Навигация

Rejestracja
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  




 

 Rejestracja

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
avatar

PisanieRejestracja   Pią 03 Lut 2017, 16:01
Rejestracja

W przeciwieństwie do frontu budynku, wnętrze hallu głównego jest przeraźliwie czyste i tak białe, że wchodzący często mrużą oczy, a nowi pracownicy recepcji noszą tygodniami przeciwsłoneczne okulary. Przez pewien czas chciano nawet przemalować ściany na jasny błękit, jednakże ordynator szpitala nie wyraził na to zgody. Biurko, przy którym zasiada dyżurny pielęgniarz stoi przy wejściu w korytarz, otoczone egzotycznymi roślinami, jedyną plamą barw w tej przestrzeni. Za pielęgniarzem na ścianie wisi przejrzysta mapka całego szpitala i spis działających uzdrowicieli. W hallu także stoją niewielkie dozowniki z wodą i sokiem malinowym oraz akwarium niemal na całą ścianę z bajecznie kolorowymi rybkami. Długie kolejki oczekujących zwykle siadają na obitych białą skórą krzesłach i je cierpliwie podziwiają.

Powrót do góry Go down
avatar

Tak.

Petersburg, Rosja

23 lata

błękitna

neutralny

studentka kursu uzdrowicielskiego
http://petersburg.forum.st/t602-velika-aristova#1041 http://petersburg.forum.st/t635-velika-anastasia-aristova#1136 http://petersburg.forum.st/t621-veliszka http://petersburg.forum.st/t634-gridia#1818
PisanieRe: Rejestracja   Czw 13 Kwi 2017, 13:33
Podobno stażyści zawsze otrzymują najgorszą pracę do wykonania, jeśli akurat nie przyrządzają kawy dla przełożonych albo nie zamiatają podłóg. Tego dnia nie było inaczej - jedna z dyżurnych pielęgniarek postanowiła pokazać Velice pracę na recepcji. Nie trzeba chyba ukrywać, że Aristovej ten pomysł się nie spodobał. Wolała pracę w dyżurce albo na oddziale pierwszej pomocy, ale jako stażystka miała poznać szpital od podszewki, więc nawet nie miała jak zaprotestować. Po kilkunastu minutach, kiedy pielęgniarka pokazała jej szczegóły biurokracji i sposoby rejestrowania pacjentów, zostawiła Velikę samą sobie. Była sobota, pacjentów było niewielu; większość lekarzy znajdowało się już w domu, zostali tylko uzdrowiciele dyżurni. Velika siedziała w swoim białym fartuszku za wielkim biurkiem, przyglądając się matce z dzieckiem chorującym na kurze płucko, którzy czekali na swoją kolej, a także staremu, kaszlącemu staruszkowi i młodej dziewczynie. Byli jedynymi osobami w poczekalni; chłopczyk z wielkim uśmiechem przyglądał się wielkiemu, kolorowemu akwarium pełnym rybek. Staruszek patrzył na niego z odległą tęsknotą, a dziewczyna zerkała smutno na chłopczyka. Może niedawno sama straciła dziecko? Velika westchnęła, a następnie upiła łyk wody z miętą, którą przygotowała sobie dzisiejszego ranka. Niestety, chwilę relaksu przerwało wtargnięcie grubej damy ubranej bardzo gustownie (i kosztownie). Uparcie twierdziła, że należy przyjąć ją poza kolejką, ponieważ za godzinę jest umówiona na kolację z jakimś wysoko postawionym urzędnikiem. Mówiła również, że jeśli zaraz nie otrzyma lekarstwa na te dolegliwości żołądkowe, to pozwie szpital i postara się, aby Velika straciła pracę.
- Przykro mi, ale musi pani poczekać w kolejce. Każdy pacjent jest traktowany tak samo - uparcie twierdziła Velika. Ton jej głosu był chłodny - miała po dziurki w nosie dumnych, wysoko postawionych osób, które twierdziły, że wszystko im się należy od razu. Zaraz jednak poczuła, że prawda opada na nią jak kubeł zimnej wody. Czy kilka tygodni temu nie potraktowała z taką samą wyższością tamtego sprzedawcy w sklepie z eliksirami? Zrobiło jej się głupio, ale pozostała nieugięta. Rozejrzała się po recepcji, jakby szukała jakiegoś oparcia w oczach pacjentów, kwiatów albo rybek.
Powrót do góry Go down
avatar

Budapeszt, Węgry

24 lata

brudna

neutralny

pisarz / stażysta w Hotynce
http://petersburg.forum.st/t736-laszlo-szajpenesz http://petersburg.forum.st/t740-laszlo-szajpenesz#1660 http://petersburg.forum.st/t742-slowik#1663 http://petersburg.forum.st/t741-boruta#1661
PisanieRe: Rejestracja   Czw 13 Kwi 2017, 21:08
László nigdy nie chciał (ani nie potrafił) spojrzeć na świat wystarczająco poważnie. Lubił tak z resztą. Czasem (zazwyczaj?) z czystej przekory; jak dziecko, które wciąż i wciąż nie chce oderwać się od głupiej zabawy, przejęte ślepym zachwytem na widok powtarzającej się reakcji. Więc lubił tak czasem - dołączyć do towarzystwa. Nazywał to przemianą życia w los – bo choć los ani myślał kiwnąć dla niego palcem (dla jego szczęścia, bezpieczeństwa, dobrego samopoczucia i zdrowia), to on gotów był zrobić dla losu wszystko (żeby był wielki, jasny, piękny, żeby miał styl i zrozumiały sens). Czuł się wręcz za życie odpowiedzialny, choć życie wcale nie czuło się odpowiedzialne za niego.
W Hotynce był tylko stażystą i nie powierzano mu odpowiedzialnych zadań. Nie był jeszcze uprawniony do leczenia, choć kochał rozmawiać z pacjentami. Tak też teraz, pomimo że jeszcze przed chwilą biegł korytarzem w celu dostarczenia raportu, zatrzymał się z ciekawości przy rejestracji i rozejrzał dookoła, przyglądając się każdemu z oczekujących.
Szczególną jego uwagę przykuła pewna kobieta, siedząca przy samym wejściu. Miała piękne rysy. Artystycznie piękne. Siedziała na ławce z gracją, którą można by przyrównać jedynie do dzieła dłuta najlepszego z greckich rzeźbiarzy. Płakała, a László, nie mogąc się powstrzymać, podszedł do niej ostrożnie i usiadł obok. Spytał czemu płacze, a kobieta spojrzała na niego nieco przestraszona, ale ani trochę zdziwiona. Może oczekiwała współczucia, a może liczyła na pochwałę jakże pięknej męki, niewinnej duszy. Przesunęła palcem po policzku, po czym odrzekła słowami prostymi: "A bo proszę Pana, życie mi się jakoś rozsypało i nie wiem jak je złożyć z powrotem".
- A to trzeba je składać? - zagadnął, a ona pokręciła jedynie ponuro głową, odpowiadając mu krótko: "No a jak to tak? Z rozsypanym życiem?"
László przyznałby jej nawet rację, gdyby nie zamieszanie przy rejestracji.
- Najmocniej przepraszam. - pożegnał pacjentkę skinieniem głowy i ciepłym uśmiechem, po czym wstał pośpiesznie, podchodząc do recepcji i opierając się o biurko, tuż obok grubej kobiety.  
- Ależ proszę pani! - żachnął się, kierując spojrzenie na kłopotliwą nieznajomą. - Im dłużej będzie pani tu narzekać tym dłuższa zrobi się kolejka. Usiądzie pani spokojnie. - nie czekając na odpowiedź, wziął kobietę pod ramię i odwrócił twarzą w stronę poczekalni. - Zaraz przyniosę pani coś na żołądek. - dodał, gdy ta ostatecznie odpuściła i spoczęła na drewnianej ławie. Była ostatnia, fakt, ale przecież nie najgorsza! (choć tak naprawdę to nigdy nie było do końca wiadomo kto jest ostatni, a kto najgorszy).
- Ciężki dzień? - westchnął i odwrócił się z powrotem do stojącej za ladą stażystki. Oparł łokcie na biurku i obdarował ją promiennym uśmiechem, na który w szpitalu, stać było chyba tylko jego. O raporcie, z którym jeszcze przed chwilą tak śpieszył, oczywiście zapomniał.
Powrót do góry Go down
avatar

Tak.

Petersburg, Rosja

23 lata

błękitna

neutralny

studentka kursu uzdrowicielskiego
http://petersburg.forum.st/t602-velika-aristova#1041 http://petersburg.forum.st/t635-velika-anastasia-aristova#1136 http://petersburg.forum.st/t621-veliszka http://petersburg.forum.st/t634-gridia#1818
PisanieRe: Rejestracja   Pią 14 Kwi 2017, 17:57
Zapewne w dalszym ciągu kłóciłaby się z pulchną jejmością, próbując nie wywracać oczami i nie podnosić głosu, gdyby w poczekalni nie pojawiła się pewna smukła, wysoka postać. Najpierw Velika spostrzegła, jak ów młodzieniec przysiada się, z raportem w ręku, do smutnej, teraz już cicho łkającej, młodej kobiety. Mimowolnie uśmiechnęła się, co zapewne w oczach grubej damy stojącej przy biurku było nie lada zniewagą i zlekceważeniem. Nie pomyliła się - zaraz, jak na zawołanie, kobieta zaczęła prawić o dobrym wychowaniu personelu. Jednak Aristovej zachowanie chłopaka wydało się bardzo miłe. Kryło się w nim tak wiele empatii - był skłonny pomóc każdemu, był czuły na wszelkie troski tego świata. Jej rozmyślania przerwał jednak jazgotliwy głosik kobiety przypominającej kiełbaskę w tym stroju. Przeniosła swoje piwne oczy na damulkę i... przepraszam bardzo, że co? Że niby ona nie miała zielonego pojęcia, czym jest etykieta? Velika chciała wskazać palcem na plakietkę przypiętą do swojej piersi, na której było wydrukowane jej nazwisko, ale powstrzymała się. Nie popełni już tego samego błędu - nie będzie się wywyższać. Kątem oka zauważyła, jak Laszlo - bo tak miał na imię młodzieniec, który znalazł się w poczekalni - wstaje z krzesła i podchodzi do biurka, za którym siedziała Velika. Zamydlił damie w futrze oczy i, jak to mężczyzna, pożartował i pokazał jej drogę w kierunku krzeseł. A co na to Velika? Najpierw zacisnęła usta w cienką kreseczkę. Mogła sobie poradzić sama, oczywiście, po prostu zajęłoby jej to więcej czasu - nadal uważała się za kobietę niezależną, która nie potrzebuje wybawiciela z opresji. Z drugiej strony była jednak wdzięczna stażyście za to, że zajął się znerwicowaną damą z wyższych sfer i pokazał jej hierarchię panującą w Hotynce. Odetchnęła z ulgą, trochę rozczarowana, że sama nie potrafiła rozprawić się z upierdliwą pacjentką.
- Oj, tak. Chętnie bym się z tobą zamieniła. Może zaniosę ten raport, a ty popilnujesz dokumentów? - zaproponowała Velika, pół żartem, pół serio, oddając w odpowiedzi Laszlo najpiękniejszy uśmiech, na jaki było ją stać. Lubiła tego chłopaka, mimo że nie mieli wielu okazji do rozmowy i ich spotkania ograniczały się do tych w Hotynce. Na przykład takich. - Siostra Abrasimova mówiła, że udaje się tylko na przerwę śniadaniową, a znikła już na przeszło... czterdzieści minut - dodała Velika, otwarcie się skarżąc. Wiedziała, że jako stażystka ma prawo popełniać jeszcze błędy. Wiedziała też, że nie powinna zostawać sama w rejestracji, ponieważ było to dość odpowiedzialne stanowisko. Jednak zdawała sobie sprawę, że niewiele pielęgniarek lubiło pracę w rejestracji, dlatego wymieniały się między sobą na wiele możliwych sposobów i za każdym razem szukały okazji na to, aby zniknąć w dyżurce albo w oddziale pierwszej pomocy. Aristova westchnęła i upiła kolejny łyk wody z miętą ze szklanki. - Wolałabym słuchać wywiadu lekarskiego przeprowadzanego przez doktora Zychika niż tu siedzieć - stwierdziła, strzepując niewidzialny pyłek ze swojego białego fartuszka. Doktor Zychik był podstarzałym już uzdrowicielem, który - niestety - niedosłyszał, przez co jego pacjenci musieli bardzo głośno mówić o swoich dolegliwościach. Panu Zychikowi brakowało zaledwie pół roku do emerytury, biedak.
Powrót do góry Go down
avatar

Budapeszt, Węgry

24 lata

brudna

neutralny

pisarz / stażysta w Hotynce
http://petersburg.forum.st/t736-laszlo-szajpenesz http://petersburg.forum.st/t740-laszlo-szajpenesz#1660 http://petersburg.forum.st/t742-slowik#1663 http://petersburg.forum.st/t741-boruta#1661
PisanieRe: Rejestracja   Sob 15 Kwi 2017, 13:54
Zaśmiał się otwarcie, widząc minę młodej stażystki. Nieszczególnie poczuł się przez nią skarcony. I choć promienny uśmiech był średnim wytłumaczeniem, wystarczył, by w choć niewielkiej części obmyć go z win.
László odwrócił się, łokciami opierając o biurko i jeszcze przez chwilę przyglądając się zgromadzonym pacjentom. Starczy pan w kapeluszu, chłopiec, nie niespełna 12-latek i ta kobieta, ta... W jednej chwili w głowie Słowika pojawił się przebłysk i zdał on sobie prędko sprawę, skąd kojarzył płaczącą pacjentkę, tę, która właśnie została poproszona do gabinetu i przeszła tuż obok, nawet na niego nie spoglądając. Widział ją w teatrze, w którym niegdyś bywał tak często i który jeszcze niedawno cieszył się taką popularnością wśród wolnych lub mniej wolnych pań, lubujących się w wsłuchiwaniu w przystojnych chłopców, czytujących po najróżniejszych językach. Często wynikały z tego powodu bójki i niejeden trafiał do szpitala, bo narzeczeni panowie rzadko kiedy cenili sobie sztukę. Z reguły wina leżała jednak po stronie płci pięknej, która na na siłę obłapiała, podchodziła, pytała i omamiała romantycznie zadurzone, niewinne serca poetów.
Jedynie Mariya taka nie była. Ona była inna, tak, tak, nie należała do tych kokieteryjnych kobiet, które uwodziły bezradnych młodzieńców, by wzbudzić zazdrość męża. „Ja tu się przyszłam poradzić, a pan nadal swoje! Myśli pan, że po co ja tu przyjechałam? By się kochać może? Pan uważa, bo jestem gotowa donieść na pana, bo pan nie rozumie! Nic pan nie rozumie! Wie pan po co tu przyjechałam? Uczyć się!" tak mu powiedziała. A gdy przyglądali się razem, któregoś jesiennego dnia, panom dla odmiany, zwróciła się do niego, odrobinę już nietrzeźwa, ale nie mniej oburzona i wyrzekła: "Pan widzi jak oni nas traktują? Jak ułomne! Głupie! Może pan jest mądrzejszy w istocie, ale nie dlatego, że jest pan mężczyzną, tylko dlatego, że taki z pana człowiek."
Och, Mariya, Mariya.
Mógłby László tak rozmyślać dnie całe i noce, gdyby propozycja Veliki nie wyrwała go z rozmarzenia.
- A właśnie, raport! - wyrzekł, bardziej do siebie niż do niej, nagle przypominając sobie o trzymanej w ręku kartce. Po chwili dopiero przyswoił resztę zdania i pokręcił głową na boki, jak dziecko, które próbuje wymigać się od prac domowych. Nie mógł siedzieć w jednym miejscu, śpieszył się dziś z resztą, by opuścić Hotynkę jak tylko skończy się jego zmiana i czym prędzej biec na pocztę. W recepcji z pewnością zatrzymaliby go na dłużej, a kto wie, kto wie - może ona już odpisała?
Rozłożył trzymane w ręku papiery, które wcześniej nieświadomie zgiął na pół. Wygiął je delikatnie w drugą stronę, próbując sprawić, by kreska, która utworzyła się na środku stała się mniej widoczna.
Odwrócił się z powrotem do Veliki, tyłem do drzwi i oparł obie dłonie o stół.
- Ale ty też nie powinnaś tutaj tyle siedzieć. - stwierdził, rozglądając się na boki. Było w końcu tyle ciekawych miejsc w szpitalu, a oni rozsadzali stażystów po rejestracjach, zupełnie tak, jakby byli niezdolni do czegokolwiek bardziej wymagającego.
- Na II piętrze podobno mają terraria. - potrząsnął delikatnie niewielkim pękiem srebrnych kluczyków, które nie wiadomo kiedy znalazły się w jego dłoni.
Oj, László, na bogów.
Powrót do góry Go down
avatar

Tak.

Petersburg, Rosja

23 lata

błękitna

neutralny

studentka kursu uzdrowicielskiego
http://petersburg.forum.st/t602-velika-aristova#1041 http://petersburg.forum.st/t635-velika-anastasia-aristova#1136 http://petersburg.forum.st/t621-veliszka http://petersburg.forum.st/t634-gridia#1818
PisanieRe: Rejestracja   Nie 16 Kwi 2017, 13:14
Velika - mimo wszystko - lubiła spędzać czas w Hotynce. Uwielbiała przyglądać się pacjentom, zastanawiać się nad ich życiowymi historiami i rozterkami. Jeszcze bardziej lubiła im pomagać. Zawsze była pierwszą chętną stażystką, która mogła uczestniczyć w wywiadzie lekarskim jakiegokolwiek uzdrowiciela. Sporządzała dokładne notatki, prowadziła własne obserwacje. Krążyła po jasnych korytarzach Hotynki, poznawała każdy zakamarek i wchodziła gdzie się tylko dało - oczywiście, tylko tam, gdzie nie potrzebowała żadnego pozwolenia albo klucza. Z utęsknieniem wypatrywała końca studiów i liczyła na to, że doktor Wroński poprze jej kandydaturę na następny staż, tym razem przygotowujący do samodzielnego wykonywania zawodu. Z każdym dniem kochała Hotynkę coraz bardziej i w głowie jej się nie mieściło, że zaledwie miesiąc temu rozważała porzucenie studiów medycznych. Co prawda, nadal mogła aplikować do teatru, nadal mogła podjąć kurs różdżkarski, nadal mogła wybrać zupełnie inną ścieżkę kariery. Była młoda, w każdej chwili mogła zmienić decyzję - w końcu odznaczała się lekkomyślnością i nieumiejętnością podejmowania rozsądnych wyborów, więc moglibyśmy się czegoś takiego po niej spodziewać. Jednak pokochała ten szpital i ludzi, polubiła resztę stażystów. László również polubiła.
Uśmiechnęła się pod nosem, kiedy przypomniał sobie o raporcie. Rozprostował go - a raczej, próbował rozprostować.
- Spróbuj zaklęcia. Prostujące albo naprawiające - poradziła Velika, nie patrząc na kolegę. Wertowała teraz wielką księgę rejestracyjną i układała książeczki zdrowotne pacjentów według kolejności alfabetycznej. László nie skorzystał z jej rady i nadal siłował się z kartką papieru, na co zareagowała pewnym politowania spojrzeniem. Artyści. Zaraz - czy sama również nie była artystką? Nie zaczytywała się w poezji, nie marzyła o lepszym jutrze podczas asystowania przy operacjach, co często skutkowało przypadkowym podaniem złego narzędzia? Westchnęła ciężko i uśmiechnęła się do chłopaka, trochę jak matka okazująca cierpliwość swojemu dziecku. Tylko László wyzwalał w niej takie odczucia. Skierowała różdżkę w kierunku raportu. - Fiksat - mruknęła pod nosem, a kreska, która utworzyła się na środku kartki, zniknęła. Oczywiście, wątpiła, czy któryś lekarz albo dyrektor wyraził swoją dezaprobatę z powodu zagięcia na raporcie, ale ostrożności nigdy za wiele.
Przeniosła wzrok na stażystę, gdy oparł dłonie o biurko, niebezpiecznie blisko jej szklanki z wodą i miętą. Rozejrzał się na boki, przez co ona również - jak papuga - podążyła wzrokiem za punktami, na których zatrzymał się jego wzrok.
- Wiem, że nie powinnam, ale nie mogę sobie stąd pójść - stwierdziła Velika z dość żałosną miną. A zaraz w jej oczach pojawił się niebezpieczny błysk. Terraria. Klucze. Czyżby... - László! Skąd je masz? - szepnęła Velika dość konspiracyjnym szeptem, aż wstając z krzesła i nachylając się ku koledze. Marzeniem każdego stażysty było wejście do laboratorium i zapoznanie się chociaż z częścią umieszczonych tam zwierząt, przedmiotów i antidotów. Krótka wycieczka pokazująca drzwi do ów oddziału nie była zbyt satysfakcjonująca.
W tej chwili Velika najchętniej opuściłaby rejestrację i udałaby się wraz z László na zwiady. Cóż, gdyby siostra Abrasimova wróciła w ciągu kilku minut, Velika zapewne poszłaby wraz z chłopakiem. Pod pretekstem wspólnego oddania raportu, oczywiście. To, że po drodze zbłądziliby w okolicach drugiego piętra... Czy to ważne? Jakoś musieli sobie osłodzić ten dzień!
Powrót do góry Go down
avatar

Budapeszt, Węgry

24 lata

brudna

neutralny

pisarz / stażysta w Hotynce
http://petersburg.forum.st/t736-laszlo-szajpenesz http://petersburg.forum.st/t740-laszlo-szajpenesz#1660 http://petersburg.forum.st/t742-slowik#1663 http://petersburg.forum.st/t741-boruta#1661
PisanieRe: Rejestracja   Nie 16 Kwi 2017, 23:53
Dorównywali sobie zarówno pasją jak i zapałem. Podobnie jak Velika, Słowik do niczego (może poza poezją) nie pałał taką pasją jak do pomocy innym. Za każdym razem na wykładach wybuchał entuzjazmem, zaczynał mówić, że albo to, albo nic. A jak nic, to zgodzi się na cokolwiek. Ale nigdy nie zrezygnuje. I być może dlatego, a być może z zupełnie innego powodu nie przejawiała się w jego zachowaniu żadna obawa przed utraceniem stanowiska. Wprowadzał swoje innowacje, wchodził do sal bez pytania i jak powiedział mu kiedyś profesor Chekhov: "naruszał swoimi literackimi wymysłami spokój pacjentów".
Nic nie mógł z tym zrobić. W odwiecznym cyklu wszechświata trafił chyba akurat na etap, gdy ludzie woleli posługiwać się rozumem, nie sercem. A on? Nieuleczalny romantyk, którego ledwo było stać na utrzymanie, cieszył się, kiedy miał na własność drewniany ołówek, narażał się w ten sposób. Nic nie wiedział o dorosłości, może poza tym, że chyba nigdy do niej nie dorósł. Ilekroć nawet próbował, zaraz znów przypominał sobie bajkę o koniu, który zniecierpliwiony wolnością daje sobie nałożyć siodło i uzdę i zajeżdżony zostaje na śmierć.
Myśli miał z resztą w świecie odległym, takim, w którym nie pojął jeszcze ani sercem ani umysłem, że Mariya znajdowała się w miejscu odległym i niepoznanym, że nigdy prawdopodobnie nie wróci do Petersburga. Daremnie wyciągał ku niej ramiona rankiem, kiedy budził się z przykrych marzeń, daremnie nocą szukał jej w łóżku, gdy ulegał złudzie szczęsnego, niewinnego snu, jakoby siedział wraz z nią na łące i okrywał jej dłoń pocałunkami. Kiedy co raz wracał do jawy, w sercu czuł bolesny ucisk i biegł zaraz z rana do Orlej Wieży w nadziei ujrzenia długo wyczekiwanego listu.
Nie mógłby jednak zatracać się wciąż w marzeniach, bo zupełnie byłby niezdatny, nie tylko do pracy, ale do życia w ogóle. Odkładając więc nadzieje na otrzymanie dziś wiadomości, za którą rzuciłby się chyba panu Olehowi na szyję, trzymał się mocno rzeczywistości, w rękach wciąż rozkładając pogięty raport. Nie zdążył nawet wyciągnąć różdżki (nie zdecydował jeszcze czy zamierza), gdy Velika rozwiązała sprawę za niego i za pomocą pojedynczego słowa naprawiła pognieciony papier. László spojrzał na nią i zrobił dokładnie taką samą minę, jaką ta obdarowała go, gdy zbył wcześniej uciążliwą pacjentkę. Niedługo potrafił jednak sprawiać wrażenie urażonego. W obliczu wyjątkowo ekscytującej sytuacji, zaraz znów nabrał liryczności.
- Siostra Abrasimova nie zostawiła cię tu przecież na zawsze, z resztą, co złego może się stać? - odpowiedział, nachylając się nieco bardziej i próbując rozważyć potencjalne scenariusze, spośród których nie znalazł żadnych o negatywnym zabarwieniu. Pozwolił sobie więc przedłużyć chwilę wyczekiwania, nieświadomie podbudowując własne ego, po czym podparł brodę na dłoni w której trzymał pętko srebrnych kluczyków.
- Doktor zostawił je wczoraj na bloku operacyjnym. Chciałem oddać przy okazji raportu... - zerknął na trzymane w dłoni kartki. - Ale równie dobrze moglibyśmy zajrzeć... - zakłopotał się na chwilę, a potem znów uniósł wzrok, obdarowując towarzyszkę promiennym uśmiechem.
Powrót do góry Go down
avatar

Tak.

Petersburg, Rosja

23 lata

błękitna

neutralny

studentka kursu uzdrowicielskiego
http://petersburg.forum.st/t602-velika-aristova#1041 http://petersburg.forum.st/t635-velika-anastasia-aristova#1136 http://petersburg.forum.st/t621-veliszka http://petersburg.forum.st/t634-gridia#1818
PisanieRe: Rejestracja   Pon 17 Kwi 2017, 19:36
Co oni sobą najlepszego prezentowali? Na pewno nie byli najlepszymi studentami na roku, na pewno nie podlizywali się kadrze albo żadnymi przebiegłymi metodami nie przygotowywali sobie ciepłej posadki w Hotynce po skończeniu stażu. Każde z nich dążyło do zrealizowania planów swoją drogą, wyznaczali sobie różne cele, a to, że po drodze spotykali się w kilku punktach, w niczym im nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie - pomagali sobie jak tylko mogli, wspierali się i nie podstawiali sobie kłód pod nogi. Swoją drogą - tak samo jak László czuła się niezrozumiana przez społeczeństwo, mimo że nie była nieuleczalną romantyczką. Nie była w stanie zrozumieć, dlaczego kobiety w umysłach rosyjskich czarodziejów nadal powinny się głównie zajmować domem i rodzić dzieci, bez żadnych perspektyw na przyszłość. Dlaczego? Nie potrafiła tego pojąć, mimo że starała się ze wszystkich sił. Czuła się jak Joanna D'Arc, kiedy jako jedna z niewielu stażystek krążyła po szpitalu. Z jej rodziny tylko dwie kobiety połączyły - częściowo - swoją karierę z lecznictwem. Reszta znajdowała pracę w ministerstwie, ale to nadal była niewielka część, rozrywką większości arystokratek nadal było wychowywanie dzieci i przygotowywanie ich do Bali Zwycięstwa. László miał dobrą sytuację. Lepszą od Veliki. Sam mógł wybrać sobie żonę, tak samo jak ścieżkę kariery, ponieważ rodzina nie podsuwała mu pod nos żadnych kierunków. Jednak wyglądało na to, że László mógł być tylko z jedną kobietą, wybraną przez niego już przed laty. Na tylko jedną czekał nieustannie, tylko z jedną wyobrażał sobie swoje przyszłe życie. Gdyby László napomknął Velice coś o Mariyi, stwierdziłaby, że jest okrutna. Gdyby powrotu Veliki do miasta z utęsknieniem wyczekiwałby oddany kochanek, nie traciłaby ani chwili dłużej na zwłokę. Jednak chłopak - jak to każdy romantyk - wierzył w jedną miłość, od początku, do końca, od zalążka aż do śmierci. Nawet gdyby przez przypadek związałby się z inną kobietą, gdyby wieczorami zaglądał w jej oczy, widziałby oczy Mariyi; ściskając jej dłoń, również wyobrażałby sobie utraconą kochankę. Gdyby tylko wiedziała, podziwiałaby go. Za wytrwałość, wierność i cierpliwość, z jaką codziennie udawał się na pocztę w celu sprawdzenia, czy dostał odpowiedź od Mariyi.
Jednak nie wiedziała.
Zamiast tego Velika już widziała siebie w sali z terrariami, oglądającą dzikie okazy przyrody hodowane w Hotynce, w celu wytworzenia antidotum na miejscu. Najchętniej wstałaby z miejsca już, w tej chwili, i podążyła za László, zostawiając biurko w rejestracji, zostawiając pacjentów, dokumentację.
- Poczekasz ze mną, aż ona wróci? Proszę, László, naprawdę chcę tam iść - powiedziała cicho Velika, nachylając się konspiracyjnie w stronę chłopaka, starając się, aby nikt nie usłyszał ich rozmowy. Gdyby tylko ktoś się dowiedział, że planują nielegalną wycieczkę w okolicach drugiego piętra, a następnie doniósł kadrze szpitala... wylecieliby ze stażu. Jednak nie mogli zmarnować takiej okazji! Nie na co dzień László zdobywał klucze doktora. Gra była warta świeczki. - Nie znałam cię od tej strony - zaśmiała się zaraz Velika, dając László kuksańca w pierś. Niby taka cicha woda, a tu proszę... - Zrobisz to dla mnie? - poprosiła ładnie Velika, ale zaraz zamilkła, jednocześnie prostując się nienaturalnie, ponieważ do szpitala wszedł kolejny pacjent. Przysiadła na krześle i wyjęła nową kartę, jednocześnie dając koledze ruch dłonią, aby odsunął się trochę na bok. Przy biurku stanął pulchniutki, mały czarodziej z uszami wielkości... uszu słonia. - Imię i nazwisko, poproszę - zaczęła profesjonalnie Velika, w duchu powstrzymując się od śmiechu na widok powiększonych uszu mężczyzny.
Powrót do góry Go down
avatar

Budapeszt, Węgry

24 lata

brudna

neutralny

pisarz / stażysta w Hotynce
http://petersburg.forum.st/t736-laszlo-szajpenesz http://petersburg.forum.st/t740-laszlo-szajpenesz#1660 http://petersburg.forum.st/t742-slowik#1663 http://petersburg.forum.st/t741-boruta#1661
PisanieRe: Rejestracja   Pon 17 Kwi 2017, 23:34
Czasem wątpił w autentyczność wspomnień, zbyt przerysowanych i szczęśliwych, by wydawały mu się odwzorowaniem przeżytej rzeczywistości. Mariya jawiła mu się jako kobieta idealna i idealnym było to, co ją wówczas otaczało. Dlatego wielkim było jego zdziwienie – czy strach? dezorientacja? – gdy pokochał ją, jak nie kochał nikogo, nawet samego świata. Zazwyczaj bowiem, piękne lica kobiet nie stanowiły dla niego niczego więcej, ponad walorem artystycznym, nigdy nie zmiękczały jego spojrzenia, nie gasiły czujności, nie rozpalały rzekomych instynktów. Pożądanie jakie mógł odczuwać w obecności płci pięknej było wyłącznie pożądaniem intelektualnym - jakby świat przyziemny nie istniał, jakby sam László  stał ponad pragnieniem rozebrania kobiet z tego, co czyni je najpiękniejszymi – intelektu. Być może dlatego nie potrafił dać się zwieść, nękany ludzką dociekliwością, sfrustrowany, że kobieta jest prawdziwa i jednocześnie całkowicie nieodgadniona.
Nie wierzył co prawda w wielką przemianę zdegenerowanego społeczeństwa, jednak tliła się w nim zgubna nadzieja, że jest w stanie zmienić coś w niewielkich kręgach. Naprostować komuś ścieżkę, przestrzec przed wybraniem większego zła. A w czynieniu błędów miał przecież doświadczenie. Taki się urodził najwyraźniej - niespokojny i maniakalny, jak tylko może być niespokojne i maniakalne wyjątkowo piękne dziecko.
Podobnie teraz, niemalże położył się na blacie, z artystycznym westchnięciem wyrażając swoją dezaprobatę nad sumiennością przyjaciółki. Niepotrzebnie tylko udawał, że się zastanawia, bo kto znał go choć odrobinę, wiedział, że Poeta zaczekałby i do końca dnia, gdyby go o to poprosić.
- W porządku. - uniósł kąciki warg do góry i zmrużył oczy. A zrobił to dokładnie w momencie, gdy dziewczyna nagle się wyprostowała, zmuszając i jego do przyjęcia pozycji odpowiedniej do miejsca i sytuacji. Chrząknął, odchylając się od biurka i wygładzając biały fartuch. Nie śpiesząc się szczególnie, powoli przekręcił głowę, spoglądając na przybyłego pacjenta. Drobny uśmiech rozbawienia zaigrał na jej licu - nie mógł tego powstrzymać, było w tym coś ujmującego i ujmująco zabawnego. Przyglądał się jednak nieznajomemu tylko przez chwilę, nie był bowiem nieuprzejmy, ani na nieuprzejmego  nigdy nie chciał wyjść. Oparł się łokciem o bok lady, przodem do drzwi, zupełnie spokojnie zawieszając wzrok na...
- Siostra Abrasimova, jak dobrze panią widzieć! - wykrzyknął w chwili, w której tęga kobieta wychyliła się zza rogu. Schował prędko pęk srebrnych kluczy do kieszeni i przeskakując nad biurkiem górą, znalazł się tuż obok Veliki.
- Chodź, chodź, koniec twojej zmiany! - złapał przyjaciółkę za rękę i posławszy jej promienny uśmiech, wyciągnął ją zza lady, nie pozostawiając szansy na odpowiedź.
Pielęgniarka rzuciła im obojgu podejrzliwe spojrzenie, jednak ostatecznie ruszyła w stronę recepcji, przepraszając pacjenta za chaos i mrucząc pod nosem coś mało pochlebnego o dzisiejszej młodzieży. Co jednak istotniejsze, nie zatrzymała ich, machnęła nawet od niechcenia ręką, jakby chciała powiedzieć: "a, idźcie, jeszcze się tu nasiedzicie!" Nie zwlekając więc dłużej, odbierając jej zgodę, prawie jak łaskę od Boga, László w towarzystwie młodszej stażystki, ruszył w kierunku schodów, prowadzących na II piętro.

z/t
rzucę gdzieś posta w tych terrariach jutro, ok ♥
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Rejestracja   
Powrót do góry Go down
 
Rejestracja
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1


Skocz do: