Навигация

Uśmiechnij się, Ben! [ Claire Annesley, Ben Watts | maj 1983 ]
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  




 

 Uśmiechnij się, Ben! [ Claire Annesley, Ben Watts | maj 1983 ]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
avatar

Galway, Irlandia

28

wieszczy

czysta

neutralny

oficer szkoleniowy Batalionu Specjalnego, specjalista ds. współpracy międzynarodowej
http://petersburg.forum.st/t1965-claire-annesley#10381 http://petersburg.forum.st/t1967-claire-annesley#10382 http://petersburg.forum.st/t1994-klara#10722 http://petersburg.forum.st/t1995-cerridwen#10723
PisanieUśmiechnij się, Ben! [ Claire Annesley, Ben Watts | maj 1983 ]   Wto 11 Wrz 2018, 22:00
Szkoła Magii i Czarodziejstwa Hogwart
14 V 1983
Claire Annesley, Ben Watts

Miała jedenaście lat i już się nie wstydziła. Rozpoczynając naukę w Hogwarcie była zestresowana bardziej niż ustawa przewidywała a policzki miała czerwieńsze niż najbardziej dorodne buraki pani Annabelle, jąkała się też wtedy tak bardzo, że nie była w stanie wydukać własnego nazwiska i odpowiadać na pytania Tiary teraz jednak, gdy od tego dnia minęło już solidne osiem miesięcy, nie czuła się aż taką sierotą. Daleka była od stwierdzenia, że początki były proste - będąc tak skrajnym introwertykiem nie była w stanie zliczyć nocy, podczas których niczego nie chciała bardziej, jak wrócić do domu, do Rudej Annie w Turloughmore - z pełnym samozadowoleniem musiała jednak stwierdzić, że poradziła sobie z tym całkiem nieźle. Z tym, czyli ze szkołą, w której musiała się zaaklimatyzować oraz ze znajomymi, których musiała zdobyć. I teraz, po tych kilku miesiącach, nie wstydziła się i nie bała.
Z cichym westchnieniem rozłożyła się na wysuniętym wgłąb przyszkolnego jeziora molo, dając sobie z pokój z eleganckim przycupnięciem, jakiego oczekiwano po dorastających dziewczynkach. Pogrążona we wspominkach i sentymentalnej analizie minionych miesięcy Claire Annesley niewątpliwie była dziewczynką, bezsprzecznie również dorastającą, trudno było jej jednak spełniać wiązane z tym oczekiwania. W spódnicach chodziło jej się trudno, zakrytości kolan też pilnowało jej się szalenie ciężko, podobnie jak dbało o czystość białych koszul, niezdzieranie kolan i nienadrywanie mundurka podczas szalonych gonitw przez zarośla. Claire Annesley zawsze znacznie bliżej było bowiem do chłopaka i biologiczne niezgodności w tym temacie niewiele miały do powiedzenia.
Teraz, rozprostowując plecy na wilgotnym drewnie, Klara nie dbała ani o białą koszulę, ani o to, że spódniczka podciągnęła się nieco i odsłoniła nieprzyzwoicie blade kolana. Teraz, gdy wakacje zbliżały się wielkimi krokami, a ona niewątpliwie z sukcesem kończyła ten szalony, pierwszy rok, uznała, że należy jej się trochę swobody. Aż dotąd naprawdę starała się zachowywać dobrze, przykładnie, ratując w ten sposób godność Annesley'ów, tak bardzo szarganą przez jej starszych, bliźniaczych braci. Teraz jednak chciała - i, jej zdaniem, mogła od tego odpocząć. W końcu i tak już za chwilę, parę chwil wracali do domu.
Pozwoliła więc sobie na odprężenie, stopniowo postępujące rozleniwienie kuszące ją wizją nieskrępowanej obserwacji przepływających nad głową chmur i, być może, krótkiej drzemki na świeżym powietrzu. Zsuwając buty, wyciągnęła nóżki poza molo i zamachała nimi nad taflą wody wzdychając głęboko, pełną piersią.
A potem zauważyła kogoś znajomego i nim się zorientowała, darła się już w kierunku przechodzącego Krukona, dobrze wiedząc, jak bardzo zrujnuje mu tym dzień, a może nawet życie. Bo wiecie, Ben Watts był taki ponury, taki mroczny i taki ponad nastoletnią codzienność. Nie śmiał się, nie żartował i nie robił głupot, za to doskonale patrzył z politowaniem na wszystkich poniżej swego trzynastoletniego ego. Claire nie była nawet pewna, czy on w ogóle z kimkolwiek rozmawia - wprawdzie jedna z jej znajomych Krukonek zarzekała się, że tak, że słyszała na własne uszy, jak dyskutował z kolegą po zajęciach z zielarstwa, mimo tego Annesley nie była pewna, czy powinna dawać jej wiarę. I właśnie dlatego się darła, bo chyba najwyższy czas pewne szkolne legendy sprawdzić osobiście.
- Ej! Ej, ty! Watts!
Nie przeszło jej przez myśl, że zachowuje się dziwnie. Nie uwzględniała tego, jak może wyglądać z boku, gdy nie podniosła się wprawdzie z molo, ale jednak wsparła trochę na łokciu i wymachiwała dziko ręką do chłopaka, z którym w ciągu minionych miesięcy zamieniła może dwa, trzy słowa - głównie na zasadzie przepraszam, mógłbyś mi podać ten żabie oczy? na eliksirach. W ogóle się nad tym nie zastanawiała.
Miała jedenaście lat i nie wstydziła się zagadywać do innych.
Powrót do góry Go down
avatar


Oban, Szkocja

29

czysta

neutralny

psycholog służb bezpieczeństwa, próbuje być dyplomatą, szpieguje
http://petersburg.forum.st/t1968-ben-watts http://petersburg.forum.st/t1972-ben-watts#10463 http://petersburg.forum.st/t1973-ben#10465 http://petersburg.forum.st/t1974-sigyn#10467
PisanieRe: Uśmiechnij się, Ben! [ Claire Annesley, Ben Watts | maj 1983 ]   Sro 12 Wrz 2018, 21:09
Z którejkolwiek perspektywy by na to nie spojrzeć, Ben nigdy nie zaliczał się do grona, któremu można by przypiąć łatkę „standardowych” najpierw dzieciaków, a ostatnio już nastolatków. Z czego należałoby wspomnieć był szalenie dumny, dorastanie wiązało się przecież ze zdobywaniem kolejnych doświadczeń, a to przekładało się przecież na wzrost wskaźnika mądrości. To było właśnie to, co imponowało najmłodszemu Wattsowi najbardziej – mieszanka inteligencji, wiedzy, jasnego umysłu, myślenia poza schematem oraz ciętego języka. Wygórowane oczekiwania? Z pewnością, nie trzeba było się specjalnie przykładać, by zauważyć, że w orbicie blondyna nie pojawiało się wiele osób, a i on sam niezbyt namiętnie szukał towarzystwa. Nie ganiał się po błoniach z większością męskiej części swojego rocznika i otwarcie gardził lataniem na miotle, co szybko przyprawiło mu łatkę gbura i osoby, do której lepiej nie było zagadywać, jeśli nie było się gotowym zostać zmierzonym chłodnym spojrzeniem. Idąc korytarzami zamku z zajęć na zajęcia doskonale słyszał nie tak subtelne szepty – odruchowo prostował wtedy plecy, jak uparcie wpajał mu dziadek, zaciskając mocniej dłoń na pasku torby przewieszonej przez ramię. Pierwszego roku, tuż po przyjeździe i założeniu niebieskich szat, nic z tego mu nie przeszkadzało. Ani wyraźne odsunięcie, ani komentarze, ba! Z przejęciem zadzierał nosa i cieszył się ze swojej odmienności, a łatka burzowej chmury przylgnęła, przylepiła się obejmując Bena czule jak matka. Teraz, gdy jakiś czas temu doszedł do wniosku, że może dobrze byłoby nieco zmienić podejście, porozmawiać z kimś na – ugh – trywialne tematy, odnajdował się w nieprzyjemnej sytuacji. Oblepiony swoją łatką, niezdolny do chociaż drobnej zmiany, która mogłaby zasygnalizować, że hej, ucywilizował się nieco i czy może ktoś przyjąłby go do swojego kółka wzajemnej adoracji? Nic z tego. Mięśnie twarzy utrzymujące na niej jakby wiecznie zirytowany wyraz nie chciały drgnąć. Zostawały książki, odwiedziny w sowiarni u Sofii, nieregularna korespondencja z rodziną i rzadkie, z reguły krótkie dyskusje na tematy zadań domowych i projektów.
Co tu dużo mówić, Ben czuł się wyobcowany, ale starannie to ukrywał, trzymając się zimnej fasady. Tak na początku wybrał swoim zachowaniem, musiał teraz przełknąć piwo, którego sam nawarzył. Na tym przecież polegała odpowiedzialność?
Tak czy inaczej, Watts nie unikał miejsc, w których przebywali ludzie, nie widząc dobrej argumentacji na alternatywę samotnego siedzenia w wieży – dopóki nikt nie darł się jak zarzynane prosię wyraźnie zakłócając spokój, nie było powodu, by nie miał korzystać z tego wszystkiego co inni, nawet jeśli w pojedynkę. Wychodzenie na błonia i przesiadywanie na ciepłej trawie może stanowiło marną namiastkę wycieczek po norweskich lasach, ale było. Było na zewnątrz, pachniało naturą i grzało leniwie w kark, otwierając w głowie nastolatka tamy przytrzymujące uczucie spokoju.
Nagły krzyk w pierwszej chwili nie zarejestrował się. Przeleciał gdzieś obok jak jeden z tysięcy innych dźwięków nieprzeznaczonych dla niego, kolejna urwana melodia o znikomej istotności. A potem coś kliknęło, pordzewiała zębatka wskoczyła na miejsce, a ciało zatrzymało się w pół kroku, z cieniem niedowierzania kierując wzrok na źródło dźwięku. Źródło, które okazało się ledwie pisklakiem o rudej grzywie wylegującym się na molo, jak karykatura syrenki z mugolskiej bajki. Uch. Może jednak ta jego samotność nie była taka zła?
Ben zmarszczył brwi, gotów nie zaszczycić dziewczęcia odpowiedzią i zwyczajnie odejść powiewając złowrogo szatą jak cholerny lodowy książę niewzruszony wyciąganą ręką, ale zastanawiałby się później. Czy na pewno zrobił dobrze? Może powód, dla którego go wołała nie był wcale taki zły? Niewiedza prędzej czy później doprowadziłaby Wattsa do szału, a wtedy musiałby znaleźć tego niepokornego rudzielca w tłumie innych uczniów i jeśli trzeba siłą wytrząsłby z niej odpowiedź, co planowała zrobić. Nadymając nieco policzek i wypuszczając zaraz powietrze w geście wyraźnie wyrażającym zniecierpliwienie, chłopak zrobił krok, a potem drugi, trzeci i kolejne, aż deski molo zastukały mu pod butami, a wyłożona nieelegancko sylwetka znalazła się niepokojąco blisko. Wsunął dłonie do kieszeni.
- Chciałaś czegoś?
Powrót do góry Go down
avatar

Galway, Irlandia

28

wieszczy

czysta

neutralny

oficer szkoleniowy Batalionu Specjalnego, specjalista ds. współpracy międzynarodowej
http://petersburg.forum.st/t1965-claire-annesley#10381 http://petersburg.forum.st/t1967-claire-annesley#10382 http://petersburg.forum.st/t1994-klara#10722 http://petersburg.forum.st/t1995-cerridwen#10723
PisanieRe: Uśmiechnij się, Ben! [ Claire Annesley, Ben Watts | maj 1983 ]   Sro 12 Wrz 2018, 22:39
Klara była stworzeniem do bólu prostym w obyciu - ale nie w ten zły sposób, ten niefajny, mający obejmować braki w inteligencji czy nieokrzesanie. Annesley nie była prosta w taki sposób, nie. Prosta była jej otwartość, ufność i, niestety, również naiwność, z jaką szła przez życie. Jej wstydliwość i nieśmiałość - często do bólu skrajna - ale też empatia i czułość. Proste było w niej wszystko to, co sprawiło, że Tiara nadała jej żółte barwy Hufflepuffu i popchnęło ją teraz do odezwania się. Odezwania się do kogoś, kto z dużą dozą prawdopodobieństwa wcale sobie nie życzył, by się do niego odzywać.
Claire nigdy tak naprawdę Bena się nie bała. Nie była wprawdzie zupełnie obojętna na jego zimną, wyrachowaną pozę, ale - no właśnie, dostrzegała, że to poza. A przynajmniej tak jej się wydawało, że właśnie to widzi. Jakieś udawanie, maskę, którą chłopak zakłada, bo... Cóż, tego nie wiedziała. Nie miała pojęcia, dlaczego Watts miałby chcieć ukrywać coś pod takim schematem zachowań, ale sądziła, że to właśnie robi. Nie znała go wprawdzie, w szkole nikt chyba tak naprawdę go nie znał - może poza Timem, jednym z tych Krukonów, do którego wzdychało pół szkoły, a który w towarzystwie Bena pojawiał się statystycznie nieco częściej niż pozostali - ale coś, intuicja, szósty zmysł czy cokolwiek innego, coś kazało jej podejrzewać, że Szkot nie jest takim, na jakiego się kreuje. Nie miała zbyt solidnych podstaw, by tak uważać, mimo to tak uważała.
Może po prostu nie potrafiła zrozumieć, dlaczego dziecko - miała jedenaście lat, ale tak, wciąż uważała, że i ona, i jej rówieśnicy, i ci starsi o rok jak Ben również, są dziećmi - miałoby być takie. Takie. Zimne i wyrachowane. To przecież nie było naturalne, prawda?
Tak czy inaczej, nie bała się. Niepokoiła może trochę - bo i kogo nie niepokoiłby ten skrajny, na siłę narzucany dystans, ta arogancja czasem i oschłość? - ale nie bała. I nie czuła się odepchnięta. To, że dotąd nie próbowała zdobyć sympatii Krukona nie było skutkiem niechęci do zbliżania się do niego ani jakichś innych, wewnętrznych oporów, nie. Po prostu dotąd nie było okazji, potrzeby, jakiegoś motywu, który miałby wykrzesać z niej wcześniej inicjatywę. Inaczej by to wyglądało, gdyby byli w jednym domu. Inaczej by to wyglądało, gdyby byli z tego samego roku i, tym samym, mieli więcej wspólnych zajęć. Ani ona nie była w Ravenclawie, ani Ben nie był pierwszorocznym, stąd ich ścieżki nie przecinały się tak często, by miała uznać, że musi mieć Wattsa za bardziej znajomego. Zresztą - jakie uznać? To przecież nawet nie była świadoma decyzja, że nie, nie ma po co się do niego zbliżać, podobnie jak nie było niczego świadomego, żadnego konkretnego planu w tym, że teraz jednak zagadała. Po prostu tak wyszło. Po prostu tak było naturalnie.
Claire Annesley była prosta w obejściu i tylko dlatego mogła zawołać, a potem zadrzeć głowę i, poza tym zupełnie nie zmieniając pozycji, wypalić rozkosznie bezpośrednio:
- Uśmiechu. Twojego.
To był najtańszy możliwy podryw, ale Claire nawet do głowy to nie przyszło. Ona nie myślała o podrywach. Nie zaczytywała się w gazetkach dla nastolatków radzących, jak sprawić, by cycki wyglądały na większe i jakie teatralne gesty sprawią, że ON się zainteresuje. Nie, rudowłosa panna Annesley była dzieckiem, cudownie niedojrzałym jeszcze, radosnym dzieckiem. Uganiała się po polach zamiast dyskutować o kolorach lakierów do paznokci, spadała z grzbietu koni z rodzinnej stajni podczas gdy jej koleżanki szeptały namiętnie kolejne zestawy plotek o tym czy tamtym chłopaku, tej czy tamtej dziewczynie. Klara zdzierała kolana i łokcie, gdy inne dobierały sukieneczki i wskakiwała w ubraniach na bombę do jeziora, zakładając się z kolegami, że to zrobi.
Claire Annesley zupełnie nie zdawała sobie sprawy, jak zabrzmiały jej słowa, bo naprawdę nie w głowie jej były wszystkie te aspekty młodości, które relacje z kolegami stawiały w innym świetle niż zwykłej przyjaźni czy braterstwa. A dlatego, że nie rozumiała dwuznaczności, jaką ktoś mógłby dostrzec, mogła kontynuować niewzruszona, wciąż spoglądając na Bena z dołu - bardzo niskiego dołu, bo chłopak już teraz zaczynał rosnąć aż nazbyt szybko, a ona z kolei już w tej chwili przestała się zapowiadać na szczególnie wysoką. To, że rozkładała się rozleniwiona na molo tylko powiększało te różnice.
- Jeśli usiądziesz obok to spadnie ci z głowy korona czy to nie będzie jeszcze taka skala dramatu? - zapytała więc jak gdyby nigdy nic, beztrosko, bez choćby najmniejszej nuty arogancji, oschłości czy ataku. Annesley nie zamierzała wbijać Benowi szpili. Po prostu pytała, ze zwyczajnym dla siebie poziomem humoru i łagodnej, nieofensywnej jednak ironii.
Powrót do góry Go down
avatar


Oban, Szkocja

29

czysta

neutralny

psycholog służb bezpieczeństwa, próbuje być dyplomatą, szpieguje
http://petersburg.forum.st/t1968-ben-watts http://petersburg.forum.st/t1972-ben-watts#10463 http://petersburg.forum.st/t1973-ben#10465 http://petersburg.forum.st/t1974-sigyn#10467
PisanieRe: Uśmiechnij się, Ben! [ Claire Annesley, Ben Watts | maj 1983 ]   Nie 16 Wrz 2018, 14:24
Niektóre sytuacja winny nieść ze sobą znamiona niezwykłości, zwiastuny wielkich życiowych zmian, by nieco ułatwić zrozumieniem osobom co mniej wrażliwym na subtelności. Czy gdyby na postać Claire spłynął nagle słup światła, w tle przeleciałoby stadko białych gołębi, a z niewiadomego źródła rozbrzmiała chóralna muzyka, do Bena dotarłoby że ma przed sobą szansę na zmianę swojego losu? Najpewniej nie, logika zapewne podsunęłaby, że ktoś robi sobie z niego żarty i powinien temu ktosiowi czy dwóm spuścić manto. Pewne osoby znajdują się po prostu poza grupą, którą możnaby jeszcze ocalić. Obudzić jakieś wyższe uczucia, rozdmuchać wrażliwość. Tylko czy na pewno, czy po prostu odnalezienie klucza do ich chłodnego pancerza zajmuje dużo więcej czasu?
Tak czy inaczej, młody Watts nijak nie wyłapywał możliwej szansy ani nie pędził w stronę dziewczyny w radosnych podskokach, bo i z jakiej racji? Nie znał jej, nie wiedział, czego się spodziewać, a póki tego nie przetestował, nie poprzyglądał się zachowaniom i schematom, w jakich się wyrażała, nie zamierzał wykazywać większego entuzjazmu, czy entuzjazmu w ogóle. Mógł być po prostu neutralny, czy nad wyraz uprzejmy jeśli zaszłaby taka potrzeba – w końcu dobrze go wychowano.
Podejmując decyzję, by jednak odpowiedzieć na wołanie i zbliżyć się, usilnie próbował skojarzyć rudzielca z jakąś konkretną sytuacją, przekopywał zakamarki pamięci w szalonym tempie, ale dzwonki niespecjalnie chciały gdzieś dzwonić. Nie wywołało to zaskoczenia, a raczej kolejne, ciche westchnienie. W zamku znajdowało się mnóstwo osób, zbyt wiele, by kojarzyć ich twarze czy sytuacje z korytarzy, w których mogły brać udział, gdy przechodził obok, a biorąc pod uwagę, że Szkot zwykle nie rozglądał się aż tak namiętnie na boki idąc w jakimś konkretnym kierunku... Cóż, byłby zdumiony gdyby powiązał dziewczynę z czymkolwiek. Zatrzymując się na molo w odległości może kroku czy dwóch od rudej głowy, odezwał się dokładnie tak, jak miał w zwyczaju – konkretnie, prosto do sedna, bez specjalnych uczuć zabarwiających głos. Zwykle nie chciał w ten sposób sprawiać wrażenia, że ktoś go irytuje czy nie interesuje, taki po prostu był. Lubił konkrety.
Gdyby ktoś go o to zapytał, Ben zapewne odpowiedziałby, że nie wie, czego powinien się spodziewać po całej tej sytuacji, że nie ma najmniejszego pojęcia do jakiego wyniku doprowadzi ich rozmowa. Ale tego, TEGO, to akurat nie spodziewałby się w najśmielszych snach.
Para jasnych brwi uniosła się wyraźnie do góry, podobnie jak krukońska głowa, gdy jej zmieszany właściciel niezbyt subtelnie rozejrzał się na boki. Szukał kogoś, kto mógłby się im przyglądać, choć jego uwaga została ponownie ściągnięta ku leżącemu dziewczęciu, gdy ta ni to zaproponowała, ni to zasugerowała by zajął miejsce obok niej. Co do jasnej...? Zanim do końca zarejestrował własny ruch, Watts przysiadł na nagrzanych deskach, ani za blisko ani za daleko, mniej więcej na wyciągnięcie ręki, bokiem do rudzielca.
- To jakiś zakład? – spytał, świadomie starając się, by nie zabrzmieć, jakby o coś oskarżał. Zerkając jeszcze to na brzeg i błonia, to na błyszczącą w słońcu taflę jeziora, w końcu przeniósł wzrok na wyłożone obok stworzenie.
Powrót do góry Go down
avatar

Galway, Irlandia

28

wieszczy

czysta

neutralny

oficer szkoleniowy Batalionu Specjalnego, specjalista ds. współpracy międzynarodowej
http://petersburg.forum.st/t1965-claire-annesley#10381 http://petersburg.forum.st/t1967-claire-annesley#10382 http://petersburg.forum.st/t1994-klara#10722 http://petersburg.forum.st/t1995-cerridwen#10723
PisanieRe: Uśmiechnij się, Ben! [ Claire Annesley, Ben Watts | maj 1983 ]   Yesterday at 18:15
Claire nie zdobywała znajomych łatwo. Wprawdzie porównując ją z Benem można było dojść do zupełnie innych wniosków - takich, że Annesley to w zasadzie dusza towarzystwa, a wianuszek kolegów i koleżanek tworzy jej się niemal sam - ale prawda była taka, że rudowłosa Irlandka była chorobliwie wręcz nieśmiała. Mało kto by ją o to posądził, bo i nie było tak, że dziewczynka zamykała się w pokoju i spędzała w nim całe dnie - nie, Klara uczestniczyła nie tylko w zajęciach, ale także wszelkich innych aktywnościach szkolnych, w większości przypadków mając u boku grupkę rozchichotanych rówieśnic. Mało kto wiedział, że równie szeroko uśmiechnięta wtedy Annesley gdzieś w środku umiera z nerwów. Oczywiście, to się zmieniało. Po pokonaniu pierwszych lodów i zbliżeniu się do kogoś o te parę kroków Claire przestawała się bać, stopniowo, wraz z ewolucją relacji, poszerzając swoją strefę komfortu i uwzględniając w niej także czyjeś towarzystwo. Tylko, że jak dotąd nie objęło to Wattsa.
To, że w ogóle się do niego odezwała nie było skutkiem ani odwagi, ani też diametralnej zmiany charakteru. Claire nie pozbyła się społecznych lęków - nie, ona po prostu nauczyła się z nimi żyć. Nie miała wyjścia, prawda? Będąc człowiekiem, była zmuszona żyć wśród innych ludzi. Najpierw rosnąć, potem uczyć się, wreszcie pracować i finalnie umierać - to wszystko musiała robić wśród innych, w człowieczym stadzie. Tak po prostu było. Skoro więc nie mogła tego uniknąć, musiała się oswoić. Nauczyć się po prostu egzystować ze swymi lękami, skoro nie potrafiła się ich pozbyć.
Teraz potrafiła wyglądać na w pełni zrelaksowaną i nie wzbudzać żadnych podejrzeń, podczas gdy jej serce w jednej chwili wpadło w niespokojny rytm.
- Nie zakładam się - rzuciła w odpowiedzi na pytanie Krukona z nieudawanym oburzeniem. Spoglądając, jak Ben siada obok, w duchu zanotowała punkt dla siebie, nie przywiązując jednak do tego zbyt dużej wagi. - W każdym razie nie o... No, nie o takie rzeczy.
Po uściśleniu to rzeczywiście było prawdą - Klara nie zakładała się o coś, co miałoby obejmować manipulowanie innymi ludźmi czy żerowanie na ich uczuciach. Mogła podjąć wyzwanie sprowadzające się do ryzykownego przeskakiwania z drzewa na drzewo czy kąpania się zimną w zasłanym lodowymi krami jeziorze, ale nigdy w życiu nie uczyniłaby przedmiotem zakładu innego człowieka. Zakład, że uda ci się wmówić jej przyjaźń? Zakład, że go nie uwiedziesz? Claire w każdym z takich przypadków odmówiłaby - tak wtedy, w maju 1983 roku, jak i, jak miało się okazać, również wiele lat później.
- Chociaż, to może i mógłby być zakład - dodała jednak po chwili rezolutnie, spoglądając na Bena z uwagą. - Z samą sobą. Zakład, że Ben nie jest takim ostatnim bucem? - Uśmiechnęła się z rozbawieniem. Nie było jej zamiarem wbijać chłopakowi szpili, przynajmniej nie w znaczeniu skrajnie ofensywnym. Annesley była prostą dziewczyną. Dobrą i sympatyczną, a jej żarty w większości przypadków dokładnie nimi pozostawały. Żartami, bez żadnych mniej przyjemnych podtekstów.
- Wracasz na wakacje do domu? - zapytała po chwili jak gdyby nigdy nic, tak, jakby znali się od lat i jakby toczyli już niejedną taką rozmowę. Jakby byli znajomymi, a nie mijającymi się tylko na szkolnym korytarzu.
Claire Annesley była nieśmiała i miała wiele lęków, ale miała też coś, co kazało jej lgnąć do ludzi wbrew wewnętrznym obawom. I coś, co sprawiało, że ludzie lgnęli do niej.
Była Puchonką i, och, naprawdę, nie została nią z przypadku.
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Uśmiechnij się, Ben! [ Claire Annesley, Ben Watts | maj 1983 ]   
Powrót do góry Go down
 
Uśmiechnij się, Ben! [ Claire Annesley, Ben Watts | maj 1983 ]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1


Skocz do: