Навигация

Gabinet przyjęć
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  




 

 Gabinet przyjęć

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
avatar

PisanieGabinet przyjęć   Pią 03 Lut 2017, 16:04
Gabinet przyjęć

Gabinet przyjęć jest niewielkim pomieszczeniem, w którym przyjmowani są pacjenci, którzy nie potrzebują nagłego ratunku, czy nie są przypadkami skomplikowanymi. Przy ścianie po lewej znajduje się małe biurko, na którym znajdują się karty pacjentów. Obok stoi leżanka, krzesło i parawan. W pomieszczeniu są także kolejne drzwi prowadzące do pomieszczenia zabiegowego, w którym uzdrowiciele zajmują się przypadkami cięższymi, lecz na tyle oczywistymi, że nie trzeba niczego bardziej skomplikowanego. Leżanka, stolik z narzędziami to podstawowe wyposażenie tych pomieszczeń.

Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

29 lat

czysta

za Raskolnikami

pielęgniarka
http://petersburg.forum.st/t719-elodie-osyena http://petersburg.forum.st/t1840-elodie-osyena#8638 http://petersburg.forum.st/t1839-elodie#8637
PisanieRe: Gabinet przyjęć   Pon 05 Mar 2018, 20:57

02.06.1999

Na siódmym piętrze widoki też bywają piękne.
Dni są teraz najdłuższe, więc kiedy w godzinach nocnych zaparzam pierwszą kawę, za oknem pojawiają się pierwsze promienie słońca. Nie dosięgają jeszcze kuchni - lśniącego, szarego blatu i garnków z laminatu, wiszących w równym rzędzie nad kuchenką. Widok jak z katalogu. Nowoczesne umeblowanie prosto z Zachodu.
Prosto z Zachodu jest też młynek do kawy i kawa też się reklamuje jako ta z wielkiego świata. Jest w porządku. Kawiarkę mam za to z ryneczku nieopodal, pewnie dlatego należy tak uważnie pilnować by nic nie wykipiało na kuchenkę.
Kiedy przecieram i tak czystą blachę przy palniku, samą siebie przerażam tą czystością. Wszystko dookoła mnie ma swoje ostateczne miejsce, czasem całe to mieszkanie przypomina bardziej stateczną fotografię z reklamowej gazetki niż dom.
Tylko stare książki odstają od tego obrazka.
Pierwsze promienie słońca nie dotarły do kuchni, ale pięknie tańczyły pomiędzy niższymi budynkami. Miasto dopiero zasnęło - jeszcze przez kilka godzin miało spać, kiedy nałożyłam na ramiona dziergany sweter i przekręciłam klucz w zamku.
Zawsze zamykam drzwi na dwa spusty.
W Hotynce byłam przed czasem. Zawsze przychodzę w porach zbyt wczesnych i wychodzę zdecydowanie zbyt późno, często mnie za to chwalą. Podobno wyróżniam się zaangażowaniem.
Zaangażowanie powinno chyba wynikać z jakiejś wewnętrznej potrzeby i chęci - nie czuję ani jednego, ani drugiego.
Może zabrzmi to smutnie, ale gdzie mam spędzać czas jak nie tutaj? Cisza na siódmym piętrze przerywana jest tylko kłótniami sąsiadów. A ulice Petersburga znam już na pamięć, nie czekają mnie tam na mnie żadne niespodzianki.
Sweter chowam do swojej pracowniczej szafki, jego miejsce zajmuje biały kitel. W małym gabineciku pielęgniarek wypijam kolejną kawę. Tym razem sypaną. Smakuje znacznie gorzej niż ta domowa, dosypuję więcej cukru. Przez chwilę przysłuchuje się rozmowie kilku koleżanek z pracy - koleżanki z pracy wciąż brzmią na mnie egzotycznie - w końcu mnie wołają.
Do Ciebie.
Dzień dobry, mówię z uśmiechem na twarzy, bo znam i Twoje oczy, i Twoje wąsy. Chociaż głosu prawie wcale. Podobne oparzenia do Twoich też nie są mi obce, nieomal automatycznie sięgam po odpowiedni eliksir i gazę.
Mam zimne ręce, przepraszam, to już taka przypadłość - Czy to tylko dłoń? - pytam po chwili milczenia, które wcale mi nie ciąży - Dobrze, że nie dosięgło i wąsów - dodaję tonem żartobliwym i uśmiecham się przy tym. Do Ciebie.
Te wąsy, wyznam ci w sekrecie, zawsze robiły na mnie ogromne wrażenie. Byłoby szkoda stracić je w ten sposób.
Powrót do góry Go down
avatar

Tuła

40 lat

błękitna

za Raskolnikami

twórca masek
http://petersburg.forum.st/t1493-arvo-dolohov#7714 http://petersburg.forum.st/t1626-arvo-dolohov http://petersburg.forum.st/t1625-bohun
PisanieRe: Gabinet przyjęć   Pią 09 Mar 2018, 19:19
Pospiech był wrogiem postępu. Nikt nie musiał mu o tym mówić, zdawał sobie z tego sprawę wystarczająco, by ponad ilość zawsze stawiać jakość; historia zaś sama podsuwała systematycznie kolejne przykłady porażek powodowanych wariackim wyścigiem szczurów. To wystarczało, aby próbować nie wpaść w jej błędne koło. Odgradzał się od niego bukowymi drzwiami, zamykanymi już teraz jedynie z przyzwyczajenia – dom przez większość czasu stał pusty. Rybka pływająca w akwarium w salonie nigdy nie mąciła ciszy charakterystycznej dla mieszkań zajmowanych przez jednego lokatora. Była tak do bólu cicha, że gdyby nie przypomnienia przysyłane przez Fokę, zwolniłaby miejsce na komodzie już kilka lat temu. Smęd i łasica nigdy nie szukały głośnych zabaw. Tupot ich małych nóżek z czasem stał się melodią domu, jak woda ściekająca z niedokręconego kranu czy rytmicznie przesuwająca się wskazówka sekundowa. One również tworzyły część tej bariery. I sprawiały, że, jak w każdej barierze, w niej też pojawiały się mikropęknięcia, przez które pospiech wślizgiwał się wąskimi nitkami niezauważalnie jak zaraza.
Katastrofa nie była już tak niezauważalna. Łopotała w powietrzu głośno, prezentując się dumnie niczym flaga zatknięta przez zwycięzcę na terytorium wroga – w miejscu ostatniego bastionu, po zdobyciu którego wszystko inne przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie. To nieszczęście zawłaszczyło sobie jego uwagę, co przypłacił rozległym poparzeniem prawej dłoni i niewielkiej części przedramienia. Kuchenka i szafki zalane żywicą to nic wielkiego; korzystając z nich jedynie w wyjątkowych okolicznościach (jak ta dzisiejsza, kiedy należało żywicę roztopić w klasyczny sposób, nie znacząc jej magią) nie odczuje ich tymczasowego wyłączenia z użytku. Do wakacji i powrotu dzieci wciąż pozostawało jeszcze dużo czasu.
Na wszystko zawsze miał dużo czasu, nawet do Hotynki z tym poparzeniem nie udał się od razu, uśmierzając ból eliksirem kojącym (parę lat temu otrzymanym od przyjaciela ze Szwecji). Działanie naparu ustawało wyjątkowo szybko i praca nad maskami zaczynała iść coraz wolniej i wreszcie nawet najprostsze czynności urastały do rangi niemożliwych do wykonania bez zaznania choćby odrobiny odpoczynku. Na ten nie mógł sobie pozwolić. Spotkanie ze Starszyzną miało odbyć się lada dzień, a wciąż było zbyt wiele do zrobienia. W takich chwilach żałował, że nie potrafił manipulować czasem; że pozostawał pod nieubłaganym władaniem wskazówek zegara, samemu nie umiejąc naginać ich pod własne potrzeby. Nie skarżył się jednak wcześniej i teraz też nie mógł tego zrobić. Nawet wśród swoich nie wypadało o niektórych potrzebach mówić choćby szeptem, jeżeli bezpośrednio ich to nie dotyczyło.
Podwinął rękaw, by pokazać Élodie resztę oparzenia. Był wdzięczny za tę ciszę, za pomoc, za zrozumienie. Za obecność i słowa, których potrzebował, lecz dopiero tu, teraz, pośród magomedycznego sprzętu zdał sobie sprawę z tego, jak ostatnimi czasy brakowało mu zwyczajnej, ludzkiej życzliwości i uśmiechu.
- Może okazałoby się, że bez nich wyglądam lepiej? Na pewno ich brak by mnie odmłodził. – Śmiech, prawie szczery, lekko podszyty jednak zastanowieniem. Może nie tylko wewnętrznie powinien nad sobą popracować, może Romka chętniej przyjęłaby go całkiem odmienionego.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

29 lat

czysta

za Raskolnikami

pielęgniarka
http://petersburg.forum.st/t719-elodie-osyena http://petersburg.forum.st/t1840-elodie-osyena#8638 http://petersburg.forum.st/t1839-elodie#8637
PisanieRe: Gabinet przyjęć   Sro 14 Mar 2018, 12:21
Coraz częściej dochodzę do wniosku, że czas jest jedynie abstrakcją.
Już dawno przestałam zauważać jego upływ. Dnie i noce toczą się podobnie nieśpiesznym, wręcz uśpionym, rytmem. Mam wrażenie, że bodźce zewnętrzne docierają do mnie stłamszone, jakby cały świat znajdował się daleko ode mnie, dzieliła nas przepaść, przez którą tylko w kilku wąskich miejscach możliwe jest spotkanie.
Mojego rytmu nie wyznaczają wschody czy zachody słońca – zmiany w szpitalu nie trzymają się sztywnych reguł dnia, a często biorę ich przecież zbyt wiele. Zgadzam się na łatanie dziur moimi rękoma.
Równie mocno dziwi mnie widok słońca jak i ciemnej nocy, kiedy wychodzę wreszcie z Hotynki. Równie mocno dziwi, jak nie wzrusza.
Mój rytm wyznaczają kartki z różnych zaułków świata, wypisywane pośpiesznie zakrzywionym pismem Brożka. Choć słów na nich niewiele – każda opowiada inną historię. Pobrudzone ziemią, pogniecione plecakiem, wyblakłe dłuższych niż tu promieni słonecznych. Wiesz, początkowo chciałam magnezami przyczepiać je do lodówki – ale zbyt śmiały wydał mi się ten pomysł, kolorowe zdjęcia obscenicznie zdawały się odstawać od reszty szarej kuchni.
Więc chowam je tak po ulubionych książkach czy wkładam do torby, by w każdym momencie dnia bądź nocy poczuć trochę braterskiej bliskości.
Już przestał zapraszać mnie na swoje krańce świata, znudziły mu się kolejne odmowy.
W końcu – chyba jestem potrzebna właśnie tu. Teraz, przez kilka najbliższych minut, Tobie. Za pół godziny innej osobie. A wieczorem nawet i całej garstce.
Na minut kilka staje się integralną częścią ich życia, czasem przynosząc ulgę – a czasem złe wiadomości. Pojawiam się i znikam, w pamięci zastępuje mnie widok uzdrowiciela, pani ze sklepiku czy tysiąc innych twarzy, spotykanymi każdego dnia.
Starannie dbam o to by, od stop aż po kres warkocza, nie rzucać się w oczy.
Bo i po co?
Widząc stan poparzenia – zwlekałeś z przyjściem tutaj! – kręcę głową, choć oszczędzam ci wymówek. Uważnie zerkam tylko spod wpadającej do oczu grzywki, niemo pytając dlaczego?
Dlaczego nie pojawiłeś się wcześniej?
- Odmłodził? Może… - w moim głosie wyraźnie wybrzmiewa powątpiewanie, a sama mam wrażenie, że spotkałam się wcześniej z podobnym zdaniem. Ta świadomość trochę kłuje mnie w okolicy serca i na chwilę zabiera dech, dłoń drży lekko sięgając po kolejny gazik. Podświadomość okrutnie podsuwa mi przed oczy obraz dwójki ludzi i ciepła, i zapachu zupy, i wybrzmiewającego śmiechu. Widzisz, ta dziewczyna przypomina trochę mnie, chociaż nie mogłaby być bardziej obca. Nosi taki sam warkocz i podobny kitel, ale w jej oczach jest coś (życie?) czego w swoich nie widziałam już od dawna.
Ta dziewczyna i jej perlisty śmiech gładzą jego brodę, zabraniając jakichkolwiek w nią ingerencji – i z całych sił odpieram to wspomnienie. W końcu nic już z niego nie zostało.
Wiesz, brody też już może nie być – ale tego akurat nigdy się nie dowiem – Miałbyś pewnie duży problem z poznaniem się w lustrze – stwierdzam po chwili i wzruszam ramionami, sama nie wiem – Poza tym, szkoda pozbywać się czegoś tak majestatycznego – teraz i ja się śmieję, i puszcza ucisk żołądka, oddech wraca na normalne tory. Coraz krótsze mam te momenty przestoju. I bólu już nie ma, wiesz? Przynajmniej tego paraliżującego. Który zamykał mnie w sobie i nie pozwalał ruszyć o krok.
To prawda, czas potrafi zaleczyć wszystkie rany – Nie potrafiłbyś zrobić odpowiedniej maski by sprawdzić jakbyś wyglądał? – pytam. To może pomysł idiotyczny, ale zaciekawiła mnie ta wizja.
Trochę też przeraziła. Wyobrażasz sobie ludzi dosłownie przywdziewających maski w codziennym życiu? W końcu wszyscy to robimy, nie zaprzeczę, ale metaforyczność zawsze wydaje się mniej straszna.
Powrót do góry Go down
avatar

Tuła

40 lat

błękitna

za Raskolnikami

twórca masek
http://petersburg.forum.st/t1493-arvo-dolohov#7714 http://petersburg.forum.st/t1626-arvo-dolohov http://petersburg.forum.st/t1625-bohun
PisanieRe: Gabinet przyjęć   Pon 19 Mar 2018, 06:03
Nie myślałaś nieraz o tym, by odpocząć? Nie uciec – ucieczki nigdy nie należały do najrozważniejszych i najchwalebniejszych rozwiązań jakichkolwiek problemów – ale właśnie odpocząć. Nabrać zdrowego dystansu. Wyciszyć się w miejscu, w którym nic nie przypominałoby o codzienności; o życiu, którym nieustannie, wedle wyznaczonego z góry, przez społeczne konwenanse trybu próbowało się żyć.
Arvo nie raz nachodziła taka ochota, bardziej przypominająca kaprys niż rzeczywistą potrzebę. Trochę, żeby samemu sobie zrobić na złość – że może, że sam siebie nie powstrzyma i że na pewno nie zrobi tego nikt inny; żeby oderwać się od politycznego bełkotu, którym co dzień zalewała go prasa, telewizja, radio, nawet rodzina i klienci, jakby to był jedyny, słuszny temat inteligenckich rozmów, bo cała reszta wydawała się być przy tym zwyczajnie śmieszna i mała. Ale trochę też dlatego, by sprawdzić, jak długo byłoby się w stanie oderwać od skrupulatnie pielęgnowanych przyzwyczajeń. Nie wstawać dwadzieścia minut po szóstej, ale za dwadzieścia dziesiąta. Zastąpić panforte di siennę kombuchą albo sokiem jabłkowym, najlepiej tym domowym, którego słodycz należy łamać dużą ilością wody. Wychodzić ze smędem przynajmniej dwa razy na półgodzinny spacer, a nie wypuszczać go na ogród, z którego kilkukrotnie udało mu się czmychnąć i jedynie dzięki uprzejmości czujnych sąsiadów zawsze wracał do domu. Pojechać na drugi koniec Federacji, gdzie azjatycka kultura kokieteryjnie puszcza oko z każdego zakamarka, nie zaś jedynie znużonym, wiecznie otwartym okiem sklepowej witryny w chińskich zaułkach Petersburga czy Moskwy obserwuje prawdopodobnie tych samych, mijających ją co dzień przechodniów.
To byłoby odświeżające doświadczenie. Jak wieczorne zmycie z siebie zmęczenia, które przez cały dzień gromadziło się na skórze, zaczynając tworzyć pancerz pełen zgryzoty i uszczypliwości.
Jak przemycie czystym gazikiem oparzenia, balsamującego zaczerwienione i pełne pęcherzyków miejsce.
Udawał, że nie widzi w jej wzroku tego niemego wyrzutu, spojrzenie przenosząc zapobiegawczo na delikatne dłonie, wprawnie, niemal mechanicznie powtarzające wyuczoną sekwencję ruchów. Przez lata wprawił się w sztuce przymykania oczu na niewygodne sprawy, choć żadna to chwalebna umiejętność. Unikanie konfrontacji wcale nie musiało być oznaką bycia niekonfliktowym, dużo częściej przypisywało się to tchórzostwu i umywaniu rąk. A to nie przystawało Raskolnikowi. Nie przystawało ojcu i mężowi. Nie przystawało człowiekowi.
- Może – zawtórował Élodie, zastanawiając się, czy przeglądanie się w lustrze stanowiłoby aż tak wielki problem. Częściej swoją własną twarz widział w odbiciu w szybie; w przelotnym mgnieniu na szybce, za którą w ramce uśmiechała się do niego Romka – wtedy na chwilę znów stawali się jednością, by z kolejnym jego krokiem przez pokój lub jej ruchem na zdjęciu znów rozmyć się i wrócić na obecne miejsca. Z dala od siebie.
Zastanawiał się chwilę za długo, aż trudno było wyczuć, czy jednym słowem uciął jej próby podtrzymania dłuższej rozmowy; czy aż tak niewygodny stał się dla niego temat pracy. Wciąż bez słowa podwinął bardziej rękaw koszuli, by mogła zająć się teraz nie wyglądającym aż tak strasznie przedramieniem.
- Czy ty mi rzucasz wyzwanie? – Taka maska nie byłaby trudna do stworzenia, właściwie był w posiadaniu podobnej, nigdy jednak nie starał się zaledwie częściowo modyfikować własnego wyglądu, zwykle przybierając całkiem obce sobie twarze.
Nie dowiedział się. Do Hotynki ściągnięto grupę studentów poważnie rannych po wybuchu kociołka z, jak pokrótce poinformowano Élodie, eliksirem imitującym kwas. Natychmiastowa pomoc wszystkich pielęgniarzy i pielęgniarek okazała się w tym przypadku niezbędna, więc kobieta dokończyła pospiesznie opatrywanie dłoni Arvo i z przepraszającym uśmiechem zapewniła, że jeszcze się spotkają.

Arvo i Élodie z tematu
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Gabinet przyjęć   
Powrót do góry Go down
 
Gabinet przyjęć
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Woda, chrzest jako ochrona i wyzwolenie spod władzy demonów!
» Gabinet Banshee


Skocz do: