Навигация

Sklep „Złote Różdżki”
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  




 

 Sklep „Złote Różdżki”

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
avatar

PisanieSklep „Złote Różdżki”   Pią 03 Lut 2017, 15:54
Sklep „Złote Różdżki”

Wszyscy dobre wiedzą, że to właśnie rodzina Wrońskich zajmuje się tworzeniem najlepszych różdżek w całym kraju. Niektórzy śmią nawet twierdzić, iż są zdecydowani lepsi od Ollivanderów. Ich lokal oznaczony migającym szyldem „Złote Różdżki” znajduje się w sercu Petersburga i niezmiennie od wielu lat przyciąga klientelę z całego świata. Nie jest bowiem tajemnicą, że Wrońscy w swojej ofercie mają wiele rzadko spotykanych i niemal niedostępnych rdzeni czy drewien, które umiejętnie wykorzystują przy tworzeniu różdżek. Cały lokal składa się z dwóch części: bogato urządzonego, choć niewielkiego sklepu i ogromnego zaplecza. Cechą charakterystyczną tego miejsca jest to, że prawie wszystko pokryte jest drewnem.

Powrót do góry Go down
avatar


Syrakuzy, Włochy

33 lata

błękitna

neutralny

czytam wasz los z gwiazd, kart i dłoni, odprawiam rytuały, widzę duchy, jestem pewnie najlepiej znaną ci wdową w Rosji
http://petersburg.forum.st/t914-hersilia-lavinia-sorokina-zd-caravaggio#2831 http://petersburg.forum.st/t918-hersilia-l-sorokina-caravaggio#2892 http://petersburg.forum.st/t919-wdowa-po-tym-sorokinie#2893 http://petersburg.forum.st/t920-caesar-golab-i#2894
PisanieRe: Sklep „Złote Różdżki”   Sro 23 Sie 2017, 21:58
Kwiaty stoją w wazonie w mojej (zawsze tylko mojej, nigdy małżeńskiej) sypialni, obok nich figurka. Nie wiem, z czego została wyrzeźbiona, bo nie znam się na drewnie, ale bardzo mi się podoba. Ma ciepły kolor, miodowy, który ładnie komponuje się z bielą goździków. Bielą. Chwilowe ukojenie od wszechobecnej czerni. Chwytam się bukietu i posążku jak tonący brzytwy, długo przed snem badam wszystkie drobne zmarszczki, wgłębienia, głębokie rysy. Nie może być mowy o żadnej pomyłce w kunszcie, gdy wiem, spod czyjej ręki wyszedł ten miniaturowy rumak. Długie, blade palce, blizna wzdłuż lewego kciuka, wyniośle mocny dotyk, arystokraty. Rzemieślnika.
Zrobił to dla mnie, dla mnie, dla mnie.
Powierzchnia figurki jest już niemal wyślizgana, a ja na pamięć znam równą fakturę drewna i każdy ślad dłuta, gdy stoję pod sklepem. Często tu kiedyś bywałam (pod jakimi pretekstami? Już nie pamiętam tych absurdów), ale to jeszcze zanim Irkuck nie złapał mnie w swoje zimne objęcia, zbyt zimne dla Włoszki, zbyt zimne dla żony. Ciągle chorowałam, więc przenieśliśmy się do Petersburga, jednak i tak bywaliśmy w naszych rosyjskich posiadłościach rzadko, dryfując raczej pomiędzy zagranicznymi hotelami, bo kontrakty, bo sława, bo tęskne kochanki. W takich chwilach przytulne wnętrze „Złotych różdżek” wydawało się być najbliżej definicji domu; jego drobną namiastką na nieswojej ziemi. Do dziś jest bardziej mojego męża niż moją, jedynie niebo uczyniłam swoje. Ze wszystkimi konstelacjami rysującymi się pod moją skórą, przelotami ptaków, wolą bogów zapisaną między chmurami. Niebo zawsze jest to samo. Co za szczęście.
Wchodzę do środka i jak zwykle wita mnie drewno: drewno tu, drewno tam, drewniana boazeria, drewniany parkiet. Stukot moich obcasów wydaje się za głośny, nie pasuje do tego miejsca.
Ani do niego. Do niego pasowałaby tylko cisza.
A mimo to jestem tutaj – chodzący hałas, metr sześćdziesiąt włoskiej krzykliwości, tym razem incognito. Podnoszę czarną, gęstą woalkę właściwą wdówce i niemal biegnę do tej lady jak po zbawienie. Opieram się o nią łokciami i wyginam czerwone (jak tango) wargi (pomalowałam je dziś tylko dla niego, zauważy?) w uśmiechu, którego nie umiem powstrzymać. Czemu zresztą miałabym? Nigdy nie pasowała mi ta sztywna, rosyjska etykieta, więc uparcie ją ignoruję. Jak i liczne sygnały Westy (niech jej imię będzie chwalone na wieki), że mnie potępiła na zawsze i takie tam.
Oj, Miruś, Mireczek, Miroksino, cuoricino moje — cmokam. Żadnego „dzień dobry”, „witam”, „ile to już się nie widzieliśmy? Rok?”, nawet „Niedamir” go nie nazwę. To by było oficjalne, ładne, ale czy by mu się spodobało? — Ale ty mnie znasz! Goździki lubię najbardziej, trafiłeś! I białe, skurczybyku, wróżbitą jesteś?
Powrót do góry Go down
avatar


Kaliningrad, Rosja

34 lata

błękitna

za Starszyzną

różdżkarz
http://petersburg.forum.st/t913-niedamir-wronski#2828 http://petersburg.forum.st/t917-niedamir-m-wronski#2891 http://petersburg.forum.st/t921-nie-pozwol-mi-spac#2896 http://petersburg.forum.st/t922-hibiskus#2898
PisanieRe: Sklep „Złote Różdżki”   Pią 25 Sie 2017, 15:20
Życie sprawiło, że nigdy nie rozłożyłem skrzydeł, zawsze byłem gdzieś przy ziemi. Nawet, gdy wzbijałem się w powietrze na miotle, gdy graliśmy w Quidditcha, zawsze miałem pod sobą drewno, miotłę z warsztatu wuja Gardomira. Najlepiej czuję się na ziemi, gdy mam pod sobą swoje korzenie, gdy ciężko mnie wyrwać, a łatwo przywiązać. Nie lubię podróży, mam na ziemi dwa swoje miejsca - Kaliningrad i Petersburg. Dalej na wschód, dalej na północ, zachód, południe - nie dam rady. Jestem smutnym okazem tego, że szybko można spotulnieć, skończyć w sklepie z różdżkami, wdychać żywicę zamiast perfum i być względnie szczęśliwym.
Gdyby się dobrze zastanowić - niewiele psuje mi mój kolorowy obrazek. Jest syn, jest praca, rodzina, religia. Są przyjaciele, pieniądze, zgoda i ona. Z włoskimi manierami, zbyt gorącymi na zimne powietrze Rosji, czerwony kleks na misternej rycinie. Nie, nie, nie. Ona nie psuje, nie może tego psuć, bo jest ozdobą, największą, jaką widziałem. Plama nie jest czerwona, jest rubinowa, jest klejnotem, płatkami róż, owocami cisu, ogniem, gorączką. Niszczy mój spokój i niech niszczy nadal. Gdy będę patrzeć na konsekwencję, zmienię się za rok w starego dziada i wtedy to Krzesimir będzie dokuczał mi, a nie na odwrót.
Za ciemną ladą, zrobioną oczywiście z wenge (dotarcie do tak drogiego drewna z odległej Afryki było dla mnie wyzwaniem, ale czego się nie robi dla sztuki), siedzę ja, w towarzystwie nieśmiertelnego, błękitnego, poszczerbionego kubka. Lubię go, mam sentyment, nie wyrzucę, choć mógłbym sobie kupić takich i milion. Jakieś dziesięć za różdżkę średniej jakości. W kubku - jak zwykle - zimna herbata koloru zaśniedziałego złota. Pod ladą "Rozmówki rosyjsko-włoskie", wydanie mugolskie, na wszelki wypadek. Czarodziejskiego nie było nigdzie, mam więc niewielki zeszycik z grafiką przedstawiającą Koloseum. Mam nadzieję, że nie zauważy.
Ręce mam zajęte, jak zawsze, bo dłuto ze stali damaceńskiej jest pierwszej jakości, a taką broń zużywam jedynie na trudnych przeciwników. Grab bywa, nie, jest nieugięty, bo tacy w domyśle mają być przedstawiciele prawa. Zamówienie dostałem od pana sędziego, jednak jak mogę myśleć o starym kliencie, gdy słyszę otwieranie drzwi, a później obcasy? Nie muszę podnosić oczu, choć i tak to robię, pełny zadowolenia, z uśmiechem tańczącym gdzieś na wąskich wargach. Oto przyszła.
- Ile to już się nie widzieliśmy? Rok? - wyręczam ją więc w rosyjskich manierach, wstaję, odkładam na półkę za sobą i drewno i dłuto. Nie patrzę na nią zbyt długo, choć cieszę się, cieszę cholernie, bo to wizyta równie wspaniała, co niespodziewana. Gdzie była? Co się z nią działo? Mogłem tylko zgadywać po okładkach gazet, bo słyszałem, wiedziałem tyle, co cała gawiedź tego narodu, że Sorokin (gadzina, tfu!) odłożył łyżkę w chwalebny sposób. Może to i lepiej?
Wycieram dłonie o fartuch.
- Come stai? - posyłam jej długie spojrzenie, bo gdy tak poważnie mężczyzna patrzy na kobietę, ta nie może wyśmiać jego koślawych prób mówienia po włosku. Nawet, jeżeli bardziej brzmi to jak mamrotanie dziecka. Mi zawsze mówili, że liczą się chęci. Wyprowadzisz mnie z błędu?
Powrót do góry Go down
avatar


Syrakuzy, Włochy

33 lata

błękitna

neutralny

czytam wasz los z gwiazd, kart i dłoni, odprawiam rytuały, widzę duchy, jestem pewnie najlepiej znaną ci wdową w Rosji
http://petersburg.forum.st/t914-hersilia-lavinia-sorokina-zd-caravaggio#2831 http://petersburg.forum.st/t918-hersilia-l-sorokina-caravaggio#2892 http://petersburg.forum.st/t919-wdowa-po-tym-sorokinie#2893 http://petersburg.forum.st/t920-caesar-golab-i#2894
PisanieRe: Sklep „Złote Różdżki”   Sro 30 Sie 2017, 16:11
Kubek jest, herbata jest, pewnie zimna, nigdy nie widziałam, by pił ciepłą. Dłuto, drewno, fartuch w kolorze nocnego nieba. Nic się jakby nie zmieniło, a mogło zmienić się wszystko przez rok. Dwanaście pełni, dwanaście horoskopów, wróżb o wiele więcej. Pytałam czasem kart, co u niego, czy nie choruje, czy Miłek rośnie zdrowo – chociaż mogłam poświęcić ten czas na napisanie listu. Z Peru. Kanady. Maroko, Hiszpanii, Danii, Białorusi. Ale ja nie daję rady, cyrylica jakoś krzywo wychodzi, nosi mnie, nosi, żeby mówić trochę zbyt głośno, machać rękami, spacerować po pokoju. Pisać pięknie nie umiem, zwłaszcza po rosyjsku. Mam nadzieję, że Niedamir mi wybaczy, bo tęskniłam, ach, tęskniłam szalenie. Gołąb nie jest żadnym wyznacznikiem mojego przywiązania.
Uśmiecham się z zadowoleniem, może trochę przepraszająco.
Rok będzie — przytakuję. — Całkiem szalony rok.
Ja się nie zmieniłam, ale zmieniły się dekoracje. Unoszę lewą dłoń (bez rękawiczki, co za nietakt) i macham lekko palcem serdecznym; przełożona obrączka. I moich sukienek w jaskrawych kolorach już nie ma. Może to i dobrze, kiedyś natknęłam się tu na tę młodszą Wrońską, blondynkę. Wyglądała tak, jakby była w stanie przedzawałowym, gdy zaprezentowałam się w tej dyniowej spódnicy.
W groszki.
Trochę mi już tych barw brakuje, ciągle tylko czerń i czerń, ale przeczekam. Nie obchodzi mnie opinia publiczna; nie męczyłabym się tak dla nich. To z szacunku. Tommaso był jaki był, ale wciąż pozostawał mężczyzną, który zapewnił mi życie, takie na poziomie, z krasnoludkami i bożątkami w domu, syberyjskimi futrami w szafie, diamentowymi koliami, wielkimi premierami na czerwonym dywanie. Czuję, że jestem mu winna ten hołd, jemu i jego rodzinie. Mojej niby też, ale nie umiem Sorokinów uznać za familię. Bliższe stosunki mam już z Wrońskimi, z Costantino. I z Niedamirem, co już mniej oczywiste.
Kiedyś chciałam, by to było bardziej wiadome. Przed ślubem jeszcze, stare mrzonki naiwnej Włoszki wyrwanej z sakralnego snu do twardej, rosyjskiej jawy.
Oj, no, no, no. — Kręcę głową na próby mówienia po włosku Mirka. To słodkie, że próbuje, ale wychodzi mu to jeszcze słabiutko. Wierzę jednak, że praktyka czyni mistrza. Dla mnie też liczą się chęci. — Mocniej akcent na „me”, o, tak: come stai.
Podźwigam się z kontuaru, o który stałam oparta, i przyglądam się ciekawie mojemu towarzyszowi.
Dobrze. Tak, dobrze, grazie. Życie wdówki jest męczące, ale może na ślub Costantino będę mogła już zdjąć żałobę. Słyszałeś, prawda? O Tommaso? — upewniam się, chociaż jestem niemal pewna, że słyszał. A nawet jeżeli nie, to przecież już pokazałam mu obrączkę, mam woalkę i te wszystkie rzeczy, które cechują wdowę. — Ci Rotolnicy czy jak im tam. To było takie niespodziewane… — wzdycham. Znudzona jestem tym wszystkim: naciskającą Starszyną, gazetami, które nie wiedzieć czemu postanowiły lukę po moim mężu zapełnić mną (nie jestem nawet artystką, nie rozumiem), ciszą w mojej petersburskiej rezydencji. Może powinnam zniknąć na jakiś czas? Nie, nie, zły pomysł, nawet podróże mnie już zmęczyły. Nie jest jednak bardzo źle, a szkoda marnować dzień na narzekanie.
A ty jak się czujesz? Interes, widzę, się kręci. O, i jak Miłek? Pewnie strasznie urósł, nie poznałabym go na ulicy. W tym roku będzie miał dwa lata? Trzy? Kupiłam mu prezent. — W Argentynie. Taka zabawka, miałam mu ją dać po powrocie do Rosji, ale wtedy od razu na głowę zwaliła mi się ta sprawa z teatrem i zapomniałam. Leżała gdzieś w moim kufrze, aż przekopała się przez sterty letnich sukienek na włoską modłę.
Lubię przywozić małemu drobne upominki z podróży. Może dlatego, że – jak Sorokinowie zdążyli mi przez ostatnie pół roku dobitnie wypomnieć – sama nie mam dzieci.
Opowiadaj mi wszystko ze szczegółami, co się u ciebie działo. — Kolejny uśmiech, taki z zębami, szeroki. Kiedyś mi mięśnie twarzy zwiędną.
Oby nie znalazł narzeczonej, oby nie znalazł narzeczonej, oby nie znalazł narzeczonej, proszęproszęproszę.
Powrót do góry Go down
avatar


Kaliningrad, Rosja

34 lata

błękitna

za Starszyzną

różdżkarz
http://petersburg.forum.st/t913-niedamir-wronski#2828 http://petersburg.forum.st/t917-niedamir-m-wronski#2891 http://petersburg.forum.st/t921-nie-pozwol-mi-spac#2896 http://petersburg.forum.st/t922-hibiskus#2898
PisanieRe: Sklep „Złote Różdżki”   Sob 02 Wrz 2017, 18:09
Do pewnego momentu w życiu każdego człowieka rok jest wyznacznikiem zmian o znaczeniu wręcz epokowym. Tak było w przypadku Radomiła - gdybyś go zobaczyła, moja droga Silio, nie poznałabyś go zupełnie. Biega tak szybko, że czasem trzeba się bardzo natrudzić, by uniemożliwić mu wbiegnięcie w kant jakiegoś mebla. Mówi coraz więcej (Bardzo żałuję, że nie byłaś wtedy, gdy pierwszy raz powiedział "tata". Chociaż z drugiej strony niezręcznie byłoby mi powstrzymywać przed tobą łzy), z Dionizym budują sobie zamki z piasku przy dobrej pogodzie, potrafią utrzymać nawet równowagę na koniu na biegunach. Ostatnio wynalazłem nawet dla niego ze strychu stare, drewniane klocki, którymi kiedyś sam się bawiłem i muszę ci powiedzieć, że nie było dziecka.
Przełykam cicho ślinę, a żyły na mojej szyi jakoś bardziej się wyróżniają, chcą pokazać się światu, tobie, twoim oczom, gdy pokazujesz mi wszystkie oznaki swojego owdowienia. Ostatnio dużo wdów mam wokół siebie, przecież nie minął nawet miesiąc odkąd Natalya również musiała swojego męża pożegnać. Przywykłem do jej czerni, ale twoja zupełnie mi nie pasuje. Jest jak rysa na lustrze, której chyba nie dam rady długo ignorować. Czy przywyknę? Nie mam pojęcia.
Ale teraz nie mam prawa myśleć o tym, co ja bym zrobił. Bo liczą się fakty i to fakty dotykające bezpośrednio jej. Nie ma już Sorokina, te wieści dotarły nawet do mojego sklepu (wraz z starą przyjaciółką wuja Gardomira, niech mu ziemia lekką będzie). Skłamałbym, gdybym powiedział, że ta wiadomość zupełnie mnie nie obeszła. Nie mogę się jednak cieszyć z jego śmierci, to niepoprawne, niegodne, a daje jakąś dziwną ulgę. Nawet, jeżeli sprawcami tego wszystkiego byli Raskolnicy, z którymi tak przeokropnie się nie zgadzałem.
Ile to razy wybiegałem myślami w powietrze, w niebo, chcąc zobaczyć, czy na niebie nie ma gdzieś jakiegoś samolotu, w którym mogłaby się znajdować? Taka dorosła wersja zabawy "panie pilocie, dziura w samolocie", moja zakładała pytanie "panie pilocie, czy jest tam z panem Hersilia?". Bo przecież bardzo nie pasowała do zimnej Rosji, ale gdy jej ubyło, coś przestało pasować jeszcze bardziej. Może jestem głupcem, może szukałem w niej wytchnienia od tego całego brudu i szarości - nawet w dyniowej spódnicy w groszki, którą Jadzia wspomina nadal jako "szczyt wszystkiego", zapierając się, że nigdy spod jej ręki coś podobnego nie wyjdzie.
Lubię i dynie, i groszki.
- CoME stai. - powtarzam więc po niej, patrząc na nią nieco przygarbiony, jak strofowane dziecko. Dopiero, gdy widzę na jej ustach cień uśmiechu, gdy odchodzi od kontuaru, prostuję się na moment, sięgam po kubek z herbatą, biorę łyka, odstawiam. Jestem gotowy.
- O, przyjechałaś jedynie na ślub? - pytam z dozą ostrożności, unosząc lekko brwi w zdziwieniu. Mam wrażenie, że jest zdolna do wszystkiego, jednak gdzieś tam w środku wolałbym, żeby została na dłużej. Choć odrobinkę. Sorokinowie pewnie też by nalegali.
Kiedy już o Sorokinach mowa, kiwam w milczeniu głową, z pewną dozą zrozumienia i smutku. Chciałbym wyrazić swoje kondolencje, ale znów mam wrażenie, że to wszystko nie na miejscu, że brzmiałoby to bardziej jak wyśmiewanie się z pamięci zmarłego, zwłaszcza patrząc na to, co mimochodem łączy mnie z wdową po nim.
- Raskolnicy. - wtrącam cicho. Nasze poprawianie wymowy działa w dwie strony, w wypadku rosyjskiego to ja jestem nauczycielem, może i słabym, ale zawsze. Dalej jednak nie przerywam, tylko znów kiwam głową, bo tak, było to niespodziewane. Zawsze myślał, że obrywać będą politycy, ojcowie i dziadkowie takich jak on. A tutaj kompletna niespodzianka, akcja dywersyjna o pseudonimie "Teatralne Świnie". Kto by się mógł spodziewać, że wieczór przeznaczony na przyjemność może się zakończyć w sposób tak brutalny?
- Zadajesz zdecydowanie za dużo pytań na raz. - rozbawiony zwracam jej uwagę, wychodząc w końcu zza bezpiecznej lady, by stanąć z nią twarzą w twarz. Moja ręka jakby sama trafia na jej ramię, na ułamek sekundy, na chwilę. - Tutaj w Rosji odbierają to jako oznakę zdenerwowania, wiesz? - mówię po chwili, chociaż widać, że twarz mi promienieje, z radości, wielkiej radości, bo oto znowu stoi ona tutaj przede mną, choć już nie tak kolorowa na zewnątrz, w środku nie straciła niczego.
Unoszę dłoń do góry, daję jej znać, by poczekała. Idę szybko na zaplecze, tam mam fotografię Miłka, zabrałem go niedawno do fotografa, gdy miał drugie urodziny. Zabieram więc je wraz z ramką, wracam ponownie, staję (jak żandarm), przy jej boku i wręczam ów ramkę.
- Zrobiliśmy niedawno. Poznałabyś go, jakbyście wpadli na siebie na ulicy? Musisz do nas wpaść, na pewno ucieszy się z przyjazdu cioci. - nie kłamię, bo de facto Silia była ciotką mojego syna. Poplątane relacje rodzinne zawsze doprowadzały do tego, że nieważne dokąd poszedłem, często połowa towarzystwa była w jakiś sposób ze mną spokrewniona. Niech się Miłek uczy, jeszcze zabawkę w prezencie dostanie.
Krótkie westchnienie rozlega się z moich ust, kiedy rozkładam ręce, na całą szerokość.
- Ot i moje królestwo. Gdy u Miłka każdy nowy dzień to nowe wyzwania, w rok zmienia się dosłownie wszystko, tak u mnie jedna wielka stagnacja. Teraz wszystko rozbija się o wesela, bo nie wiem, czy dotarły do ciebie te wiadomości, ale nie tylko Konstanty będzie stawał na ślubnym kobiercu. Jeszcze moja siostra, Jadwiga, wychodzi za mąż. Za Anglika. Nie podoba mi się on zupełnie, jednak kim jestem, by dyktować jej sercu, za kogo ma wychodzić? Zwłaszcza, że to będzie pierwszy ślub w naszej maleńkiej rodzinie. - jestem zaskakująco gadatliwy, prawda? - Chociaż mam wrażenie, że babcia i rodzice woleliby najpierw wytańczyć się na moim weselu. Może jeszcze przyjdzie na to czas, jednak w najbliższej przyszłości nic na to nie wskazuje. Kiedyś musimy się umówić na jakiś seans, będę jak te małe szczebiotki, które ledwo wyleciały z Koldovstoretz i już chcą szukać sobie męża.
Powrót do góry Go down
avatar


Syrakuzy, Włochy

33 lata

błękitna

neutralny

czytam wasz los z gwiazd, kart i dłoni, odprawiam rytuały, widzę duchy, jestem pewnie najlepiej znaną ci wdową w Rosji
http://petersburg.forum.st/t914-hersilia-lavinia-sorokina-zd-caravaggio#2831 http://petersburg.forum.st/t918-hersilia-l-sorokina-caravaggio#2892 http://petersburg.forum.st/t919-wdowa-po-tym-sorokinie#2893 http://petersburg.forum.st/t920-caesar-golab-i#2894
PisanieRe: Sklep „Złote Różdżki”   Pon 04 Wrz 2017, 21:51
Dobrze! — chwalę go rozanielona tak, jakby nagle to Miłek zaczął mówić płynnie po włosku, a nie Miruś odpowiednio wymówił pytanie o samopoczucie. Zawsze mnie jakoś chwytają za serce te jego próby. Uwielbiam słyszeć włoski, gdy mam ponurą świadomość tego, że na swoją ziemię pewnie już nie wrócę. Nie została zniszczona jak Troja Eneasza, żaden bóg nie obiecał mi nowej ojczyzny jak jemu. Skazano mnie na chłodną, szarą Rosję, w której nie pozwolono mi też się zadomowić. Fortuna rzucała mną od lądu do lądu, od hotelu do hotelu, aż w końcu – dość. Pluton widocznie się nade mną zlitował, jako jedyny z bogów, choć okrutną zapłaciłam cenę za pierwszy od dwudziestu siedmiu lat powiew prawdziwej wolności. Bez świątyń wychowujących mnie na swoją modłę, bez męża, bez konkretnego celu; mogłabym czuć się pusta, ale niczego we mnie nie brakuje. Teraz nie brakuje, gdy jestem tutaj. Zapach lakieru do drewna, mydła i wody kolońskiej wypełnia wszystko, co dotychczas niewypełnione. „Złote Różdżki” w niczym są jak Italia, ale to wciąż dom: dziwny, nie położę się tu spać, nawet nie wystrugam niczego przy stole, przecież nie umiem posługiwać się dłutem. Ale dopóki on tu jest, niewiele mi potrzeba. Będę udawać, że nie wiem, jak posługiwać się tymi słowiańskimi różdżkami, będę swoje gubić i źle rzucać zaklęcia, tylko po to, żeby tu przyjść, jeżeli będziesz potrzebował argumentu, aby mnie przyjąć, Mirusiu. Bo chcę wrócić do domu, nareszcie, po tylu latach.
Pozwól mi. Bo chociaż nie jestem Eneaszem, to straciłam prawie wszystko – tylko nadzieja, że żaden inny Wroński nie będzie stał dzisiaj przy kontuarze mi pozostała.
Nie! — Kręcę gwałtownie głową jak dziecko zapytane o to, czy właśnie zjadło całą tabliczkę czekolady. — Nie. Nie. Zostaję, tylko… w tej posiadłości w Petersburgu. Tej na Eufrozynie, trochę na uboczu. Nie mogłabym wrócić do Irkucka. To znaczy Sorokinowie na pewno by mnie przyjęli, ale… ty wiesz, jak jest tam zimno? — Wzdrygam się na samo wspomnienie. Ten czas, który tam spędziłam, na pewno zapamiętam na długo. Gruba perzyna i jeszcze dwa koce, a i tak miałam wrażenie, że zamarzam i nie wyjdę z łóżka: będą musieli mnie wyciągać i rozmrażać, bo przez noc stanę się lodową rzeźbą. Przyzwyczajona byłam do tego, że we Włoszech śpi się na kołdrze: tak tam ciepło, dlatego Syberia… cóż, Syberia to był dla mnie prawdziwy szok. Wychodząc z powozu, przywieziona na rodowe tereny Sorokinów po raz pierwszy po nocy poślubnej, dobrą chwilę patrzyłam całkiem zdezorientowana na śnieg do kolan. U nas, zwłaszcza na Sycylii, kilka milimetrów było już katastrofą. Nie oznacza to, że nie znałam mrozów, bo na Syrakuzach w typowo letniej rezydencji Caravaggiów zimą chodziło się w płaszczach po domu, ale takiej zimy się nie spodziewałam ani trochę. Nie, te klimaty – to nie dla mnie. Petersburg jest choć trochę cieplejszy.
Ro… Raskolnicy — poprawiam się w ogóle niespeszona. W innym wypadku zapewne skwitowałabym swoją wpadkę serdecznym śmiechem, ale teraz, gdy mówimy o Tommaso, mam wrażenie, że mi nie wypada, że to policzek dla jego wspomnienia.
Ma ciepłą rękę (blizna na lewym kciuku, pamiętam).
Niemożliwe! To jak powiedzieć wszystko, co mam do powiedzenia? — Unoszę brwi. Osiem lat w Rosji, a wciąż nie pojmuję podstawowych zasad – wstyd! Dobrze, wcale nie czuję się zawstydzona, pewnie powinnam. Ale nie przy Niedamirze. — Partiami? Zanim ktoś odpowie na jedno pytanie, to ja już zapomnę następnego. Illogico! — krzyczę za nim z nutą wesołości w głosie, gdy mężczyzna znika na zapleczu. Oczekuję, bębniąc palcami w blat i zerkając to na pozostawione przez Mirusia dłuto, to na drzwi. Nie wiem, po co wyruszył, ale jestem tego ciekawa. Niestety, nigdy nie wykazywałam cierpliwości, więc zbliżam się trochę w stronę, w którą poszedł. Nie chcę jednak wchodzić, przekroczyć tej niewidzialnej granicy sklepu i terenu przeznaczonego tylko dla panicza Wrońskiego. To byłoby już niegrzeczne, a ja, chociaż maniery mam włoskie, nie jestem przecież niewychowana.
Na szczęście różdżkarz wraca szybko. Ujmuję w palce rzeźbioną ramkę i unoszę brwi jeszcze wyżej. Na zdjęciu widzę już wcale nie takiego małego brzdąca ze słodkim loczkiem nad czołem, jakiego miałam w pamięci, gdy czytałam o nim w gwiazdach. Wyrósł, zmienił się nie do poznania. Nagle rozpala się we mnie takie marzenie, żeby Miłka spotkać jak najszybciej. Do tej chwili nie uzmysłowiałam sobie, jak za tym dzieckiem tęsknię. Wzruszenie odbiera mi na chwilę dech.
Nie wierzę. Nie poznałabym — zdradzam dziwnie przejęta. — Kiedy mogłabym go spotkać? — pytam zaraz, gdy tylko słyszę coś jakby zaproszenie do Kaliningradu. Tam nie jest aż tak chłodno, chociaż pewnie gdyby Wrońscy mieszkali okno w okno z Sorokinami, też bym przyszła.
Nie powinnam się cieszyć na wiadomość o jego przedłużającym się kawalerskim stanie, to nie przystoi, a jednak ogarnia mnie ulga. Powoli wypuszczam z płuc powietrze, mimochodem odgarniając loki z twarzy. Na wesele będę musiała je wyprostować i ułożyć porządnie, bo nie dadzą mi tańczyć. Chociaż z tym tańcem to ostrożnie – może maj był już siódmym miesiącem żałoby, ale nie wejdę przecież z impetem na salony po długiej nieobecności, wciąż z czarną wstęgą w fryzurze.
Delikatnie odstawiam ramkę na ladę.
O Jadwidze nie słyszałam. Pogratuluj jej ode mnie, nie wiem, czy będę miała okazję zrobić to osobiście. — Prawda, Mirku, ale mnie to ani trochę nie przeszkadza. — Seans? — dopytuję.
Powrót do góry Go down
avatar


Kaliningrad, Rosja

34 lata

błękitna

za Starszyzną

różdżkarz
http://petersburg.forum.st/t913-niedamir-wronski#2828 http://petersburg.forum.st/t917-niedamir-m-wronski#2891 http://petersburg.forum.st/t921-nie-pozwol-mi-spac#2896 http://petersburg.forum.st/t922-hibiskus#2898
PisanieRe: Sklep „Złote Różdżki”   Sro 06 Wrz 2017, 21:54
Zabawne jest oglądać cię tak rozanieloną. Bo mam wrażenie, moja droga, że mówisz mi ten prosty komplement tylko po to, bym obrósł w piórka. I faktycznie, zupełnie niekontrolowanie, zaczynam się puszyć, jak paw. Duma rosyjsko-italskiego przymierza, pan Wroński, który nie powinien mieć z Italią niczego wspólnego, skoro tylko Polska, Rosja i Francja. A jednak. Los jest przewrotny, Hersilio, wiesz o tym znacznie lepiej ode mnie, bo i widzisz więcej. Jeżeli chcesz, możesz usiąść za kontuarem, ale jestem w stanie pójść o zakład (Jadwinia spiorunowałaby mnie spojrzeniem, gdyby to usłyszała), że za ladą zniknie nawet twój czubek głowy. Mi musi wystarczyć mój wzrok, obym był nim obdarzony w całej krasie jak najdłużej, a ty masz przecież jeszcze trzecie oko, prawda? I znasz losowe zachcianki, pewnie rozmawiasz z nim co wieczór, w hotelu w Bogocie, Paryżu i Montrealu. Kiedy ja sunę tęsknie spojrzeniem za każdym kolorem przemykającym przez ulice, w nadziei, że w końcu staniesz w drzwiach, tak jak to zrobiłaś dzisiaj.
Pozwolę, oczywiście, że pozwolę. Nie mam serca odmawiać tym, którzy są w potrzebie. Zwłaszcza, że wiem, jak to jest stracić kogoś bliskiego. Tak, tak, nie powinienem porównywać Alicji do Tommaso, ale tobie przyszło chociaż wyrażać żałobę po tym, który wyrwał cię z ramion śmierci oficjalnie. W moim przypadku, gdy przebywałem z Wrońskimi, nie było o tym mowy. Ciesz się więc komfortem odczuwania smutku, bo i tak niedługo ci już go zostało. Obiecuję się o to zatroszczyć.
Wzdycham z ulgą i cień uśmiechu tańczy mi na ustach, gdy tak ochoczo zaprzeczasz. Tego się właśnie bałem, że wpadniesz tu na moment, wywrócisz wszystko do góry nogami, tak w swoim stylu, a potem znikniesz - w Bogocie albo Irkucku.
- Na pewno musi być tam zimno. - wtrącam się znów, raczej mało elokwentnie, ale przecież Irkuck to prawie Bajkał! Nie dość, że zimno, to jeszcze daleko i pod okiem Sorokinów. Nie, żebym odczuwał do nich coś więcej niż ... nic. Przecież nie będę mierzył wszystkich jedną miarą, tego całego Tommaso. W duchu jednak cieszę się, że Kaliningrad ma trochę łagodniejszy klimat. Jestem pewien, że spodoba jej się bardziej, bo w końcu maj i wesele Konstantego. Kwitnące kasztany. A nie mierne trzy stopnie celcjusza w nocy.
Teraz już nawet nie mogę powstrzymać chichotu, nawet, jakbym bardzo tego chciał. Rozbrajasz mnie z taką wprawą, jak doświadczony saper. W Rosji powinno być na odwrót, to ja powinienem powoli pozbawiać cię warstw i otwierać pod moimi palcami, a nie, że ty wiedziesz prym i otwierasz mnie. Można od tego wszystkiego doznać bólu głowy, ale z drugiej strony jesteś chyba jedyną, której bym się dał. Tak rozpracować. Ale nie każ mi, proszę, mówić tego na głos.
- Przy tobie i powodzi słów to ja gubię wątek. - odzywam się w końcu, próbując powstrzymać narastające uczucie błogiego szczęścia. Niby jeszcze byliśmy tu sami, ale kto wie, czy nagle któremuś Wrońskiego nie przywidzi się odwiedzenie starszego brata. Gdybym miał znów stawiać zakłady, byłaby to pewnie Gwiazdeczka Hiacynta. Ze wszystkich możliwych osobistości naszej rodziny, miała największy talent do wpadania w kłopoty i to jej sam robiłem już trzy różdżki. W przeciągu ostatnich dwóch lat. - Ale spokojnie, przy mnie możesz pędzić tym włoskim ekspresem. Zanim jednak ruszymy z tej stacji, napijesz się czegoś? Kawy, herbaty? Dla ciebie oczywiście ciepłe. - rzucam jej kolejne długie, spokojne spojrzenie. Może nawet zbyt długie. Ale niech wie, że czuję się przy niej dobrze, nawet, jeżeli ta czerń drąży mi dziurę w brzuchu i w sercu. Jeszcze tylko parę miesięcy.
Sam nachylam się odrobinę nad ramką. Czekam tylko na dzień, aż w końcu ktoś z mojej rodziny wypowie te sakralne "Jest podobny do Niedamira". Bo tego nie da się tak długo tuszować. Chociaż akurat loczek na czole przypomina mi bardziej małą Jadwigę, mi włosy szybko sczerniały.
- Masz niesamowite szczęście, Silio, bo do czasu wesela jesteśmy z Miłkiem tutaj, w Petersburgu.
Umarłbym z tęsknoty, gdybym miał żyć i pracować w tym mieście bez swojego syna.
I czy mi się tylko wydaje, czy też odetchnęła z ulgą? Nie chcę dorabiać w swojej głowie jakichś fatalistycznych scenariuszy, ale mam nadzieję, że nie rzuciła na mnie zaklęcia odstraszającego potencjalne panny młode. Z drugiej jednak strony to mogłoby wiele wyjaśniać. Ale nie... nie, to bujdy. Nie byłaby w stanie. Za bardzo się lubimy, prawda?
- Z tego co mi wiadomo będzie na weselu Konstantego, więc może uda ci się z nią porozmawiać. Chociaż powiem ci, że nadal wspomina tę twoją spódnicę, wiesz jaką. - postanawiam raz jeszcze zburzyć nasze strefy komfortu. Dłoń na ramieniu, a usta przy uchu. - Seans. - mówię cicho, głęboko. - Taki spirytystyczny. Nawet, jeżeli się na tym nie znasz, to możemy spróbować postawić tarota. Może tym razem mi się uda.
Oczywiście w największej tajemnicy.
Powrót do góry Go down
avatar


Syrakuzy, Włochy

33 lata

błękitna

neutralny

czytam wasz los z gwiazd, kart i dłoni, odprawiam rytuały, widzę duchy, jestem pewnie najlepiej znaną ci wdową w Rosji
http://petersburg.forum.st/t914-hersilia-lavinia-sorokina-zd-caravaggio#2831 http://petersburg.forum.st/t918-hersilia-l-sorokina-caravaggio#2892 http://petersburg.forum.st/t919-wdowa-po-tym-sorokinie#2893 http://petersburg.forum.st/t920-caesar-golab-i#2894
PisanieRe: Sklep „Złote Różdżki”   Czw 07 Wrz 2017, 22:09
Mirusiu, cuoricino, wiem, że z nas dwojga to nie ja powinnam nosić czerń i wychodzić na ulicę z zaczerwienionym nosem. Chociaż oficjalnie ja tylko owdowiałam, tak naprawdę to ty jesteś wdowcem. Ja noszę w sobie jedynie szacunek do zmarłego, bo nie smutek po straconej miłości – nie, jej nigdy w małżeństwie Sorokinów nie było. Czy żałuję? Trochę, bo wiem, że mogła być, gdyby tylko Westa nie wtrącała się w moje sprawy. Tommaso nie był przecież złym człowiekiem, nie wierzę, że był. Wydawał mi się zawsze taki zagubiony, jakby nigdy nie wiedział, czego chciał. Ta sława go przerosła, widziałam to, zwłaszcza po tych bankietach, kiedy jeszcze długo pił wino za ścianą, chociaż zabawa się skończyła. Potem jeszcze nadeszła frustracja i wszystko się posypało, i zaczęły się kochanki, oddzielne sypialnie, samotne śniadania. Dziecka nie było, nie ma, już nie będzie. Osiem lat związku, przez cztery mu zależało, zależało mu cholernie na tej ciąży, i mnie też. W pewnym momencie jednak nawet ten uzdrowiciel z Argentyny, co go tak zachwalali, rozłożył bezradnie ręce – tymczasem jedna z sorokinowych dziewczyn, młoda skrzypaczka z Barcelony, była w trzecim miesiącu (straciłam z nią kontakt, ale ostatnio widziałam ją w Marmaris, w uroczym dworku z ogrodem, po którym biegała trzylatka). To dobiło to małżeństwo.
Ale u ciebie było zupełnie inaczej, jakby dla kontrastu. Była miłość, było dziecko, tylko wspólnego nazwiska nie było. I nikt nie mógł się dowiedzieć, nawet wtedy, gdy umarła twoja śliczna Alice. Przykro mi, Mirusiu, że nie mogłeś się smucić jak należy – ale wszystko ma swoje plusy. Żałobna czerń na człowieku osiada, oblepia go brzydko, wsiąka w duszę i już codziennie, przez wiele długich dni nie pozwala ci zapomnieć. Niesie ze sobą zapach martwoty; ciemne wełna, jedwab, len, one już zawsze będą pachnieć pogrzebem. Mój drogi, nie chciałabym tego dla ciebie. Na zewnątrz jesteś wroną, jeżeli obrastasz w piórka pod wpływem mojego prostego komplementu, to tylko w siwe i atramentowe, ale wewnątrz… Ja wiem, że wewnątrz jest tyle barw, że nawet moja najbardziej jaskrawa sukienka nie mogłaby twojej duszy dorównać. Nie pozwoliłabym, żeby coś z ciebie to wyssało – prędzej przestałabym patrzeć w nocne niebo. A wiesz przecież, jak kocham swoją pracę, więc to już poważna sprawa!
Śmieję się głośno na słowa Niedamira, taka z tego spotkania szczęśliwa, że już nawet nie umiem swojej radości chować za oszczędnymi uśmiechami. Jesteśmy sami, chyba się nie obrazi, że tak sobie pozwalam. Takie atrakcje w pakiecie z moim ekspresem, cóż poradzę.
O, kawę poproszę. To akurat czas na kawę — stwierdzam rozweselona. — U nas tyle się jej piło, że to jest, muszę ci powiedzieć, szok. Rosjanie chyba wolą herbatę, tak zauważyłam. A tam, w Nowym Rzymie, słuchaj! Tuzin kawiarni tylko w jednej okolicy. I zawsze tylko caffè normale, na stojąco, i gazeta w łapę. My, oczywiście, to znamy to głównie z obserwacji, bo pozwalano nam pić cokolwiek jedynie w Atrium Vestae, to było w ogóle takie uciążliwe, bo… Och, na Bachusa, przepraszam. Kawę, tak. — Odruch nakazuje mi spuścić z zawstydzeniem spojrzenie (bo znowu poleciałam z opowieścią o Włoszech, dość!), ale brakuje mi odwagi (albo chęci), żeby przerwać ten chyba nieco zbyt długi kontakt wzrokowy. Narasta we mnie jakiś dziwny rodzaj niepokoju. Gdy tylko Niedamir kieruje swoją uwagę w nieco innym kierunku, dyskretnie sprawdzam, czy nie rozmazała mi się szminka (nie) – wiem, że panicz Wroński nie patrzyłby tak, gdybym zaliczyła jakąś wpadkę, ale boję się, że coś nie będzie pasować. Dla niego przecież powinno być idealnie.
Ojej, naprawdę? Cudownie! — Klaszczę w dłonie i spoglądam jeszcze raz na ramkę. — Gdzie się zatrzymaliście? W tamtym mieszkaniu czy kupiliście coś nowego?
Oczywiście, że nie byłabym w stanie, głuptasie. Dobrze, że nie pytasz mnie nietaktownie, czy nie dopuściłam się podobnego występku. Umiałabym, ale… Dobrze, byłoby bardzo wygodnie, gdyby taka klątwa na tobie ciążyła, ale nie cieszyłabym się z tego w żadnym wypadku! Przecież chcę twojego szczęścia, Mirek.
No ale nie wiem, czy u jakiejś panny Zakharenko. Nie chodzi o to, że jestem zazdrosna – po prostu musisz być bardzo ostrożny w kwestiach matrymonialnych, wierz mi, ja się znam. A ulżyło mi właśnie z tego powodu! Nie podjąłeś jeszcze żadnej pochopnej decyzji, dobrze, dobrze. Nie ma się co śpieszyć w takich sprawach, a najlepiej to nie śpieszyć się wcale. Poczekaj jeszcze kilka lat, a nuż ktoś sam przyjdzie, a jak nie, to przecież żaden wstyd. Starzy kawalerowie są jednak bardzo dostojni, tak ci powiem. Zwłaszcza, że Miłka już masz. Po co wam tam potrzebna jakaś obca kobieta? Nie wiadomo,  jak się dogada z małym, może się to wszystko w ogóle nie ułoży, jak ze mną i Tommaso – Wenus broń, ale bywa i tak. Ja wiem, co mówię!
Wciąż ją mam, czeka na dobry moment — oznajmiam z zadowoleniem i chyba chcę coś jeszcze dodać, ale zaraz Niedamir znajduje się niebezpiecznie blisko i zaczyna mówić o tym seansie, a ja gubię już tamten wątek, całkowicie skupiona na jego słowach.
Och, chciałbyś? — Unoszę brwi. — Naturalnie. Naturalnie, tak, chętnie. To niekoniecznie moja działka, ale mogę spróbować… a jak się nie uda, to postawimy tarota. I spiszę ci horoskop na maj. Czytasz horoskopy co miesiąc, jak ci radziłam? Z losem nie ma żartów — stwierdzam, raptem poważniejąc. Chociaż to trudne, próbuję obrócić się i z uwagą spojrzeć mu w oczy. Można mi zarzucić wiele rzeczy, ale nie to, że igram z przeznaczeniem. Zawsze należycie traktuję wszystkie wróżby i prodigia, jestem przesądna. Może to być uważane za głupotę w dobie nauki, ale ja wiem swoje. Gwiazdy – to w nich bogowie spisali nasze losy. One nie muszą być zagadką. Dostaliśmy wskazówki tak jasne, przypominające o sobie każdej nocy, a lekceważymy je, odrzucamy dobre rady, przyjmując każdy dzień z zaskoczeniem. Bujdy, tak zwykło się o nich mówić na Zachodzie. Tamta cywilizacja jest pyszna, trzecie oko – we Włoszech, Grecji i na Słowiańszczyźnie traktowane z szacunkiem – w Anglii czy Francji budzi tylko złośliwy uśmiech, a przecież gdyby nie jasnowidzowie, dzisiaj wiele państw byłoby… no, w czarnej dupie, kolokwialnie mówiąc.
Ale wiesz, Miruś — odzywam się nagle, wciąż przybierając ten grobowy ton — takie usługi mają swoją cenę.
Obracam się wreszcie i unoszę lekko głowę, by móc obserwować jego mimikę. Wyraźnie czuję bijące od niego ciepło. Między nami jest mały odstęp – zdecydowanie zbyt mały – ale nie odsuwam się nawet o cal, nawet o ćwierć cala.
Trzy tańce na ślubie Costantino albo nie mamy o czym rozmawiać. — Kręcę głową bezradnie.
Powrót do góry Go down
avatar


Kaliningrad, Rosja

34 lata

błękitna

za Starszyzną

różdżkarz
http://petersburg.forum.st/t913-niedamir-wronski#2828 http://petersburg.forum.st/t917-niedamir-m-wronski#2891 http://petersburg.forum.st/t921-nie-pozwol-mi-spac#2896 http://petersburg.forum.st/t922-hibiskus#2898
PisanieRe: Sklep „Złote Różdżki”   Czw 21 Wrz 2017, 14:16
Stało się, trudno. Nie mogę żyć dalej w rozpaczy, choć powiem ci, Silio, że noce są ciężkie. Właściwie to z każdym nowym zachodem słońca jest coraz lepiej - Miłek dorasta, przesypia coraz więcej, coraz dłużej. A i mi jest odrobinę lżej, bo po długiej kontemplacji doszedłem do wniosku, że Alicja nie chciałaby widzieć mnie w tak ciężkim stanie. Z drugiej strony, dziecko stało się moją tarczą i wybawieniem. Na zatroskane pytania rodziców, rodzeństwa, czy nawet babci, mogłem odpowiadać, że przecież spuchnięte oczy i nieobecny wzrok to tylko kwestia tego, że nie wysypiam się, bo muszę dbać o dziecko. Normalna sprawa, prawda? Na własną obronę, żeby nie wyjść na samolubnego dupka, który się dzieckiem wymiguje od własnych psychicznych problemów, muszę dodać, że była to najprawdziwsza prawda. Słyszałem kiedyś, że najlepszym sposobem na zabicie w sobie uczucia pustki i bólu, jest poświęcenie się pracy. Ja, nie wierząc w takie filozoficzne mrzonki, postanowiłem zwiększyć sobie dawkę i dodatkowo zająć się jeszcze Miłkiem. Chyba wyszło to nam obu na dobre.
Powiem ci jednak, że nie znam twojej historii aż tak dobrze. Mam tylko przed oczami wycinki z gazet, ale to już raczej po wszystkim. Znaczy po śmierci Tommaso. Wiesz dobrze, że gdybyś tylko chciała mi się zwierzyć, wysłuchałbym cię, z największą uwagą i chusteczkami jedwabnymi (poszetki nie nadają się do łez) pod ręką. A co tam chusteczki, mogłabyś mi nawet w rękaw płakać, nie ma to najmniejszego znaczenia. Chciałbym jedynie ściągnąć ciężar z twoich barków, jeżeli sobie z nim nie radzisz. A jeżeli uważasz, że wszystko w porządku, że teraz nadejdą lepsze czasy - dla ciebie, przede wszystkim, dla mnie w drugiej kolejności - to największym zaszczytem będzie przyznać ci rację i po prostu czekać. Rzadko się mylisz, prawda?
Już mam ruszyć, już zniknąć znów za ladą, ale słucham jej opowieści i sam jakby przenoszę się do Nowego Rzymu, byłem tam nawet raz. Wspomnienia są mgliste, jednak przebija się kolor piaskowca, na pewno ciepłe barwy, przełamywane czasem czernią. Zauważyłaś, musiałaś to zauważyć, Silio, że niebo w Nowym Rzymie i w Petersburgu jest zupełnie różne? To zawsze mnie dziwiło, czemu tam, na południu, niebo jest prawie że w kolorze admiralskiego błękitu, a u nas, przy dobrych wiatrach i braku zachmurzenia, najwyżej bladoturkusowe. Nie pytaj mnie, skąd znam tyle nazw kolorów. Nadal uważam, że niebieski to niebieski, tutaj jasny, tutaj ciemny, ale gdy się żyje z przyszłą królową magicznej mody jako siostrą, trzeba czasem postudiować nie tylko odpowiednie kąty przyłożenia dłuta.
Na Bachusa, wracam do Petersburga.
- Dobrze, dobrze, jedna caffé normale, już się robi - uśmiecham się do niej, jeszcze raz, jeszcze na moment, bo chcę nią oczy nacieszyć. Nawet taka czarna, z woalką, emituje światło i kolor większy od każdej z petersburskich panien. I mógłbym tak zostać, jak cielę gapić się w nią, ale przecież zaproponowałem kawę, a ona się sama nie zrobi. No dobrze, może by się zrobiła, ale w kwestii pokarmowej zaklęciom nie ufam.
Znikam więc znów za zapleczem, mam tam małe stanowisko gastronomiczne. Tylko jedna myśl krąży mi po głowie, natrętnie, jak mucha, nie pozwala odpocząć, złapać oddechu, a ręce mi się trzęsą i jestem pewien, że zaraz wyleję wodę.
Czym, do cholery jasnej, jest caffé normale.
Mogę zgadywać. Normale, normale, no normalna. Tylko czym dla Włoszki może być normalna kawa? Teraz to by się faktycznie przydał kuzyn Konstanty, na jeden szybki list wysłany orłem, ale nie ma na to czasu, nie ma czasu, Mirek, myśl, cholero, myśl, bo w życiu niczego nie osiągniesz, jak dla ciebie problemem jest caffé normale.
Myśl o espresso jest wybawieniem. Właśnie z tym wracam na powrót do mojej uroczej rozmówczyni i przez moment waham się, czy położyć filiżankę na blacie lady, czy może wręczyć ją od razu, w obu dłoniach. Wybieram drugą opcję, w końcu jeszcze jest talerzyk, jak nie będzie chciała, to odłoży. Na wszelki wypadek jednak przesuwam się bliżej lady, chcę zasugerować, żeby zrobiła to samo.
- Nie, nie, nadal mieszkamy w tym samym miejscu. Przyzwyczaiłem się, jest wygodnie, nie ma potrzeby kupowania czegokolwiek innego. Może, jeżeli interes się zacznie odrobinę bardziej kręcić, pomyślę nad czymś - chociaż teraz najchętniej wydałbym wszystkie pieniądze na jak najpiękniejsze prezenty dla Jadziuni albo na wiano dla niej. Jakoś nigdy nie szło mi wydawanie pieniędzy samemu na siebie, ale ty to chyba widzisz, moja droga, choć staram się nie wyglądać jak podejrzany typ. Wiele w tym zasługi mojej siostry, właściwie gadam o niej praktycznie cały czas, nie powinienem, daj mi się skupić na sobie, błagambłagambłagam.
- Oczywiście, że czytam! - nawet nie próbuj mieć wątpliwości. Spełniam wszystkie możliwe zalecenia, chociaż nadal nie wiem, co to oznacza, gdy Saturn zaczyna dominować nad Słońcem. Jak na moje ucho, to nie jest nic dobrego, ale może kiedyś się spytam, rozwiejesz mi wszystkie wątpliwości. Wyglądasz na taką, która się zna. W końcu masz cały wszechświat w oczach zamkniętych i sam chciałbym się tam znaleźć, na Drodze Mlecznej twego umysłu.
... Chyba za bardzo się wczuwam.
Bo kiedy się tak obraca, wyobrażam sobie, że już trzymam ją w tańcu, moje dłonie na jej biodrach, kciuki pod odpowiednim kątem, jej ręce na mojej szyi.
I uśmiech, który mimowolnie znów powraca na moje usta, bo na takie układy aż żal nie przystąpić.
- Może być nawet i pięć, Hersilio. Nikt nie będzie miał nam tego za złe, obiecuję.
Powrót do góry Go down
avatar


Syrakuzy, Włochy

33 lata

błękitna

neutralny

czytam wasz los z gwiazd, kart i dłoni, odprawiam rytuały, widzę duchy, jestem pewnie najlepiej znaną ci wdową w Rosji
http://petersburg.forum.st/t914-hersilia-lavinia-sorokina-zd-caravaggio#2831 http://petersburg.forum.st/t918-hersilia-l-sorokina-caravaggio#2892 http://petersburg.forum.st/t919-wdowa-po-tym-sorokinie#2893 http://petersburg.forum.st/t920-caesar-golab-i#2894
PisanieRe: Sklep „Złote Różdżki”   Wto 10 Paź 2017, 13:19
Wszystko będzie dobrze – mogę to powiedzieć sobie, tobie i każdemu Sorokinowi mniej lub bardziej zdruzgotanemu po teatralnym incydencie, jak to nazwała któraś z gazet. Wszystko będzie dobrze, świat idzie naprzód, zmarli nikogo nie powinni trzymać w miejscu. Wszystko będzie dobrze, Miruś: jesteś tu ty, jestem tu ja i spokój zamrożony w wychłodzonym powietrzu „Złotych Różdżek”. Radomił dorasta, nadeszła wiosna, odór cudzej śmierci oddala się od nas coraz bardziej i wierzę, och, jak ja bardzo wierzę, że teraz ułoży się po naszej myśli. Zdradziły mi to przeloty ptaków nad Petersburgiem.
Pamiętam Nowy Rzym bardzo dobrze: wspaniałe budowle na antyczną modłę, przytulne, rodzinne kawiarenki trochę dalej od centrum miasta, naleciałości renesansowe i barokowe, cesarska purpura, krwista czerwień, marmurowa biel i piaskowa żółć, wszystko skąpane w palących promieniach słońca. Najlepiej w pamięci zachował mi się widok Forum Romanum. Wiesz, Miruś, nam nie wolno było odwiedzać mugolskiego Rzymu, ale widziałam zdjęcia: smutne ruiny, potęga skruszona pod bezwzględnym naporem nowoczesności. U nas, gdy szło się po ulicach Wiecznego Miasta, wciąż czuło się twardą potęgę Imperium. Zawsze miałeś wrażenie, że gdzieś nad tobą krąży gromowładny Jowisz o szlachetnych rysach twarzy, stale gotowy uderzyć piorunem, a pomniki prężyły się nad rynkiem, jakby wciąż przekonane o tym, że to nie miasto jest częścią świata, a świat jest częścią miasta. Mare Nostrum, powtarzała ta stara nauczycielka geografii, gdy wskazówką pokazywała niepoświęconym jeszcze westalkom Morze Śródziemne na ogromnej mapie. Mare Nostrum, Nasze Morze, tylko nasze, niczyje poza nami, nie podzielimy się.
Rosja też lubi nazywać wszystko swoim, prawda? Zauważyłeś może, że – gdyby tak na to spojrzeć – Nowy Rzym i Petersburg tak okropnie do siebie pasują, jakby ktoś kiedyś rzucił dwa bliźniacze nasiona w zupełnie inne miejsca? Ale mnie wszystkie drogi prowadziły nie tam, ale tutaj, zawsze, stale, ciągle tylko tutaj. Dopóki wyściubiasz nos poza Kaliningrad, nie potrafię na to narzekać.
Uśmiecham się do Niedamira ciepło, gdy podaje mi kawę, nawet nie podejrzewając, jakim stresem było dla niego przygotowanie mi caffé normale. Gdyby się ze mną podzielił swoimi przemyśleniami jeszcze sprzed chwili, pewnie bym się zaśmiała. Niezłośliwie, nie, raczej serdecznie, z pewnym niedowierzaniem, pokręciłabym głową i zacmokała: „oj, Miruś, Miruś, cuoricino…”. Nie powinien się tak przejmować. Pewnie nawet w wypadku, gdyby podał mi herbatę zamiast kawy nie pisnęłabym słówka, może nawet bym nie zauważyła. Skupienie mi jakoś umyka, gdy tak stoi przede mną z przemiłym uśmiechem. Może to dziwnie zabrzmi, ale nie otrzymuję takiego często. Przyjaciół w Rosji nie mam wielu, nie zdążyłam nawiązać znajomości, będąc zawsze w podróży, a Sorokinowie… Nie chcę nawet myśleć o tym, że mieliby zaprosić mnie niebawem na kolację. Gdy tylko się pojawiam w Irkucku, odnoszę wrażenie, że Jasna chętniej niż pieczeń pokroiłaby moją głowę. Biedne dziecko, jakie to jest biedne dziecko, tak mi jej szkoda. Chciałabym z nią porozmawiać, ale nie wiem, jak. Ty byś pewnie mi coś doradził, Niedamir, zawsze jesteś taki łagodny w kontaktach z innymi, tak dobry, że trudno cię nie lubić (ja na pewno bym nie umiała), a mnie często brakuje cierpliwości.
Może powinnam cię o to zapytać, ale nie teraz, gdy jest tak przyjemnie. Nie psujmy sobie humorów.
Patrzę jeszcze raz na jego kubek. Widzę, że różdżkarz nie lubi wydawać pieniędzy na siebie, w tej kwestii wciąż nic się nie zmieniło. Cały Wroński. Obraziłby się, gdybym sprawiła mu nowy? Lubię go obdarzać prezentami, co poradzę. Nie mam na kogo tych pieniędzy po Tommaso wydawać, gdy mam już wszystko, co potrzebne i co niepotrzebne: mały dworek ze służbą w Petersburgu, sukienki na każdą okazję, syberyjskie futra, kapelusze i diamentowe kolie. Co jak co, ale Sorokin był dla swojej żony szczodry w tej kwestii: musiała go przecież godnie prezentować, błyszczeć przyklejona do jego ramienia, gdy ten rozprawiał żywo z reżyserem na aż nieprzyzwoicie wystawnym bankiecie. Zaopatrzył mnie tak dobrze, że w tej chwili myślałam, że majątek będę do końca życia wydawać w sklepach z zabawkami i z porcelaną. Znowu: nie narzekałam. Im więcej okazji, by cię spotkać, Mirusiu, tym lepiej.
To bardzo dobrze. Bardzo dobrze. Wspaniale wręcz — chwalę go zadowolona. — Apollo patrzy przychylnie na tych, którzy nie lekceważą wróżb.
A ty przecież, Niedamirze, zasługujesz na to, żeby wreszcie bogowie przestali ci cokolwiek zabierać. Ich łaska może tylko pomóc.
Uśmiecham się bezwiednie. Pięć walców to bardzo dużo, ale wiesz, nie chciałabym tańczyć na tym weselu z kimkolwiek innym. Może Cosco porwę na chwilę, odbiorę go jego słodkiej Ani na jeden taniec – najwyżej.
Mirusiu, i jak tu się z tobą targować? Nie da się. — Wzruszam ramionami. — Całą noc bym z tobą przetańczyła.
I wiesz, Niedamirze, chyba znowu nie miałabym nic przeciw temu.
Nie miałabym też nic przeciwko, by się też przejść.

Hersilia i Niedamir z tematu
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Sklep „Złote Różdżki”   
Powrót do góry Go down
 
Sklep „Złote Różdżki”
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1


Skocz do: