Навигация

Sala nr 13
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  




 

 Sala nr 13

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
avatar

PisanieSala nr 13   Pią 03 Lut 2017, 16:03
Sala nr 13

W sali znajduje się szereg łóżek zasłoniętych jasnymi kotarami oraz nocnych szafek z lampką. Wyraźnie widać starania pielęgniarek, które starają się dbać, by w pomieszczeniu panowała przytulna i przyjazna atmosfera. Na kafelkowanych ścianach znajdują się pojedyncze obrazy przedstawiające głównie krajobrazy oraz martwą naturę. Pokój jest utrzymany w białej kolorystyce, w powietrzu zaś unosi się delikatny zapach lekarstw i świeżych eliksirów.

Powrót do góry Go down
avatar


Kijów, Ukraina

22 lata

cień

błękitna

neutralny

studentka kursu uzdrowicielskiego
http://petersburg.forum.st/t718-veroshka-vasilchenko http://petersburg.forum.st/t751-veroshka-vasilchenko http://petersburg.forum.st/t773-veroszka http://petersburg.forum.st/t752-skoczek
PisanieRe: Sala nr 13   Nie 23 Kwi 2017, 19:28
Piątkowe popołudnia spędzane w murach szpitala Hotynka zaczęły powoli wpisywać się w tygodniową rutynę twojego petersburskiego życia. Gorzej w poniedziałki, gdy o godzinie stanowczo parszywej, sygnalizowanej piątym uderzeniem ściennego zegara, zdecydowanie wbrew własnej woli!, zrywasz się z tak przecież wygodnego łóżka. Mimo że powoli zaczęłaś oswajać się z myślą, że przez dłuższy okres czasu tak właśnie będzie wyglądał początek każdego kolejnego tygodnia, to tak czy siak niełatwo przychodzi ci wytknięcie spod ciepłej kołdry choć czubka małego palca, już nie wspominając o postawieniu na ziemi całej stopy. A gdy wreszcie udaje ci się tego dokonać, podłogi dotyka zazwyczaj lewa część zaspanego ciała. Czy to zła wróżba? Cały tydzień spisany na straty?
Regularne wizyty w przychodni już od jakiegoś czasu masz wpisane w swój studencki harmonogram. Owinęłaś bandażem już tyle drobnych obrażeń rąk, nóg i innych kończyn, że po paru miesiącach możesz robić to czy to z zamkniętymi oczami, czy wręcz przeciwnie, wodząc wzrokiem po całej sali, szukając dla siebie kolejnej ofiary. Najchętniej przeskoczyłabyś już na kolejny stopień medycznego wtajemnicza i zajęła się czymś poważniejszym niż uparte wcieranie maści w zasklepiające się na oczach rany, jednak musisz wykazać się jeszcze odrobiną cierpliwości.
Wybiła więc piąta. W jeszcze leniwe piątkowe popołudnie - tłumy roztrzepanych studentów, zapewniających sobie jakieś zdrowotne, zazwyczaj poimprezowe, atrakcje zaczną napływać w progi przychodni dopiero za parę godzin, gdy ty szczęśliwie już dawno zdążysz zaszyć się w jakimś o wiele przyjemniejszym miejscu. Zajęcie, które na początku przynosiło tak wiele satysfakcji, powoli staje się po prostu nudne. Zrzućmy to na karb ambicji. I wzrostu wymagań. Opierając się o ladę rejestracji, z nieco bezmyślną miną obracając w dłoni ołówek, podskakujesz lekko, gdy wzywają cię do kolejnego pilnego, acz nie tak zagrażającego życiu, przypadku. Nieco tanecznym, tak charakterystycznym dla siebie krokiem, tym razem bynajmniej nie będącym przejawem podniecenia, a jedynie dowodem płynącej w żyłach cygańskiej krwi, pokonujesz drogę dzielącą cię od sali numer trzynaście, gdzie za jednym z parawanów czeka kolejny pacjent.
- Co tym razem tutaj mamy? - rzucasz od niechcenia, wciągając w nozdrza delikatny zapach lekarstw i gwałtownie pociągając za kotarę, w głowie zakładając się sama ze sobą o to, co tym razem za nią znajdziesz.
Powrót do góry Go down
avatar


Kaliningrad, Rosja

21 lat

błękitna

za Starszyzną

początkujący kucharz
http://petersburg.forum.st/t674-krzesimir-wronski#1329 http://petersburg.forum.st/t778-krzesimir-wronski http://petersburg.forum.st/t770-zjedz-mnie#1850
PisanieRe: Sala nr 13   Pon 24 Kwi 2017, 13:06
Było jeszcze przed godziną szczytu, tylko jeden stolik zajęty. Krzesimir obsmażał comber jagnięcy. Oprószyć solą, kostkami do góry – nic trudnego. Stał przed palnikiem wyprostowany jak struna pod czujnym okiem bardziej doświadczonego kucharza; sam pracował na tej kuchni dopiero od miesiąca, uradowany każdą chwilą spędzoną na czynnościach innych niż lawirowanie między stolikami, bez kretyńskiego ręczniczka przewieszonego przez ramię.
(No dobrze, ręczniczka nie było, ale nawet bez podobnych ozdobników rok roznoszenia jedzenia to więcej niż dość.)
Krzesimir przygotowywał danie (jedno z pierwszych w swojej karierze, które faktycznie miało trafić do gości) i już miał je zdejmować z patelni i kroić, zawołać, że gotowe i że można podać. Już chciał być z siebie dumny i na spokojnie dopytać kucharza o doprawianie jagnięciny. Nie zdążył, jagnięcina pewnie z jednej strony się przypaliła – przechodzący zamaszyście sommelier (czego sommelier szukał w kuchni, trudno powiedzieć) potrącił garnek z wrzącym wywarem na rosół, a zawartość garnka oparzyła rozlegle całe lewe ramię Krzesia. Krzesio, biedactwo, wrzasnął i odskoczył, a jego troskliwy zwierzchnik nie chcąc słyszeć słowa sprzeciwu na widok powstających szybko bąbli na skórze Wrońskiego przegonił go z kuchni i polecił udać się do szpitala. Krzesimir ani myślał protestować, i choćby nawet chciał, nie mógł nawet zadręczać się losem combra jagnięcego – ręka bolała go koszmarnie, wręcz do łez, których kilka mimo woli uronił, a prowizoryczny okład, który założono mu na szybko w restauracji nie przynosił ulgi zupełnie.
Pani w rejestracji skierowała go do sali numer trzynaście i nie wydała się szczególnie przejęta jego urazem, który w przekonaniu Krzesimira kwalifikował się jednak do bardzo, ale to bardzo poważnych. Usiadł na jednym z wolnych łóżek poprzedzielanych kotarami i ze wszystkich sił starał się czekać cierpliwie bez wołania o natychmiastową pomoc, chociaż wolałby nawet chodzić po ścianach, byle tylko odwrócić uwagę od palącego bólu. Przygryzał wargi, powoli wciągał powietrze, próbował wszystkiego, chociaż jego sposoby nie miały pewnie w ogóle sensu.
Nie zdobył się na dokładne obejrzenie własnego ramienia, niedobrze mu się robiło na widok wypełnionych żółtawą cieczą pęcherzy. Nie mógł zrozumieć gotowości lekarzy do oglądania podobnych, a pewnie i bardziej makabrycznych widoków codziennie, od rana do nocy.
Ucieszył się na widok białego kitla – oto pomoc nadchodzi. Opatrzył się z bielą fartuchów, sam miał nadzieję niedługo dostać swój własny jako ostateczne potwierdzenie jego przynależności do kuchni. Bez zbędnych wstępów okazał uzdrowicielce oparzone ramię.
- Oparzyłem się pół godziny temu. – powiedział w końcu. – Rosołem.
Powrót do góry Go down
avatar


Kijów, Ukraina

22 lata

cień

błękitna

neutralny

studentka kursu uzdrowicielskiego
http://petersburg.forum.st/t718-veroshka-vasilchenko http://petersburg.forum.st/t751-veroshka-vasilchenko http://petersburg.forum.st/t773-veroszka http://petersburg.forum.st/t752-skoczek
PisanieRe: Sala nr 13   Wto 25 Kwi 2017, 11:14
Pomyśleć, że jeszcze do niedawna jedyne znane ci rany miały charakter drobnych zadrapań, mieniących się różnymi kolorami siniaków, czy lekko zaczerwienionych kolan, gdy po całym dniu spędzonym z braćmi w lasach wracałaś do domu, z dumą pokazując ojcu kolejne trofea - bez łez, bez krzyków, proste i namacalne dowody na to, jak silną jesteś dziewczynką. Bo mając lat dziewięć właśnie one wydawały ci się przejawem największej odwagi. Dzisiaj uśmiechasz się pod nosem, na wspomnienie tamtych dni, nie tylko śmiejąc się ze swej dziecięcej naiwności, ale i ciesząc się z powrotu do wspomnień. To taka zakładka w pamięci, pozwalająca przypomnieć sobie czasy, gdy życie wydawało się o wiele łatwiejsze i wydawało się, że świat naprawdę stoi przed tobą otworem. Czasem chciałabyś znowu być dzieckiem.
Cmokasz lekko, nachylając się nad parszywie wyglądającą raną. Widywałaś gorsze rzeczy, nie ma co się okłamywać, ale te żółtawe bąble tworzące ogromne pęcherze mogące wybuchnąć, jak się wydaje, w każdej chwili, na pierwszy rzut oka wcale nie wyglądają tak niegroźnie. Ołówek wtykasz za ucho, delikatnie obejmując dłońmi ramię poszkodowanego i w skupieniu przygryzając wargi.
Rosołem. Brawo, nieszczęśniku. Po raz kolejny dociera do ciebie myśl, że wy to macie szczęście: żyjąc w świecie magii. Bo w tym należącym do mugoli owego delikwenta czekałaby o wiele dłuższa rekonwalescencja, a tak...
- Rosołem. Wygląda to, jakby ktoś z premedytacją wylał na Pana pełną wazę. - Podnosisz wreszcie wzrok, spoglądając swemu pacjentowi w oczy. Twarz nieco znajoma, coś podpowiada ci, że masz przed sobą osobę, która nie jest ci tak zupełnie obca. Jednak nie jesteś w stanie połączyć jej z konkretnym nazwiskiem. Na moment przymykasz oczy, wysilając umysł, jednak  żadne imię nie przychodzi ci do głowy. Niemal niezauważalnie wzruszasz ramionami, sięgając do kieszeni szpitalnego fartucha. Do tej, w której trzymasz różdżkę. -  Zaczniemy od prostego zaklęcia, aby pozbyć się... pęcherzów i choć trochę uśmierzyć ból. - Zdajesz się nie dostrzegać przygryzania warg, jak powoli wciąga w płuca powietrze, walcząc z bólem. Raczej rzuciłabyś, że dumna jesteś z tej jego odwagi: nie drga Panu nawet jeden mięsień twarzy! Jednak chcąc oszczędzić mi bólu od razu bierzesz się do roboty. - Gotowy?
Posyłasz mu delikatny uśmiech. To te oczy, tak - na pewno - masz wrażenie, że kiedyś były zdecydowanie większe, jakby bardziej wyraźne, wyróżniały się jakby inaczej? Na chwilę odciągając uwagę od całej reszty twarzy. Teraz komponują się nieco delikatniej, wpisując się w owal przystojnej twarzy.
Powrót do góry Go down
avatar


Kaliningrad, Rosja

21 lat

błękitna

za Starszyzną

początkujący kucharz
http://petersburg.forum.st/t674-krzesimir-wronski#1329 http://petersburg.forum.st/t778-krzesimir-wronski http://petersburg.forum.st/t770-zjedz-mnie#1850
PisanieRe: Sala nr 13   Sro 26 Kwi 2017, 20:11
Krzesimir nie przypominał sobie, by w całym swym niespełna dwudziestodwuletnim życiu bolało go kiedykolwiek bardziej, niż boli teraz (a raczej bolało przed półgodziną), a przecież ucierpiał nie mniej urazów niż przeciętny chłopak w tym wieku. Być może warto wspomnieć, że rzadko mógł pochwalić się siniakami zebranymi w podwórkowej bójce, ale w dzieciństwie uczył się przecież szermierki, a niewiele później – strugania w drewnie, nie wspominając o jeździe konno. Na małym palcu lewej dłoni wciąż ma bliznę po ostrzu noża, a i zdarzało mu się pić Szkiele-Wzro tygodniami po licznych upadkach z końskiego grzbietu.
W Akademii natomiast jeśli gościł w oddziale medycznym, to najczęściej w towarzystwie starszej siostry drżącej o jego lub własne zdrowie. Może to właśnie zapach jej miętowego płynu do dezynfekcji, z którym od urodzenia praktycznie był zaznajomiony pomógł mu oswoić się z gabinetem lekarskim.
- W zasadzie jakby tak było, ale jestem pewien, że to wypadek przy pracy. Widzi pani, jestem kucharzem.
Jeszcze nieco wody upłynie zanim faktycznie zyska prawo do przypisywania sobie zawodu, ale przed młodą lekarką chyba może spróbować błysnąć. Ona też na pewno niedawno skończyła studia, jeśli w ogóle.
- Proszę, im szybciej, tym lepiej.
Sam, przez własną nieuwagę, dawno się już nie oparzył. Przypomniało mu się na krótko, ale bardzo wyraźnie, bieganie do szkolnej pielęgniarki w pierwszych miesiącach, kiedy uczył się gotować w kuchni Koldovstoretz i poczuł się prawie identycznie jak wtedy, gdyby nie pewność, że Jadwiga – w końcu – nie przybiegnie zapłakana, by go doglądać, bo ma za dużo na głowie. Krzesimir nie przywykł, by samemu mierzyć się z bólem i perspektywą jakiejkolwiek rekonwalescencji; nigdy zresztą – chociaż w pracy otaczają go codziennie wysokie temperatury, ostre noże i żywy ogień na patelniach – nie zakładał, że przyjdzie mu wylądować w szpitalu, a na pewno nie tak szybko po objęciu stanowiska kucharza.
Martwiłby się pewnie, co sobie pomyślą w restauracji (być może nawet, że się nie nadaje, i co wtedy?), ale dojmujący ból skutecznie mu to udaremniał. Przyglądał się uzdrowicielce, żywiąc nadzieję wobec każdego jej ruchu, że będzie tym, który przyniesie ulgę.
Przy szkolnej pielęgniarce, kiedy po raz pierwszy nabawił się ran przy gotowaniu, zdarzyło mu się zapłakać, ale teraz nie mógł sobie przecież na to pozwolić. Wyrósł przecież z tego, tak jak wyrósł ze szkolnych mundurków i brzydkich okularów; szkoła wydała mu się nagle bardzo dawno temu. A przecież pamiętał wszystko tak dobrze – każdy garnek w kuchni, które drzwi skrzypiały w kredensach, na której półce stał makaron, a na której mąka.
Powrót do góry Go down
avatar


Kijów, Ukraina

22 lata

cień

błękitna

neutralny

studentka kursu uzdrowicielskiego
http://petersburg.forum.st/t718-veroshka-vasilchenko http://petersburg.forum.st/t751-veroshka-vasilchenko http://petersburg.forum.st/t773-veroszka http://petersburg.forum.st/t752-skoczek
PisanieRe: Sala nr 13   Sob 29 Kwi 2017, 20:12
Skrzydło Szpitalne Akademii Koldovstoretz to i dla ciebie miejsce nie tak zupełnie obce. Owszem, zdarzyło ci się parę razy naciągnąć ramię, zbyt silnie zamachując się na nadlatujący w twoją stronę tłuczek, choć nigdy nie miałaś tej wątpliwej przyjemności spędzenia w tamtych czterech ścianach całej nocy, wlewając w siebie hektolitry obrzydliwego zielonego płynu podsuwanego pod nos przez pielęgniarkę. Na szczęście. Kto by wtedy przypuszczał, że skończysz w takim, a nie innym miejscu – przejmując tę niewdzięczną rolę, perorującej słodkim tonem, że nie ma takiej możliwości, aby wypić jedynie połowę wspomnianego eliksiru. Ciekawe, co by na to wszystko powiedział Anton – kiedyś to on brawurowo ratował zawodników z opresji, jak przystaje na kapitana dbającego o dobro drużyny. Nigdy nie zapomnisz tego ścisku w sercu i przerażenia w oczach całych trybun, gdy na ostatnim roku trzecioroczniak, Mykolayovych cudem nie zakończył swego żywota po bliskim spotkaniu z boiskowym trawnikiem. I to tylko za sprawą tego samego Velerieva, który wtedy bohatersko wkroczył do akcji, łapiąc go zaledwie kilkanaście centymetrów nad ziemią, a obecnie sam przebywał w Hotynce, lecząc się po nabytej kontuzji. Podobno niewolnej od jakichś niesprecyzowanych powikłań. Ale nie martw się na zapas, to w końcu tylko plotki! Które, nomen omen, sama powinnaś w końcu zweryfikować.
- To w takim razie chyba nie najlepsza wróżba? - mówisz żartobliwie, ponownie nachylając się nad raną, już wyplątawszy w zakamarków kieszeni różdżkę, ustawiając jego ramię w taki sposób, aby mieć pewną, że zaklęcie wyjdzie ci poprawnie. - Choć nie wyczuwam w Pańskiej aurze żadnych złych wibracji... A, proszę mi wierzyć, całkiem dobrze znam się na wróżbach... Poza tym żołnierz bez karabinu, uczeń bez Trolla na SUM-ach... Rozumie Pan, do czego zmierzam? Kucharz bez choć raz spalonego przedramienia... Nie mógłby nazywać siebie prawdziwym kucharzem! Mehuric! - rzucasz zaklęcie, nawet nie robiąc przerwy w tym ciągu wylewających ci się z ust słów.
Pani. Pani Vasilchenko Dźwięczy ci w głowie, gdy obserwujesz jak zaklęcie powoli zaczyna działać. Wciąż nie przyzwyczaiłaś się, że pacjenci zwracają się do ciebie właśnie w ten sposób. Jeszcze niedawno byłaś jedynie prostą nastolatką, dziewczęciem ledwie odrosłym od ziemi, a w tym krótkim wyrazie – Pani – kryje się zdecydowanie zbyt duża dawka odpowiedzialności. Tym bardziej, że siedzący przed tobą młody człowiek musi być w wieku zdecydowanie zbliżonym, a poza tym, te rysy twarzy z każdą chwilą wydają ci się coraz bardziej znajome... Choć przecież sama zaczęłaś zwracać się do niego tak oficjalnie.
Żółtawe pęcherze zaczynają powoli się zmniejszać, a choć ból zapewne nieco zelżał, przynosząc ze sobą upragnioną ulgę, to skóra nadal pozostała zaczerwieniona i nieco wrażliwa na dotyk. Trochę żałujesz, że ten twój poziom magomedycznego wtajemniczenia pozwala ci jedynie na zastosowanie tego prostego zaklęcia, niwelującego lekkie uszkodzenia ciała, a nie powodującego całkowitego zniknięcia problemu.
- Teraz powinno być chyba lepiej? Wie Pan... Znałam kiedyś takiego początkującego kucharza. W kuchni raczej bardziej irytowałam, niż pełniłam jakąś istotną rolę. Ależ on musiał wewnętrznie się wściekać! Najbardziej lubiłam wylizywać makutry po ciastach, próbować sosów prosto z garnka, w ten sposób ucząc się nowych smaków...  - Powrót do wspomnień sprawia, że w końcu w głowie coś zaczyna ci świtać. - No przecież...!
Okulary. Nosił okulary.
Powrót do góry Go down
avatar


Kaliningrad, Rosja

21 lat

błękitna

za Starszyzną

początkujący kucharz
http://petersburg.forum.st/t674-krzesimir-wronski#1329 http://petersburg.forum.st/t778-krzesimir-wronski http://petersburg.forum.st/t770-zjedz-mnie#1850
PisanieRe: Sala nr 13   Wto 02 Maj 2017, 22:29
Ból, faktycznie, zelżał w końcu i Krzesimir jakby odzyskał nagle cały zapał do siedzenia na szpitalnym łóżku, rozmowy z uzdrowicielką; do życia w ogóle. Choć ramię nadal piekło, zauważył, że okropne bąble już znikają i z ulgą przestał ustawicznie odwracać od nich wzrok.
- Mam szczerą nadzieję, że nie, długo czekałem na tę pracę. – Krzesio szczególnie nie lubi, by nawet wspominać przy nim o wróżbach; swoją przyszłość usiłuje z uporem od lat utrzymać we własnych rękach i samemu na nią zapracować. Pozostał głuchy na propozycję ojca i stryja, którzy gotowi byli poruszyć creme de la creme wschodnioeuropejskiej gastronomii, by przyjęto go na termin do najlepszych restauracji w Moskwie albo Pradze. Jadwiga oferowała nawet, żeby przyjechał do niej do Paryża, ona przecież mu pomoże, a po coś się przecież męczył z nauką francuskiego przez pięć lat. Ale uparty Krzesio woli przecież siedzieć w szpitalnej sali ze spalonym ramieniem. Od rosołu, zupełnie niebohatersko.
- Dziękuję. – nawet, gdyby tylko przyłożyła mu do ręki lód, wzorem wprawionych kucharzy, za tak drobną ulgę byłby dość wdzięczny, by po rękach ją wycałować. Zwłaszcza, że teraz, kiedy wrócił mu wierny ogląd na rzeczywistość, wystarczyła zaledwie chwila, by – no przecież! – poznał „panią doktor”.
Nie zmieniła się prawie wcale; nie tylko ze względu na sytuację, w której się znalazł, a także - jak się okazuje - osobę uzdrowicielki, przypomniała mu się tak dokładnie szkolna kuchnia. Z miejsca mógłby, zupełnie jak te kilka już lat temu, upomnieć ją, by nie trzymała łokci na stole (doskonale wszak wiedział, że odebrała lekcje etykiety spożywania posiłku!) i ze zniecierpliwieniem wskazać właściwy widelec do jedzenia jesiotra, którego właśnie piekł, kiedy się przypałętała.
- Więc to tak? Jakoś nigdy szczególnie nie chwaliłaś ciast. – uśmiechnął się ciepło – z wielu cech jego wyglądu, które uległy zmianie na przestrzeni lat, ta pozostała charakterystyczna w stopniu znaku rozpoznawczego – do Veroshki. – Dobrze cię widzieć, panno Veroshko. Krzesimir Wroński, pamiętasz mnie?
Bardzo zamaszyście tańczyła opieszałe walce na zorganizowanych przez wspólnych krewnych zabawach, których nigdy specjalnie nie lubił, ale korzystał z okazji, by naigrywać się z niej wystrojonej w krynoliny i mierzącej się z miniaturowymi porcjami wymyślnych potraw. W szkole grała w quidditcha, podobno nawet bardzo dobrze, choć Krzesimir nigdy nie mógł tego dobrze ocenić. I wylizywała resztki ciasta na biszkopt z miodem. Owszem, wściekał się wtedy.
Teraz znajdował się w stanie niemal euforycznym, a pochodzenie tego stanu pozostawało niejasne dla niego samego. Być może wynikał z zaskoczenia, nie było bowiem osoby, którą mniej spodziewałby się spotkać w podobnych okolicznościach. A może z faktu, że każdy znajomy z czasów szkolnych, kiedy wszystko było pewniejsze i zawsze towarzyszyła mu niejako tarcza statusu ucznia chroniąca przed samodzielnością, ułatwiał mu jakoś początki funkcjonowania na własną rękę.
- Nie miałem pojęcia, że wybrałaś się na medycynę. – bo i skąd miał wiedzieć? Na dobrą sprawę nigdy nie rozmawiali o poważnych planach na przyszłość, widywali się chyba zbyt rzadko. Zwykle to on objaśniał metody gotowania i dobór składników albo kłócili się, czy składanie serwetek na kolanach ma znaczenie (oczywiście, że ma, i to kolosalne) i było im dobrze w otoczeniu takich tematów. –Spodziewałem się raczej, że zrobisz karierę w sporcie, tak jak ten twój kumpel…
Powrót do góry Go down
avatar


Kijów, Ukraina

22 lata

cień

błękitna

neutralny

studentka kursu uzdrowicielskiego
http://petersburg.forum.st/t718-veroshka-vasilchenko http://petersburg.forum.st/t751-veroshka-vasilchenko http://petersburg.forum.st/t773-veroszka http://petersburg.forum.st/t752-skoczek
PisanieRe: Sala nr 13   Wto 04 Lip 2017, 16:45
Kto by pomyślał, że kiedyś spotkacie się w takich właśnie okolicznościach. Szkolną kuchnię zamienicie na sterylne ściany szpitalnych sal. Zabawne. Gdyby ktoś powiedział ci, ze w wieku dwudziestu dwóch lat to właśnie tutaj będziesz spędzać większość czasu, popukałabyś się w czoło, wystawiła bezczelnie język i ogólnie krzyż na drogę! Ahoj, jeszcze może żołnierski salut na odchodnym, dłonią drobną acz gestem iście marszruckim, jakby przełamującym wizerunek drobnej dziewczynki z wielokolorową wstążką wplecioną we włosy. Potem natychmiast chwyciłabyś za miotłę, wzbijając się (gdzieś tam) w powietrze (bo na boisko może akurat ci nie po drodze) i wyzwalając z płuc dziki śmiech - bo niby tak sobie kpisz z podobnego pomysłu. Iście teatralna scena. W dniu dzisiejszym zupełnie bez pokrycia. Nie powiedziałabyś, że rzeczywistość zdzieliła cię otrzeźwiającym uderzeniem w łeb, jednak w chwilach głębszego zastanowienia - a więc zdecydowanie nazbyt często - nie raczy zapomnieć o przypomnieniu ci, że nie tak sobie to wszystko zaplanowałaś.
I chociaż przecież wcale nie jest źle, to czasem nie wzgardziłabyś powrotem na tamte kuchenne włości, gdy największym problemem wydawała ci się niemożność sięgnięcia w odległe zakamarki słoika po dżemie truskawkowym, czy ilość ruchów łyżek i widok wytwarzanych nimi wirów, gdy Krzesimir przymykając oczy,  delikatnie acz pewnie poruszał dłonią. Masz w pamięci wyraźny obraz tamtego chłopca. Rysy miał jakby bardziej delikatne, te oczy – dzisiaj tak sugestywnie odkrywające przed tobą prawdę – skryte za ogromnymi okularami, które tylko powiększały ich wielkość. Ciekawe, tak właściwie, dlaczego z nich zrezygnował. Był wtedy jedynym w swoim rodzaju Krzesimirem. Nie, żeby ich brak, diametralnie zmienił fragment jego dawnej osobowości, ale zdecydowanie będziesz potrzebować chwili, aby przyzwyczaić się do tego nowego wydania Panicza Wrońskiego.
- Po prostu nie starczało mi komplementów! Już wtedy wiedziałam, że coś na pewno z ciebie wyrośnie. Jeszcze osiadłbyś przez ten mój zachwyt na laurach... Musiałam zachować kilka z tych pochlebstw na przyszłość. - Sięgasz po niezbyt przyjemnie pachnący krem, schowany w szufladzie małej szafeczki stojącej tuż koło łóżka. Już dawno nauczyłaś się zostawiać go pod ręką. Krzesimir nie jest pierwszą ofiarą piekielnych płomieni znienacka atakującej kuchenki. Marszczysz lekko nos, rozprowadzając maść po ranie i owijając ramię bandażem. - Dzięki temu szybciej się wygoi.
Uśmiechasz się pod nosem, słysząc następną uwagę. Jasne, że pamiętasz! Jak mogłabyś zapomnieć. Nie tylko popołudnia, noce, poranki, kto wie jakie inne pory dnia, między drugą a wpół do piątej, spędzane w kuchni, ale i arystokratyczne bale, w których oboje byliście zmuszeni uczestniczyć. Może i nogi nie zaplątywały ci się w kolejne warstwy sukni, ale w głębi duszy nie jeden raz o tym marzyłaś - może głośny, zamaszysty i pozbawiony klasy upadek na twardą posadzkę (może nie obyłoby się nawet bez potarganych rajstop i sukienki bezczelnie podwiniętej ku górze?) zapewniłby ci dozgonne pożegnanie z tym konkretnym tanecznym parkietem - kto by chciał ponownie oglądać na nim pozbawionego wdzięku stracha na wróble, któremu wciąż plączą się nogi. Ale przecież nie mogłaś przynieść wstydu rodzinie. Więc tańczyłaś dalej. Walce. Może i owszem, nazbyt zamaszyście, w przerwach próbując nie zadławić się nabitą na wykałaczkę oliwką. W końcu i to opanowałaś do perfekcji.
- Los lubi płakać figle. Gdybyś ktoś kiedyś powiedział mi, że skończę właśnie tutaj... - Niedbały ruch dłoni, obejmujący w geście całą salę. Szturchasz go lekko w drugie ramię, gdy już upewnisz się, że dobrze zabezpieczyłaś bandaż i lekko wskakujesz na miejsce obok, przysuwając się do niego na kozetce, jakby ta nagła zmiana cielesnego dystansu była zdolna wymazać także i okres waszego utraconego czasu. - Anton... Sama nie wiem, czemu po prostu nie poszłam w jego ślady... Choć perspektywa spędzenia miesięcy na oddziale obok wydaje się już mniej zachęcająca... Słyszałeś? Niezłą miał chłopak kontuzję! Biedak, mam nadzieję, że szybko się z tego wyliże... Marna ze mnie przyjaciółka, tak dawno do niego nie zaglądałam. - Nagle zaczynasz wyrzucać z siebie sto zdań na minutę, nie zawsze połączonych ze sobą nicią jednego wątku. Myśli splatają się ze sobą, nieco chaotycznie i nazbyt przypadkowo. - Przynajmniej jednemu z nas udało się nie zboczyć z zaplanowanej drogi! Zaprosisz mnie kiedyś, do tej twojej restauracji, co?

przepraszam. już wracam!
Powrót do góry Go down
avatar


Kaliningrad, Rosja

21 lat

błękitna

za Starszyzną

początkujący kucharz
http://petersburg.forum.st/t674-krzesimir-wronski#1329 http://petersburg.forum.st/t778-krzesimir-wronski http://petersburg.forum.st/t770-zjedz-mnie#1850
PisanieRe: Sala nr 13   Wto 25 Lip 2017, 23:54
Kiedy Krzesimir ukończył Koldovstoretz, mógłby na dobrą sprawę ukierunkować swoje życie na co najmniej trzy różne sposoby. Po pierwsze, pójść w ślady Niedamira i stryja Cierpisława, by zostać różdżkarzem. W końcu to wiekowa rodzinna tradycja, starodawny i szanowany fach. Wytwarzanie różdżek wymagało spokoju, wyobraźni i zdecydowanie przemówiłoby do tradycjonalisty, który gdzieś tam w głębi Krzesimira przesiadywał i tylko czasami dopuszczany był do głosu. Krzesio-różdżkarz pewnie nie byłby już Krzesiem – spoważniałby za szybko na takie zdrobnienie. Życie byłoby powolne i zakurzone.  Po drugie, wykorzystać znane nazwisko i wszechobecne koneksje, by spróbować dostać się do Ministerstwa. Na staż przyjęłoby go po zaledwie jednym słowie wysoko postawionego krewniaka, a dobre oceny z historii magii i wiedzy magicznej dałyby mu lepszy start niż części kandydatów. Krzesimir miał ugodowy charakter, stworzony wręcz do roli rozjemcy, gdyby go w tym kierunku wykształcić. Po trzecie wreszcie była droga, którą sobie wymarzył już jako dziecko, choć nie ma co zaprzeczać, że jest najmniej prestiżowym wyborem ze wszystkich. Jednak, mimo dość dużego zaangażowania w struganie drewnianych figurek w dzieciństwie i czytywanie najnowszych doniesień ze świata polityki, to gotowanie – dobieranie smaków wywarów i mięs, kolorów warzyw oraz zapachów przypraw – stanowiło, wraz z jedzeniem, istotę życia Krzesimira Wrońskiego. Patrząc z zewnątrz na jego sytuację, niejeden senior Starszyzny orzekłby, że młody się marnuje pracując przy garach, chociaż ze względu na status społeczny (jak wyżej) z pewnością uda mu się otworzyć własny lokal w czasie krótszym, niż to możliwe dla przeciętnego restauratora. Krzesimir zaś wciąż zmuszony był – i to głównie przez własny upór – patrzeć na własną sytuację wyłącznie z perspektywy świeżo upieczonego kucharza, który wrodzone i nabyte wcześniej umiejętności musiał wyszlifować, by móc potem sprawnie działać i kierować zatrudnioną do własnej kuchni ekipą. Póki jednak musiał wyłącznie wykonywać polecenia i jego zadania ograniczały się do prostych rzeczy, mimo że wymarzył sobie tę pracę, narzekał na nią czasem jak naiwny warszawski turysta na czterodniową ulewę nad Bałtykiem, czyli, słowem: kurew nie szczędząc.
- Bez obaw, gotowałem wtedy głównie, by dokarmiać siebie samego. – zażartował, zapewne nieudolnie, z formy, którą prezentował sobą w czasach uczniowskich. Gdy wyprowadził się z domu rodzinnego w Kaliningradzie, ogromne ubrania, w których teraz mógłby pływać pozostały co do jednego w szafach i Krzesio ani myśli znowu je nosić. Choć umiłowanie dla jedzenia pozostało w jego sercu niezmiennie, on sam przywykł już na dobre do odmienionego wizerunku i aż głupio mu było, gdy dawni znajomi zwracali nań uwagę, często ostentacyjnie. – Wydawało mi się wtedy, prawdę powiedziawszy, że im słodsze były moje wyroby, tym bardziej ci smakowało.
Zaśmiał się do wspomnienia Veroshki marudzącej na zbyt kwaśną tartę z limonką i ciskającej w jego kierunku chochle i drewniane łyżki, gdy nie pozwolił jej (palcami, jak niewychowana dziewucha!) opróżnić miski po kremie waniliowym z jego pozostałości. Odbijał sobie czasem te jej plebejskie wybryki na balach organizowanych dla starszyźnianej młodzieży, bardzo często prosząc ją do tańca. A nawet powolny walc z nim, gdy był stanowczo większych gabarytów niż teraz, nie mógł należeć do najłatwiejszych, czy też w ogóle przyjemnych.
Już miał nawiązać do kolejnego wspólnego wspomnienia, gdy młoda uzdrowicielka wydobyła skądś cuchnącą maść. Powonienie absolutne, którym Krzesio kiedyś się szczycił, i które zresztą nadal mu towarzyszyło w chwilach takich jak ta okazywało się przekleństwem miast atutu. Skrzywił się i wydał z siebie dźwięk niemal bardziej zbolały niż wtedy, gdy siedział na kozetce ze łzami w oczach, cierpiąc ból od oparzenia.
- Obrzydliwe. – skomentował, choć wyraz jego twarzy i tak nie mógł wyrażać niczego innego. Zamiast zapachów skupił się więc na słowach, pozwalając mimo wszystko, by Veroshka rozprowadziła maść na jego ramieniu.
- Nie, szczerze mówiąc nie śledziłem jego kariery. Ot, kojarzę go ze szkoły i przez jakiś czas wszyscy nasi wspólni znajomi o tym trąbili na wszystkie strony, więc i ja się dowiedziałem. Więc wylądował tutaj? – quidditch nie zajmował Krzesia specjalnie. Zdarzyło mu się być na kilku meczach, ale nigdy nie kupił biletu tylko dla siebie, by podziwiać piękno sportu. Oczywiście, jeszcze w Akademii, dzielnie wspierał Veroshkę z trybun, ale w dorosłym życiu stanowczo wolał jazdę konną.
- A co do restauracji, oczywiście dostaniesz zaproszenie, i to jako jedna z pierwszych, ale obawiam się, że będziesz musiała na nie jeszcze sporo poczekać. Na razie istnieje co najwyżej szansa, że będę podawał ci do stolika w „Carskiej”. – wyjaśnił z zakłopotanym uśmiechem.
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Sala nr 13   
Powrót do góry Go down
 
Sala nr 13
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1


Skocz do: