Навигация

Reva Bukharina {buduję}
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  



 

 Reva Bukharina {buduję}

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 

PisanieReva Bukharina {buduję}   Sro 17 Sty 2018, 16:52
Меня зовут
Reva Bukharina
(née Sargasyan)



DATA URODZENIA: 15-09-1948 / NAZWISKO MATKI: Janashvili / WIEK: 51 lat
MIEJSCE ZAMIESZKANIA: Moskwa, Rosja / STATUS KRWI: czysta
STAN MAJĄTKOWY: na waciki starcza / ZAWÓD: genetyczka i biolog eksperymentalny magicznych stworzeń; współwłaścicielka rezerwatu Khan Shatyr; wykładowca magizoologii / KORGORUSZ: chimera


ALCHEMIA: 30 / FAUNA I FLORA: 30 / LECZNICTWO: 5 / MAGIA KREATYWNA: 5
MAGIA ZAKAZANA: 30 / OKULTYZM: 5 / SIŁA: 5 / TRANSFIGURACJA: 5
WIEDZA MAGICZNA: 15 / ZAKLĘCIA I UROKI: 25 / SZCZĘŚCIE: 3 / TALENT: 2



Metoda makroiniekcji.

By zmodyfikować kolor oczu człowieka, należy manipulować dwoma głównymi i dziesiątkami pomniejszych genów.
By zmodyfikować właściwości płatków róży, wystarczy zmanipulować jeden.

Lubię róże. Lubię świadomość, że róża ma kolce. Lubię hipotezę, że to kolce mają róże. Kolce mają róże. To istotne.
To bardzo istotne.
Róże dla jego żony zawsze były purpurowe – on nazywał to przypadkiem, ja celowym działaniem, wyzutą ze słów, traktowaną osobiście potwarzą. W herbie rodziny Sargasyan widnieje purpurowa róża; symbol kwiatów, które pielęgnowaliśmy przez setki lat i które po dziś dzień kwitną w waszych ogrodach. Symbol krwi, którą  musieliśmy przelać, by zdobyć i utrzymać władzę w Armenii.
Tymczasem on kupował purpurowe róże żonie; zawsze były obwiązane kremową wstążką, zawsze z białą kopertą, którą wsuwał między kwiaty. Kiedyś trzymałam ją w dłoniach – Aram leżał w sypialni i palił papierosa, wycieńczony tym, czemu oddawaliśmy się przed momentem, a ja stałam naga w salonie przy bukiecie purpurowych róż dla jego żony i zaciskałam w palcach kopertę, w której wiły się słowa mogące mnie jedynie zranić. Musiałam odwrócić się od stołu, aby nie patrzeć na kwiaty, i trwałam w tym żałosnym bezruchu odwrócona plecami do okna, naga, drżąc z zimna i wściekłości, i z poniżenia, i z politowania nad sobą, czekając, aż opuści mnie drżenie. Byleby on niczego nie zauważył.

Kiedy czytał, miał ten przykry nawyk zwilżania palców śliną – najpierw muskał językiem opuszek wskazującego palca, później przewracał stronę. To bardzo nierozsądne, nie tylko dla książek, które źle znoszą podobne traktowanie.
To bardzo nierozsądne w przypadku, gdy łamiesz serce jakiemukolwiek Sargasyanowi.
W końcu nikt nie zna się na kwiatach tak, jak my.
Przez sześć dni umierał nieświadomie. Po cichu. Żadnej krwi, żadnych śladów przemocy. Lubię wyobrażać sobie, że siódmego dnia – w dzień boskiego urlopu od stworzenia – wąska, rubinowa strużka z mozołem przedzierała się przez delikatny ślad ciemnego zarostu tuż pod jego nosem. Jedna z gęstych kropel krwi zdołała skapnąć na koszulę, kolejna właśnie docierała do ust, podkreślając bladość rozciągniętych w uśmiechu warg.
Być może tuż przed śmiercią zdążył wykrztusić Reva, jakby moje imię było trucizną. To niesprawiedliwe – sam był sobie winien.
Nie powinien dotykać kwiatów.


Spotkaliśmy się w nieprawdopodobieństwie.

Zaczęłam kochać go za detale; za tysiące szczegółów, które cudem składały się w trwałą, spójną całość – w konstrukcję ze zmazą i skazą, pełną błędów, niedociągnięć, wad i sprzeczności, paradoksalnie sprawiających, że był niepowtarzalny. Właściwy. Dokładnie taki, jaki miał być.
Kiedy pomiędzy jego brwiami pojawiały się dwie podłużne zmarszczki irytacji – zawsze dwie i zawsze podłużne; w ostatnich latach znacznie się pogłębiły, odciskając piętno czasu na twarzy, która w moich oczach wiecznie będzie młoda – po prostu całowałam go w to miejsce na skroni, gdzie ciemne włosy zespalają się z ciepłą skórą. Tym właśnie był dla mnie Evgeniy – moją najudatniejszą chimerą.
Moją skomplikowaną, nieprzewidywalną, niebezpieczną bestią.
Kiedy zasypiał, jego ciało przypominało duży pagórek usypany na łóżku, stały element domowego landszaftu, do tego stopnia zespolony z jego glebą, że czasami wyczekiwałam niecierpliwie, aż na ramieniu mojego męża zakwitnie kwiat paproci lub aż niecierpliwa, nasycana jego siłą roślinka wciśnie nam łodyżkę między usta przy porannym pocałunku – równie naturalnym i niezbędnym, co kubek gorącej kawy. Byliśmy szczęśliwi szczęściem tego typu, które wyłania się z chaosu pustych fiolek, na wpół opróżnionych butelek, nielegalnych broszur i zakazanych książek z rozpękniętymi grzbietami; szczęśliwi szczęściem szlafroków przerzuconych przez oparcia wysokich foteli, pościeli splątanej jak zwinięty bazyliszek i przedpokoju, który nie może się doczekać malowania.
Szczęśliwi szczęściem ludzi zespolonych żarem dwóch pożądań: miłości i rewolucyjnej idei.
Powrót do góry Go down
 
Reva Bukharina {buduję}
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1


Skocz do: