabie zasad surowych menagerskich. Prześlizgnąć się jak przez płot nastolatek właśnie, nocą, do swojej sympatii, rzucić jej kamyczkiem w okno, zaćwierkać, umówiony sygnał, nocna schadzka, bo rozmowy przez telefon gdy rodzice śpią to już za mało.
- Ok. – Odpowiada i też się szczerzy, bo wyobraża sobie, jak na tym dywanie leży, skulona taka i szepce do słuchawki, jego dziewczynka.
Nie, o jego parę menagerską zapewne osiwiałą już ze stresu nie było nawet co pytać. Ernest podopiecznym był bardzo trudnym i normalnie przez te lata każdy człowiek dawno kopnąłby go w dupę, bo komunikacja jest podstawą współpracy, a Ernest potrafił przecież zapadać się pod ziemię na tygodnie, nie dając znaku życia i ignorując liczne próby skontaktowania się z nim.
Rozejrzał się, przyglądając kolejno niemalże wszystkiemu, co było w zasięgu jego wzroku.
- Siedzę na tarasie. Palę. Obserwuję miasto. – Mógłby dodać, co właściwie widzi, ostatnią wstążkę różowego światła na horyzoncie, odbijające się chmury w szklanych drzwiach, na prawo połyskującą taflę basenu, bo go na takie luksusy przecież stać i w końcu ma na nie w pełni czas. Ale nie powie tego, przecież zawsze oszczędza słowa jakby były na wagę złota. W zasadzie trochę jest w tym racji.
Dym papierosowy ulatnia się szybko jak zdrowy rozsądek, kiedy zaciąga się po raz kolejny i decyduje na następne pytania.
- Dasz radę się wyrwać? Chcesz... – Bogowie złoci z nim rozmawiać. Ale nic dziwnego, tu się schody zaczynają, bo to już kroki poważniejsze, musi być czas na oddech, na uśmiech i chrząknięcie lekkie.
No co, co ona chce? Pytanie, na co ty ochotę masz, Erno. Na drzemkę, na lenistwo, na ten basen co to tak kusi swoją barwą, na tennis może, na pranie. Na prysznic wspólny, masz taką łazienkę, że klękajcie narody, niektórzy mieszkania mają mniejsze.
-… poleżeć u mnie na dywanie? – Metodą małych kroczków, od dywanu w końcu można i dalej przejść.
Powrót do góry Go down
avatar


Baku, Azerbejdżan

27 lat

czysta

neutralny

she's so lucky, she's a star
http://petersburg.forum.st/t1492-irina-landau-onegina http://petersburg.forum.st/t1495-irina-landau-onegin#7722 http://petersburg.forum.st/t1496-now-you-see-me#7723
PisanieRe: Zachód słońca 20:20, Zmierzch 21:01 (E. Onegin, I. Landau, Moskwa, Maj 1999)   Wto 16 Sty 2018, 17:28
No przecież ona nie z takich, show must go on, na palcach jednej ręki... no może dwóch można policzyć ile razy w życiu rzeczywiście poprosiła, żeby ktoś ją skądś zabrał bo już nie da rady. Większość z tych razów to i tak Ruslan bo do niego o takie rzeczy najłatwiej, fakt faktem znała swój zawód i niemal zawsze była tą, która wychodzi ostatnia, zwycięsko, ze statuetką, z uśmiechem, w niesamowitym kostiumie choć z naturalną i nieznośną lekkością bycia. Nie było poddawania się, nie było, że ja ich nie lubię, żadnego marudzenia, gwiazdy z muchami w nosie, zawsze śmiech, śmiech, ręką machnąć, jeszcze nalej. Przecież to Andromeda. Fakt faktem z wyimaginowanym Ernestem prowadziła rozmowy, pytała go o rady, łatwiej w sumie i częściej niż kiedykolwiek tego prawdziwego zagadywała o jakieś bolączki czy wewnętrzne rozterki. Wtedy było inaczej, wtedy, nawet kiedy cień się pojawiał w myśli to nie było ani chęci ani umiejętności normalnej rozmowy. Czasem tylko, na patio w Honolulu, kiedy przyglądał się jej jak czytała list od matki, nie musiała płakać, żeby wiedział, że nie było dobrze. Zimą jak siedząc w kupie śniegu ze szczerą uwagą próbowali rozpracować projekt bałwana, który Leo zarządził, że lepimy. W limuzynie, z jego głową na ramieniu, brodą wspartą o ten czerep, gładząc lekko odrastające włosy, wtedy bez słów udało się coś powiedzieć. Czasem. Z trudem. Nigdy nie była dobra w szczere wyznania. On zresztą też nie.
Ruslan zatrudnił gosposie pewnie z intencją taką, żeby była w komitywie, ale Grażyna też miała dzieci i wiedziała, że młodość rządzi się swoimi prawami. Tyle, że akurat Irina nie była w jej oczach częścią młodzieży tylko artykułem w gazecie i kwotą rubli na koncie, więc nie wiadomo, na dwoje babka wróżyła czy by hasztag team ruso czy hasztag team irina. Chociaż pewnie gdyby Erno zaszedł w odwiedki, mrugnął do niej, uśmiechnął się tak jak on potrafił, zażartował komplement rzucił to na pewno trzeci team by wybrała i pozamiatane.
No to mieli sekret. Pierwszy z serii wielu, jak się pewnie w przyszłości okaże, jakie to przykre, że nie ma życia na prawdę, tylko ten dywan teraz i jego OK i wszystko dobrze. Siedzi. Pali. Obserwuje. Irina oczy zamyka i jak się tak dobrze skupi to może sobie nawet go wyobrazić na tarasie jakimś, w moskiewskim wieżowcu, zachód słońca malujący szklane ściany w granatowo pomarańczowe plamy, tyle, że sobie nie pozwala za bardzo na takie wyobrażanki bo smutno sie robi na sercu i to niezdrowo, bardzo niezdrowo w takie rzeczy się bawić będąc w tym miejscu drogi co oni byli teraz. Palcami wolnej ręki dotyka plastikowych rzęs wciąż tkwiących na zamkniętych powiekach kiedy pada to pytanie od których oczy rozlepiają się z hukiem w głowie a źrenice maleją, by się zaraz powoli rozmaślić rozlać po tęczówce. Zagryza usta coraz mocniej powoli odrywając jedne sztuczne rzęsy, potem drugie, rzuca gdzieś na ziemię padając na wznak jak postrzelony kowboj i patrzy w sufit, tylko głęboki wdech słychać. I nic. Takie pytania nie padają lekko, wiadomo, wiadomo też, że jak odpowiedź nie pada od razu to się robi coraz mniej przyjemnie, taki gorąc w brzuchu się pojawia i Irina wie, że trzeba odpowiedzieć zaraz, ale nie wie co.
Z jednej strony nie chce, nie chce sobie wmówić, że będzie super, potem przekroczy próg jego domu po to tylko, żeby sobie znów rzucili się do gardeł bo nie wiadomo co się stanie jak rzeczywiście twarzą w twarz się ze sobą zmierzą. Przez telefon można tak pomilczeć, sekrety zdradzać, szeptać ale spotkania takie pod płaszczykiem nocy zawsze owocują w poważne rozmowy, a ona nie była wcale pewna czy im obojgu przeszło na tyle, żeby jednak nie zaczęli mówić sobie co ich boli i jak ich boli i dlaczego, a te rozmowy zawsze kończyły się tak samo. Oboje winni, żadne nie będzie przepraszać, gwiazdunie celebryci.
Z drugiej strony boże tak, z kimś z kim nie trzeba nic, a można wszystko, kto nie pyta bo wie przecież, przyjść, maskę odpiąć z twarzy w końcu, powiedzieć no chuj nie wyszło ale teraz możesz patrzeć na mnie, to ja jestem, przytul mnie, bo mi zimno.
Podnosi się z ziemi jak Łazarz, odkleja od dywanu zostawiając na nim rzęsy, czarne futro z sobola i szpilki, które pogubiła upadając. Wzdycha siedząc i patrząc na palce u stóp, kiwając nimi lekko ramionami wzrusza, wciąż nic z ust nie wychodzi, może jak usta obliże będzie łatwiej. Za dwie godziny, według modernistycznego zegara w kolorze limonki zajmującego pół przeciwległej ściany, Ruso miał przyjść dogadać wyjazd do Francji. Miała grać na otwarciu nowej magicznej dzielnicy, równoświata z portalem pod łukiem triumfalnym, tylko dotykając się w okolice mostka czuła, że chyba jednak nie chce do tego Paryża wcale.
- To nie jest dobry pomysł. - mówi w końcu.
Czy to robi jakąś różnicę? Tyle złych, strasznych, chujowych i kompletnie pochrzanionych pomysłów razem i tak wcielili w życie, że ich program w magiTV miał wyższą oglądalność niż wiadomości. To też zresztą zdradza jej głos i kiedy idzie do holu mijając Grażynę to nie o niestosowności myśli, tylko o tym, że jeśli ona się u niego pojawi i jakiś cieć to zauważy, nawet ogrodnik po nocy klomby strzygący wokół budynku, ktokolwiek, to tak będzie, jakby ona wtedy najebana do niego dzwoniła. Jak rzucić gównem w wiatrak. W moment. Ona to wie i on też zresztą, więc dlaczego pyta? Pewnie z tego samego powodu, dla którego adidasy założyła na nogi i bluzę z kapturem z szafki dla pracowników wyjęła po to, by nieporadnie wcisnąć ją na grzbiet, znowu jakieś niesprecyzowane szelesty słychać w słuchawce- Poza tym, nie wiem gdzie mieszkasz... – kładzie rękę na klamce tylko na chwilę się zatrzymując, patrząc na swoje odbicie w wypolerowanej gałce, kabel od słuchawki dalej nie sięga, co teraz, brwi marszczy.
- Pamiętasz... – usta oblizuje, waha się chwilę- Pamiętasz jak uciekliśmy z premiery na milkshake'a? – to było bardzo dawno temu i byli pijani, ale może pamiętał. Tę pralnię w której trzy razy wyprali swoje marynarki – były potem do wyrzucenia, wełny się nie pierze w pralce, szczególnie takiej chujowej w pralni na skraju najbiedniejszego skrawka podmoskiewskiej zakazanej dzielni. Rozłącza się i puszcza słuchawkę, jak w jakimś cholernym filmie, sprężynowy kabel ciągnie ją po podłodze robiąc rabanu na tyle, że Grażyna przyszła z kuchni zobaczyć czy jej pracodawczyni przypadkiem nie zeszła, ale już jej nie było. Drzwi otwarte Landau nie ma. Bluzy też nie. I adidasów.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

27 lat

błękitna

neutralny

emerytowany hokeista, celebryta
http://petersburg.forum.st/t604-ernest-onegin http://petersburg.forum.st/t704-onegin-ernest#1460 http://petersburg.forum.st/t605-mordy http://petersburg.forum.st/t680-cep
PisanieRe: Zachód słońca 20:20, Zmierzch 21:01 (E. Onegin, I. Landau, Moskwa, Maj 1999)   Wto 23 Sty 2018, 15:38
Pani kochana, co to się dzieje. Nagle wszystko tak szybko, jeszcze szybciej niż przed chwilą, tysiąc lat chyba minęło w trakcie tych minut kilkunastu, przewinęły się te obrazy słodkie, te miłe i kochane, głowy na ramieniu, dłonie we włosach, gorąc w nocy straszny, pot z pleców spływa, ale lepiej kołdrę odrzucić i skopać na podłogę, niż ją puścić. Nos zatopiony w szyi, taka gładka skóra, taka miękka, jak to światło wieczorne, jak spojrzenia ulotne, którymi częstowała go w chwilach, których się tego nie spodziewał zupełnie, niepasujące do sytuacji, do gwaru wokół, w odpowiedzi na jego równie zaskakujące słowa. Czasami mu się udało. Powiedzieć coś takiego.
Tylko, że po chwili znowu psuł, jak teraz, bo to nie jest dobry pomysł, oczywiście, oczywiście, że nie jest. Nigdy nie mieli dobrych.
Przecież on wie, no wie, zawsze się znajdzie coś co przeszkodzi, ten ogrodnik za rogiem, albo sąsiad przy judaszu czyhający, niby to człowiek kulturalny, niby wydawca jakiś czy pisarz kryminalny, cholera go wie, się Ernest nie interesował, ale może sąsiad Ernestem już tak.
Szpileczki takie malutkie wraz z tą odpowiedzią trochę się w czaszkę wbijają, ale tak miękko wchodzą, jakby miał gąbkę z kości, nie taką do mycia, skąd. Taką wapienną. Fuj.
Już usta rozchyla, ale tylko oddech bierze. Na pewno nie wie? Gdyby chciała to dowiedziałaby się w minutę. I to nawet nie od niego. Na gosposię pstryknięcie, na orła pstryknięcie, a potem jeszcze jedno na jakiś kontakt i już.
Kiwa głową, ale tego widzieć nie może.
I potem milkshake znienacka, na którego chciał odpowiedzieć, ale szum nagle, sygnał przerwany i nie wie, czy to ona, czy ktoś jej. Może Ruslan z nadzorem, może w nieodpowiednio odpowiednim momencie wszedł i usłyszał i odciął ich od siebie jak wściekły rodzic.
Zaciąga się papierosem raz ostatni i gasi go o posadzkę, kciukiem zgniata, filterek się zgniata nierówno, ale po chwili już spada w dół, przez dwadzieścia jeden pięter. Dla takiego filterka to dużo, chociaż i tak nie jest na dole przed Ernestem. Chociaż to nie tak, że w szaleńczym pędzie na dół zbiegł i już nie ma Onegina. Zdążył słuchawkę na miejsce, na plecy bluzę i z cichym pyknięciem zniknął z apartamentu, jeszcze na zegarek spoglądając. Czy ta cukiernia będzie o tej porze otwarta jeszcze.
Ale wtedy, wtedy pamiętasz, podczas tej premiery, to później nawet było.
Drzwi do pralni ten sam staruszek pilnuje, zamknięty w swoim kantorku, zwrócony profilem do okienka jak i do szumiącego telewizora. Pilnuje to za dużo powiedziane. Śpi i chrapie, choćby się świat miał zawalić najpewniej nie obudzi się. Ale kto chciałby pralnię okraść, kiedy tutaj wszystko takie stare i ciężkie?
Korytarzem wzdłuż ciemnym podąża, w pierwszym pomieszczeniu jakieś dwie młode matki, korzystają z tego najlepiej działającego jeszcze sprzętu, z następnych drzwi właśnie wyszedł ktoś, trzecie pomieszczenie puste, czwarte to suszarnia.
W powietrzu unosi się zapach środków czyszczących i wilgoci, kroki odbijają się echem od wykafelkowanych, brązowych ścian, jest tu tak brzydko, że nic, tylko kręcić etiudę niezależną.
Ananas kiwi dla niej, dla niego mięta.
Może się zdarzyć, że i ten pierwszy wypije, jeśli wcale nie przyjdzie, jeśli to tylko złośliwość losu, że zdążyła o pralni wspomnieć i koniec.
Wskakuje na jedną z pralek, stopy mu wiszą jak dziecku, zgarbiony taki Erneścik, z tym swoim milkshakem miętowym, który przez słomkę popija, trochę srce się kraje. Trochę bardzo.
Chłop taki duży a kupka nieszczęść.
Powrót do góry Go down
avatar


Baku, Azerbejdżan

27 lat

czysta

neutralny

she's so lucky, she's a star
http://petersburg.forum.st/t1492-irina-landau-onegina http://petersburg.forum.st/t1495-irina-landau-onegin#7722 http://petersburg.forum.st/t1496-now-you-see-me#7723
PisanieRe: Zachód słońca 20:20, Zmierzch 21:01 (E. Onegin, I. Landau, Moskwa, Maj 1999)   Wto 23 Sty 2018, 17:07
To była smutna dzielnica. Kojarzyła się jej z Baku i z premierą czegoś, czego nigdy już nie obejrzała. Po równo, z tym i z tym. Aportowała się u wylotu uliczki, tak, jak parę miesięcy temu, jednak choć w stanie mniej rozchichotanym - i dobrze, to by być równie alkoholem upojoną nie miałaby nic przeciwko, gdyż krocząc powoli w półmroku cała ta odwaga odpłynęła gdzieś jak do kanału ściek. Smutno i powoli. Światło co drugiej lampy było jakieś słabsze, jedna mrugała tuż obok budynku starej pralni, jakim cudem znaleźli to miejsce ostatnio? Próbowała sobie przypomnieć, czy to ona go czy on ją wciągnął do środka przez te drzwi jakby za wąskie, koło tego samego chrapiącego dziada co teraz. Wyciąga z kieszeni rubla i wrzuca do wiklinowego koszyczka na blacie. Wewnątrz jest trochę parno, może to wilgoć, może niedobór okien jak na tyle pomieszczeń - wtedy to była super opcja, im mniej okien tym mniejsza szansa, że ktoś ich wypatrzy, a teraz? Teraz próbowała oddychać równo, zapach taniego proszku do prania i lawendowego płynu do zmiękczania za który trzeba było trzy kopiejki dopłacić zamiast być uspokajający to jednak tylko pogarsza sprawę. Ściągnąwszy z pleców bluzę wrzuca ją do najodleglejszej pralki w najodleglejszym kącie i zatrzasnąwszy drzwiczki przeciska się między nią a szafką z pustymi, plastikowymi koszykami do łazienki.
Z rana jeszcze w świetle reflektorów, świecie blichtru i bogactwa, wciąż nosiła na powiekach ciężki brokat, choć sztuczne rzęsy pewnie już zaginęły w odmętach dywanowego włosia. Ruda pomadka zjadła się trochę i choć odkręciła ciepłą wodę to brak mydła w podajniku nie pozostawiał wiele złudzeń co do sukcesu podjętego zamiaru. Nabrała wody w ręce i schowała w nich twarz.
A co jeśli nie przyjdzie? Co jeśli nie pamięta? Bywały takie okropne dni kiedy zastanawiała się jak wiele z tego show było tylko na niby. Kiedy tylko robiło się trudniej to przecież zawsze uciekał, znikał gdzieś zostawiając ją z tym gównem, a przecież mimo, że gorliwie wyznawali sobie miłość zdawała sobie sprawę z tego, że nie płyną na jednym statku. Każde z nich było kapitanem oddzielnego liniowca, ciężkich w osobowość galeonów pod nadętymi żaglami ego. Czy takie wspomnienie głupich milkshake'ów, które zostało w jej głowie, miało jakąś wartość w archiwach ernestowej pamięci? Nad ty i różnymi innymi rzeczami zastanawiała się szorując twarz w rytm głośnego rzężenia wirnika w pralce.
Siedzi Erni na pralce, nie dość że serce pęka bo taki biedny w dupe dostał od życia na tyle sposobów, a lat nie miał nawet trzydziestu. Obklątwiona kuleczka nieszczęścia, gdzie ten blichtr, złoto, gdzie te Twoje futra alfonsa Erneścik. Czy wszystko to już zgasło i zwiędło w Tobie, czy tylko zabrakło słońca przy którym jak róże na krzaczku, jak kotek na słońcu mógłbyś się wygrzewać. Skrzypiące drzwi w kącie pomieszczenia oznajmiają Ernest już nie jesteś tu sam, wypada z nich kanciasta Irina przecierająca papierem toaletowym nieumiejętnie zmyty, sceniczny makijaż. Nigdy nie umiała sama się tym zająć, trochę panda, trochę zaczerwienione od tarcia oczy. Poczochrane włosy zdradzają, że ta pralka co pod Ernim suchy dupskiem podskakuje to memła jej jakieś odzienie wierzchnie, Irina podnosi wzrok i...
Jakby widziała go po raz pierwszy, marszczy brwi dłoń od twarzy obejmując. Na chwilę ciśnienie skacze, by zaraz zapaść się jak w czarnej dziurze. Nie wyglądał dobrze, zdawał się chudszy jakiś, bardziej zmęczony, zgarbiony jak dziadek, ale miał milkszejki i zaraz wzrok jej padł na ten drugi kubeczek w kolorze pistacji. Czy to ananas-kiwi?
- Wyglądasz koszmarnie. - odzywa się w końcu bo nie wie, czy rzucić mu się na szyję z tęsknotą w oczach i na ustach, czy utrzymać dystans taki jaki jest. Ostatni raz kiedy widzieli się na żywo chciała mu wyrwać z gardła krtań. Teraz zupełnie inne ochoty władały jej umysłem więc ręce wsadziwszy w kieszenie uśmiechnęła się lekko. W tylu filmach zagrać, tylu innych produkcjach gościnnie, tyle ról tyle zawodów tyle emocji sztucznych potrafić na pstryknięcie palców wywołać na twarzy, a tu i teraz w obskurnej pralni nie wiedzieć co ze sobą począć i gdzie oczy podziać. Brawo, tego Oskara to dostałaś na prawdę zasłużenie.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

27 lat

błękitna

neutralny

emerytowany hokeista, celebryta
http://petersburg.forum.st/t604-ernest-onegin http://petersburg.forum.st/t704-onegin-ernest#1460 http://petersburg.forum.st/t605-mordy http://petersburg.forum.st/t680-cep
PisanieRe: Zachód słońca 20:20, Zmierzch 21:01 (E. Onegin, I. Landau, Moskwa, Maj 1999)   Sro 24 Sty 2018, 11:27
Nie ma futer, nie ma blichtru, kryształowych kolczyków, pięknych pań już nie ma, wyszczerzonej japy, drobinek złota w szampanie, zgasło, zwiędło i ja nie wiem, nie wiem czy słońce tu coś da, nawet te metaforyczne. Gwiazda, proszę ja ciebie, pierdolnęła na tysiąc kawałków i zgaśnie, pozwólmy mu na to, w końcu i tak nie ma to żadnego znaczenia, prawda?
Zdążył już wysiorbać połowę niemalże swojego miętowego szejka, kiedy te drzwi paskudne skrzypią i pojawia się w nich o wiele za chuda Irina, o wiele za brzydka jak na gwiazdę takiego formatu, rozczochrana, rozmemłana, wygląda, jakby ktoś na szybko wszystkie części człowieka posklejał ze sobą i lekkim pchnięciem w plecy chuchnął idź, idź szybko dziecinko, bo jeszcze ktoś dostrzeże te niedoskonałości, gdy się zatrzymasz. Słomkę od ust odejmuje Ernest przyglądając się przez chwilę byłej żonie, jej powiekom opuchniętym z resztkami tuszu i brokatu, ileż to razy ją w takim stanie widział, ale wtedy wszystko było jedno, wtedy zbyt rozrzedzoną krew mieli i za mało czasu, żeby się nad sobą rozczulać.
- Wyglądasz okropnie. – W sekundzie jednej zamiast przywitania koszmarnie i okropnie zlewają się ze sobą i taki jest to smaczek chwili, że Ernesta kąciki też w górę wędrują, ale tylko na chwilę, bo jednak szejk smaczniejszy niż uśmiechy w pralni. W tym momencie, akurat.
Serce nie zaczęło mu bić nagle jak szalone, nie poczuł, jak się po nim miłość falami rozlewa, żadne rzeczy podniosło nadzwyczajnie nie miały teraz miejsca, co nie znaczy, że pojawienie się tych blond kudłów nie miało dla niego żadnego znaczenia. W końcu przyszła, jest tutaj, a on z tym szejkiem, robią to. Spotykają się. A nie powinni. Dla siebie i innych nie powinni.
Zeskakuje z pralki, bierze szejka drugiego, którego wręcza Irinie podchodząc do niej. Ale się nie zatrzymuje, głową kiwa, cho. Cho mała za nim.
Trudno byłoby się w tej pralni zgubić, wcale duża nie jest a i rozkład pomieszczeń dosyć intuicyjny,   zresztą trzy minuty temu przecież mijał suszarnię. Lekkim pchnięciem drzwi otwiera, dalej taki zgarbiony, bo po pierwsze zawsze trochę łeb łysy schylał przez wzrost, po drugie jak dziecko oderwać się nie może od swojego szejka, ale w końcu kładzie go na parapecie, drugą ręką czysty ręcznik ściąga ze sznurka, no ups, chyba się ktoś zdziwi, ale to tylko jeden ręcznik. Niby w pralniach obowiązują te zasady wzajemnego zaufania, że ci nikt ulubionej suszącej się czerwonej kurtki nie zajebie, ale jednak zawsze trzeba mieć na uwadze, że ludzie tu chuje.
Staje przy umywalce, ręką na Irinkę kiwa, no chodź tu chodź bejb i prawie tak jak kiedyś wygląda, z góry tak spoglądając na nią ze zmrużonymi oczami, z tym ręcznikiem przez ramię przewieszonym, jeszcze mu tylko peta w ryju brakuje, żeby się obrazek w całość złożył, ale szanujmy się, w suszarni się nie pali, bo ubrania nasiąkną brzydko, aż tak niegrzeczny to Erneścik nie jest.
Poza tym nie chciałby stracić tego miętowego smaku na języku.
Mydło jest szare, chodź tak naprawdę turkusowe, a woda albo gorąca jak piekło, albo zimna jak lód (chociaż znalazłoby się kilka lepszych do zimna porównań), więc majstruje chwilę Ernest przy kurkach, żeby tą idealną temperaturę nastawić, żeby swojej Irinie umyć buzię. No i już. Najpierw twarz w wodzie zanurzyć, potem bierze mydło, ale jeszcze jej do tyłu te włosy rozczochrane odgarnia.
- Mała, nie otwieraj. – Oczu. Turkusową pianę na całej twarzy już ma i śmiesznie całkiem wygląda, jak tak stoi przed Ernestem, a on jej te ryło mydełkiem, obiema dłońmi smaruje, namydla, żeby się tego brokatu pozbyć, tych po tuszu kresek i co ona tam jeszcze miała, zaczerwienione przez to oczy, dlatego on teraz delikatnie, ale porządnie jasna sprawa.
I znowu buzię pod wodę, porządnie to wszystko, żeby się żadne mydliny nie dostały do oczu bo będzie płacz. Trochę włosy się zmoczyły, to nic. Je też wytrze. Tym ręcznikiem kradzionym, który jej na twarz narzuca i osusza tak miło, że na srcu to chyba kolejne pęknięcie właśnie, o, takie ciche, jak grzmot w trakcie burzy dwa miasta dalej.
Powrót do góry Go down
avatar


Baku, Azerbejdżan

27 lat

czysta

neutralny

she's so lucky, she's a star
http://petersburg.forum.st/t1492-irina-landau-onegina http://petersburg.forum.st/t1495-irina-landau-onegin#7722 http://petersburg.forum.st/t1496-now-you-see-me#7723
PisanieRe: Zachód słońca 20:20, Zmierzch 21:01 (E. Onegin, I. Landau, Moskwa, Maj 1999)   Sro 24 Sty 2018, 20:25
Śmieje się, kiedy tak synchronicznie w dwóch słowach widają się podsumowaniem całokształtu wzajemnych prezencji i aż dziwnie jej bo nie spodziewała się za bardzo śmiać do pana Onegina. Nie po tym co sobie zrobili. Nie po tym co sobie powiedzieli. Nie po tym wszystkim. Tydzień temu na sugestię, że by tu z nim w tej pralni tak po ludzku pewnie prychnęłaby, imitując perfekcyjnie, prychnięcie Ruslana, bo za dużo udawania, za dużo gry i obowiązków, żeby zwolnić i zajrzeć w siebie i pomyśleć czego tak na prawdę chciała. Od wielu już lat przecież wszystko czego chciała to sława, bogactwo i kucyki. Miała już cztery, tylko to marzenie z czasem okazywało się tym głupim pragnieniem sześciolatki, które w życiu dorosłej kobiety nie jest już słodkie i piękne, staje się wiecznie głodnym monstrum i tylko te kucyki, małe i kudłate, tylko te kucyki trzymają potwora na uwięzi. Dobre patatajki.
Bierze w rękę szejka i przez chwilę ma jakiś taki odruch w sobie b w drugą złapać rękę Ernową, ale ten już mija ją więc słabym gestem palec o szlufkę jego dżinsów zaczepia i idzie jak podpięty wagonik, lokomotywa Ernest i ten z tyłu skład z węglem, oboje popijają szejki jak ułomki, zgarbione bezdomne dzieci, bez słowa zgarnia Erno ten ręcznik, Irina nawet nie zauważa, to już ten poziom zepsucia w jej życiu, że za każdym razem jak coś chciała wziąć to to brała, bo przecież stać ją było takiemu właścicielowi ręcznika kupić całą ich paletę jakby wynikł jakiś problem i dopiero przy umywalce puszcza jego portki. Dupskiem się o drugą umywalkę opiera, słomką bawi, nic nie mówi, zresztą co mówić kiedy na usta cisną się tylko słowa takie, których nie wypada powiedzieć. Już i tak limit całkiem wyczerpany, że są tu oboje i spotkali się i nikt nie wie, nikt by nawet się nie domyślał, a jeszcze dorzucić do tego te parę zdań cisnących się jej na usta to już specjalisty Vinci daVinci by trzeba było, żeby po tej bombie ze szczątków odszyfrował kogo zmiotło w tej pralni poza tymi dwoma durniami.
Jeśli miłość jest ślepa to dużo kurwa traci nie obejrzeć takiej sceny. Erno troskliwie namydlający buźkę swojej znienawidzonej przecież eks-małżonki, która, z wzajemnością wieszała na nim psy bez litości w odwecie za te wszystkie krzywdy i słowa jakimi ją kiedyś częstował. Irina siedzi grzecznie, posłuszna przecież, oczu nie otwiera bo powiedział, żeby nie otwierała, kiedyż ona ostatni raz go posłuchała grzecznie i bez boleśnie uszczypliwych komentarzy. Dawno. Daje się namydlać, łapy ma Ernest duże ale takie delikatne, mogła zgadnąć, że dawno nie grał w hokeja. Robiły mu się na rękach odciski nawet mimo rękawic, szydziła przecież słodko, że takie z niego starszyźniane książątko, że przez litą skórę i tak bąbelki się robią. Daje się wycierać, gestem niemal pieszczotliwym, włosy osuszył, rzęsy choć rzadkie to długie, delikatnie choć gdyby chciał mógłby jej z łatwością z tą swoją siłą oko w czaszkę wcisnąć - czego by się pewnie prędzej spodziewała niż tego telefonu kilkanaście minut temu. Niż tego milkszejka, tych mydlin fioletowych i ręcznika, który był szorstki, ale mógłby być i papierem ściernym tak miło jej policzki wycierał. I w końcu siedzi tak i patrzy na niego, a on z tym ręcznikiem w ręku stoi i patrzy na nią i cisza, szum wirujących pralek w tle, jakieś stukanie w rurach, może to szczur może cieniopłaszczka. Uśmiecha się tylko kącikami ust.
- Lepiej? - pyta w końcu, pewnie tak, chociaż raczej nie. Gdyby to było takie proste, gdyby mogła go teraz w zamian też za kark do tego zlewu i wyszorować czerep na błysk, coby wszystkie problemy i bolączki jak ręką odjął w tym odpływie razem z mydlinami i już byłby znów piękny i wesoły jak zawsze. Już mogłabym przestać telefonować co drugi dzień do mojego kardiologa prosząc o adrenalinę prosto w mięsień serca bo co post to palpitacje.
Wyciąga rękę do góry, ale zaraz zawraca, bezwładnie opuszczając ją na kolano. Jak krzywa wieża w Pizie, kolos na glinianych nogach, powoli, bardzo powoli przechyla się do przodu i opiera czołem o jego ramię. Błąd. Nie trzeba było tego robić Irinchik, ale już maszyna ruszyła, już wy żyjecie swoim życiem co ja mogę zrobić jak tylko zdrowaśki klepać, żeby fundamenty tego budynku były raczej spoko, pls.
- Przepraszam. - no i chuj. Bomba uzbrojona. Dzwońcie po daVinci. Pozamiatane. Jedno słowo padło w tej brzęcząco szumiącej ciszy pralni, słowo, którego nigdy nie było, które nie padło nigdy bo Andromeda nigdy nie przeprasza. Słowo, które powinno było sto tysięcy razy już, albo chociaż kilka razy, tylko wcześniej, tak bardzo wcześniej, ale nie. Teraz. W pralni. Bo zadzwonił. Gdzieś w jego koszulkę, muszka, robaczek, wpełza w stronę ucha, przepraszam. Ty wiesz za co.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

27 lat

błękitna

neutralny

emerytowany hokeista, celebryta
http://petersburg.forum.st/t604-ernest-onegin http://petersburg.forum.st/t704-onegin-ernest#1460 http://petersburg.forum.st/t605-mordy http://petersburg.forum.st/t680-cep
PisanieRe: Zachód słońca 20:20, Zmierzch 21:01 (E. Onegin, I. Landau, Moskwa, Maj 1999)   Czw 25 Sty 2018, 13:30
Jeden krok jego i jeden krok jej to daje razem dwa kroki prawda, dwa kroki do przodu, dwa kroki przed światem, bo nikomu by do głowy nie przyszło, nawet nie tydzień temu, ale zapewne też tydzień do przodu, że oni by mogli tak razem szejki w pralni pić. W pralni! Szejki! Oni!
Same absurdy, bardziej prawdopodobne zdają się być amerykancke historie ludzi, którzy pamiętają jak porwało i ufo. Albo ich krowę porwało. I wszyscy się za głowę łapią, takie bzdury panie. Zatem nawet gdyby się ktoś znalazł, świadek naoczny tej sytuacji i na ulicę plotkę puścił, że Onegin byłej Oneginowej czule ręcznikiem twarz wyciera w szemranej pralni, najbiedniejszej dzielnicy, to chyba większość i tak ręką by machnęła. Czy nie? Lepiej by było, gdyby jednak tak. Dopiero co zaczęli przygodę, szkoda byłoby już za to oberwać.
Dawno nie grał. Dawno nie robił niczego dla siebie dobrego. Biegał i pływał bo rutyna, bo nie można całe dnie na dywanie, przecież go trochę poznać zdążyła, że on to tak chętnie się pierdolnie na kanapę na parę godzin, ale w końcu wybacz mała, czas na bice, zrób mi koktajl z awokado. A najlepiej trzy, to od razu weźmie się jeden i odwiedzimy Leo. Bo ten dzieciak przecież kochał zdrową żywność chyba bardziej niż rodziców, co akurat nie jest niczym dziwnym w jego wypadku.
Ale gdyby chciała to owszem, nie tylko oko w głąb czaszki by jej wcisnął, tylko na drugą stronę od razu, dziura na wylot. A był okres, kiedy bardzo miał na to ochotę, ale potem wychodził z domu, zostawiał ją samą, bo Ernest to zawsze wybuchał nagle i mocno i głośno tak, że wszystkie ściany pękały, ale spalał się bardzo szybko i drzwiami trzaskał, lub nawet nie wysilał się, żeby je zamknąć za sobą, tylko znikał i trochę przecież wiedziała, gdzie idzie, bo gdzie mógłby się ukrywać, jeśli nie w pokoju syna budując lokomotywy, chociaż w świat pewnie szła opinie, że szlaja się na mieście na dziwki koks firefox.
I to chyba znacząca różnica między nimi bo Ernestowi, chociaż zazwyczaj trochę zeszło na przyznaniu się do błędu i zmuszeniu do odezwania się nie sprawiało problemu ostatecznie przeproszenie za. Za coś. Za to, tamto. Chociaż chyba nigdy nie za wszystko, nie po tym, jak ona i Ruslan traktowali też jego.
Nie odpowiada na pytanie, tylko się przygląda jej twarzy i niech go chuj, bo rzęsy ma gęstsze od irinowych, ale to żadne zaskoczenie, mężczyźni zawsze mają piękniejsze rzęsy, lalusie od siedmiu boleści. Wzrok przenosi na tą rękę byłej żony co to nagle tak w górę i nie wie sam, w sekundzie, czy chce, żeby ona ją dalej, żeby go złapała coś, czy żeby jednak opuściła, chyba jednak. Niech lepiej ją opuści. Ale potem opada na to ramię, wtula się małpeczka hiehiehie i patrzy tak na czubek jej głowy, na krzywy przedziałek jasnych kłaków i.
Nie wie co zrobić. Zupełnie.
Rozedrgała mu tym wszystkie nerwy, tym słowem, tym gestem, wszystkie struny w głowie co powinny melodie płynne wygrywać nagle zamilkły, choć ruszają się, falują, ale nic, nie słyszy nic. Przecież wie, że on wyskoczył z tym telefonem tak, z tym uśmiechem do słuchawki, z tym spotkaniem, ale teraz, na miejscu, kiedy znowu na chwilę ją-nie ją, inną nową, ale tą samą ma przy sobie, to nie jest pewien, czy to nie za dużo naraz, za szybko. Chwila mija, nim w końcu podnosi rękę nieznacznie, obejmuje ją tym ramieniem, dłoń zaciska i przez parę sekund chyba są po prostu przyjaciółmi. I tylko przez parę sekund i nic więcej. Chociaż głowę jeszcze schylił, nawet na czubku jej oparł, ale już podniósł, bo drzwi zaskrzypiały do suszarni, najpierw jeden człowiek, potem drugi, na oko parka w ich wieku, trudno ocenić czy to spojrzenie dlatego, że Oneginów rozpoznali, czy dlatego, że kulturalnie chcąc wysuszyć swoje prani trafili na jakąś parkę spod ciemnej gwiazdy, ubogą wersję Dolly Parton i tatuaże, pod którymi chyba jest jakaś osoba, ale pewności nie ma. W jedną rękę łapie swojego szejka i nie do końca tą Irinę puszczając popycha ją w stronę drzwi, bo nic tu po nich. Znowu do tego pomieszczenia, gdzie pralka z bluzą walczy, tym razem drzwi zamyka i kluczyk przekręca, chociaż wszystko tutaj się zdaje być z dykty, nie problem mocniejszym pchnięciem te drzwi wyłamać.
Spogląda na Irinę i co.
I co teraz?
Powrót do góry Go down
avatar


Baku, Azerbejdżan

27 lat

czysta

neutralny

she's so lucky, she's a star
http://petersburg.forum.st/t1492-irina-landau-onegina http://petersburg.forum.st/t1495-irina-landau-onegin#7722 http://petersburg.forum.st/t1496-now-you-see-me#7723
PisanieRe: Zachód słońca 20:20, Zmierzch 21:01 (E. Onegin, I. Landau, Moskwa, Maj 1999)   Sob 27 Sty 2018, 01:13
Przez chwilę czas stoi. Przepraszam wisi jak ciężka kotara, odcinając od niej wszystkie zmysły, całą koncepcję przemijania zatrzymując, przypomina się wczesne dzieciństwo, lanie linijką po dłoniach, rozzłoszczone oczy matki w których szklącej się powierzchni widziała samą siebie o zaciśniętych ustach i zmarszczonych brwiach. Nie będę przepraszać, to co robię i to jak mówię, to ja. Nie będę przepraszać za to kim jestem. To co chcę i to jak myślę, to ja. Nie będę przepraszać za to co czuję. I wisi w tym między-wspomnieniu, koszula Ernesta pachnie Ernestem i płynem do płukania, trochę potem a trochę wilgocią tego miejsca. Przez zamknięte oczy i tak widzi na wylot, przez bluzę, koszulę, koronki wytatuowanych przekleństw, które z uwagą śledziły jej palce nawet, kiedy oczy dawno odpoczywały za kurtyną powiek. Znam Cię na pamięć. Na chwilę z letargu, z zawieszenia wyrywa ją to ramię, ten ucisk jego palców i to nie tak, że jej nagle jest lepiej, że znów super, że wyjdźmy i kochajmy się, bo dalej tkwi w bezruchu ciemnym i zimnym, tylko to ramię cieplejsze jest od bezpłciowej przestrzeni bogactwa, złoto jest takie zimne, opary perfum trujące, diamenty kaleczą palce, wszystko jest puste. Tylko to ramię. Tylko te palce na ramieniu zaciśnięte, to może, czy, to, może jest prawdziwe? Po tak długim czasie widzieć w nim człowieka, na prawdę?
Drzwi trzeszczą, ktoś wchodzi, Ernest popycha, a ona dalej tam, w tej koszulce, w pułapce swoich powiek, popycha, prawie bezwładnie reaguje na ten mobilizujący gest dając się niemal z tego zlewu zepchnąć na ryj, jeszcze tylko chwilę, bo jest dobrze, cicho jest i cieplej, zaczekaj, ale nie. Noga odrywa się od ziemi by zbudować balans, wstaje Irinchik i tak pchnięto-ciągnięta wychodzi tam, gdziekolwiek ją Onegin prowadzi, przez kolejne drzwi skrzypiące, by zatrzymać się we wcale nie obcej przestrzeni w której pralka robiła z bluzy ogrodnika jakiś kubraczek dla karła. Nie prać w wysokich temperaturach, gdyby przeczytała metkę to by wiedziała. Splata dłonie na piersi, lekko przygarbiona, przygląda z niesamowitą uwagą jak bęben pralki wiruje kawałkiem materiału w mętnej od tanich detergentów wodzie.
I co teraz.
Głupio trochę. Z tym przepraszam wyjebała jak dzik w sosnę, Ernest jak zawsze nie mówi dużo, znaczy nic, może za dwa tygodnie coś o tym szejku, tej pralni i tym przeklętym przepraszam wspomni, chuj wie. Może nie, może nigdy, może on zadzwonił z dupy bo mu się nudziło i ona z tą pralnią wyskoczyła jak kretynka, bo wszyscy przecież zawsze robią to, czego od nich oczekuje. Królowa Gwiazda, Galaktyka, Andromeda. Powoli podnosi rękę z szejkiem, żeby pociągnąć łyk, dwa, siorbie z denka spienioną resztkę i znów cicho jest tylko ten wirnik pralki i bulgot odpływu przyjmującego z gumowej rury zabarwioną wodę. Nigdy nie musieli dużo rozmawiać, więc po co teraz na siłę ubierać w słowa myśli i uczucia. To było trudne, ale stało się. Mógł wiedzieć, albo i nie, jakie to wyzwanie. Mógł doceniać, albo i nie, ten wysiłek. Mogło to mieć kolosalne znaczenie, albo być pyłem na pergaminie dzisiejszego grafiku. Na pewne koleje rzeczy w życiu mamy wpływ, inne toczą się swoim torem, zazwyczaj się kręcimy jak ta bluza zmemłana, szybciej, jak przy suszeniu, aż się człowiek zrzyga sam sobą, a co wyjdzie z tej pralki i czy będzie to zdatne do użytku...
Czy ona na prawdę właśnie poświęciła chwilę, by porównać swoje życie do programu prania z wirowaniem?
- Zjadłabym cos. - mówi do pralki w sumie, ale wiadomo - Jest taka knajpka, robią tam placki. Zawsze wiedzą co chcę i nie maja pojecia kim jestem. To w mugolskiej dzielnicy.
Wrzuca Irina pusty kubek do kosza, to chyba kosz na pranie, ale no nie wygląda jakby się specjalnie przejmowała takimi drobiazgami otoczenia. Zgarnia z twarzy poczochrane włosy, pachną trochę szarym mydłem i lawendą, palcem w oku dłubie, na Ernesta zerka. Tośmy mieli moment, chłopak. A teraz wiesz co? Postoimy, popatrzymy się na pralkę i chuj wie. Rękę wyciąga jeszcze, chodź, chociaż za rękę mnie potrzymaj, taki spektakl panie w napięciu trzymający, że chociaż za rękę możesz mnie złapać. Będzie raźniej.
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Zachód słońca 20:20, Zmierzch 21:01 (E. Onegin, I. Landau, Moskwa, Maj 1999)   
Powrót do góry Go down
 
Zachód słońca 20:20, Zmierzch 21:01 (E. Onegin, I. Landau, Moskwa, Maj 1999)
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1


Skocz do: