Навигация

Cygańskie obozowisko
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  




 

 Cygańskie obozowisko

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
avatar

PisanieCygańskie obozowisko   Pią 03 Lut 2017, 18:02
Cygańskie obozowisko

Ostatnimi czasy mniejszości romskiej w Rosji nie brakuje, biorąc pod uwagę popularność rodu Vasilchenko oraz ich walkę o prawa dla Cyganów. Nie wszyscy jednak zdecydowali się na zmianę tak charakterystycznego dla nich trybu życia, dlatego też wielu Romów, tych z magicznym jak i niemagicznym rodowodem, wciąż nieustannie podróżuje, zakładając tymczasowe obozowiska. Jedno z nich znajduje się właśnie pomiędzy Petersburgiem a Moskwą, na oddalonej od miejskiego zgiełku polanie leśnej przy rwącym potoku. Znajdują się tutaj rozstawione wozy, namioty czy prymitywne szałasy, a na samym środku zawsze płonie ognisko, które każdej nocy zbiera całą społeczność romską, by bawić się i tańczyć w rytm cygańskiej muzyki. Romowie nie lubią jednak, gdy ktoś niepożądany przekracza ich chwilowe terytorium.


Powrót do góry Go down
avatar

spod Kijowa

27 lat

błękitna

neutralny

cygan, grajek, wróżbita, czasem pan na włości
http://petersburg.forum.st/t1279-jasmin-vasilchenko#5187 http://petersburg.forum.st/t1286-jasmin-vasilchenko http://petersburg.forum.st/t1285-bania-u-cygana http://petersburg.forum.st/t1287-dumka#5276
PisanieRe: Cygańskie obozowisko   Sro 08 Lis 2017, 23:21

07.05.1999

Wrócił do Petersburga, z tych powrotów nigdy nie wychodziło nic dobrego, w najlepszym wypadku kończyły się następnego dnia strasznym kacem w domu Gorii, w gorszych, tą samą przypadłością w jakimś innym nieznanym miejscu (miejmy nadzieję) w Rosji. Tego wieczoru nie miało być inaczej, kiedy tylko kopyta Gieni przekroczyły strefę powietrzną miasta, Jasiek wiedział, że tej nocy nie będzie mu dane, spokojnie spędzić w jakimś ciepłym łóżku. W tym końcu świata nad Newą nie było go od prawie roku, od tamtego pamiętnego ślubu, parę osób tę długą zwłokę miało mu bardzo za złe.
Wieczór w barze zaczął się dobrze, pili, zakąszali, rozmawiali o kobietach, w pewnym momencie, zaczęli częściej pić i rzadziej zakąszać, co szybko zmieniło tory ich rozmowy na te bardziej uduchowione. Poziom metafizyki został zawieszony bardzo wysoko. Czy gdyby wóda była kobietą to byłaby łatwa albo czy da się przemalować jaroszka na zielono, żeby pasował do butów Pippy? Pytań było wiele, ale o ile pierwsze zdawało się trudne w wykonaniu, o tyle to drugie z każdą kolejną chwilą, okazywało się być coraz bardziej osiągalne, szczególnie gdy po kilku następnych szotach i dwóch ogórkach kiszonych, Vasilchenko przypomniał sobie, że wcześniejszej nocy, przy cygańskim ognisku, dwóch towarzyszy wspominało coś o tym rogatym uparciuchu, chowającym się w pobliskich lasach. Pomysł sprawdzenia, czy różowe rogi pasują do zielonego futerka, był zbyt silny by dłużej siedzieć na dupach, więc ruszyli.
Gienia nie był najszczęśliwszym koniem na świecie widząc swojego pana i jego towarzysza w stanie, w którym po słowach "nie dasz rady" następowała kolejno sekwencja "ja nie dam? Goria trzymaj mi piwo", po czym wszystko kończyło się mocno nieszczęśliwie. Na szczęście Rom nie słyszał co też kochane zwierzę powiedziało o nim do stojącego obok Aristova, może to i lepiej?
Podróż była wyjątkowo szybka, noc przyjemnie chłodna, a wywar z ziemniaków, czy innego warzywa, dodatkowo rozpalał w nich bojowe nastroje. Kiedy w końcu pojawili się w okolicy cygańskiego taboru, przy którym najszczęśliwszy naród świata śpiewał, grał na instrumentach i wróżył sobie z roztańczonych płomieni uznali, że są we właściwym miejscu. Chwilę zajęło Aristovovi odciągniecie Jaśmina, od roztańczonego towarzystwa, dwie piosenki, kieliszek i stwierdzenie, że nie da rady wytropić uchatego po ciemku, i nie trzeba mu tego było dwa razy powtarzać.
Ruszyli w las, ciemny, mroczny i pełen dziwnych dźwięków.
- Goria, nudzi mi się, gdzie ten twój rogaty?- Powiedział po jakimś czasie błądzenia między drzewami Rom, spoglądając w ciemność w miejsce, gdzie unosił pustą już butelkę. Czemu wzięli tylko jedną, na wszystkie świętości, czemu?
Powrót do góry Go down
avatar

if you trust nothing else, trust this, trust us.

Petersburg, Rosja

26 lat

poświst

błękitna

za Starszyzną

dystrybuuję rodzinny alkohol, ściągam długi, udzielam pożyczek i kupuję wasze dusze
http://petersburg.forum.st/t1146-igor-aristov http://petersburg.forum.st/t1185-igor-aristov#4660 http://petersburg.forum.st/t1186-zadza-pieniadza#4676 http://petersburg.forum.st/t1192-zakia#4701
PisanieRe: Cygańskie obozowisko   Czw 09 Lis 2017, 17:38
Kiedy na Petersburg jak grom z jasnego nieba – całkiem dosłownie – spada Jasmin Vasilchenko, cała okolica wstrzymuje oddech. Kiedy pojawia się Vasilchenko, drży ziemia, drżą dziewczęta, drżą butelki wódki napełniając powietrze słodkim dźwiękiem pobrzękujących flaszeczek. Kiedy stopa jaśminowa dotyka bruków na wskroś przepitego miasta, wielkie serce Aristova całe pół godziny walczy z rozsądkiem, a żołądek z przełykiem – bo oto zstąpił z nieba mesjasz, zwiastując nadejście nowych, pięknych czasów, powrócił syn marnotrawny, niosąc ze sobą nadzieję na lepszy dzień i jeszcze bardziej udaną noc. Wystarczy przecież, żeby ta bestia – ten diabeł w cygańskiej skórze i brzęczących wisiorkach – stanął u progu igorowego mieszkania, a całe życie Gorii przeobraża się w tragedię Pierre’a Corneille’a, gdzie to obowiązek walczy z porywem serca – tyle, że u Aristova było na odwrót: poryw serca walczył z obowiązkiem. Serce mu mówiło idź, Goria, idź i pij. Wstań i pójdź, uchlej się z przyjacielem jak świnia, tak mówiło wspaniałe serce. A rozsądek? Ten zrzędził i powtarzał natrętnie: nie wstaniesz, Aristov, nigdzie nie pójdziesz i nie wypijesz ani kropli, na co serce odrzekło natychmiast dużo pić nie musisz, nie trzeba się uchlewać jak świnia: wypij ze cztery setki i starczy. Nic z tych rzeczy! – skandował rozsądek. – Wypij dwie, tylko nigdzie nie wychodź, siedź na miejscu...
I co myślicie? Że wypili dwie setki i siedzieli w domu?
Gdzie tam – odrzucając wstyd i zbędne troski o jutrzejszy dzień, żyli wyłącznie życiem duchowym, które swą łacińską nazwę, vitae spiritualis, nieprzypadkowo dzieli ze spirytusem. Byli więc oni, królowie nocy, władcy baru, ulic i skwerków, były trzy podcięte lafiryndy, jedna bardziej pijana od drugiej, były czyjeś urodziny – nie do końca wiadomo, czyje – a oprócz tego pełno dymu, wrzasku i morze alkoholu: pięć butelek, sześć butelek, dziewięć butelek równie pustych, co towarzyszące im damy. Było też wszystko, czego może zapragnąć człowiek, który wypił tyle alkoholu – naprawdę wszystko – od piwa lanego do butelkowanego, od czystej przez kolorowe, od chwiejnego kroku do latającego konia, na którego – bardziej siłą woli niż siłą dziwnie nieskładnych kończyn – w końcu wgramolili się obaj.
Co było później – pomiędzy centrum Petersburga a cygańskim obozem – tego ani rosyjski, ani tym bardziej ludzki język nie jest w stanie wyrazić. Zniknęła granica pomiędzy rozsądkiem i sercem Gorii: została mu tylko butelka, wiatr we włosach i pół kanapki, która skądś – najpewniej tylko koń Jasmina wie, skąd – znalazła się w kieszeni bardzo drogiej i bardzo gustownej marynarki, która po tej nocy będzie niczym więcej, jak tylko bardzo ekskluzywną ścierką. Pewien jest, że pił – pił słysząc muzykę i jakieś modulowane wycie, które poznał dopiero po chwili: wszystkie głosy cygańskich śpiewaków są jednakowo ujmujące, ale każdy jest ujmujący na swój indywidualny sposób, dlatego bez trudu rozpoznał ten jeden, Vasilchenkowy, najgłośniejszy ze wszystkich – zanim Goria wyciągnął Jasmina z roztańczonego, kolorowego tłumu, napił się raz jeszcze, dla kurażu, spokoju ducha i odpowiedniej składni zdań. Jednak ledwie kilka minut później każdy kolejny krok w głąb lasu utwierdzał go w przekonaniu, że jest najbardziej niewłaściwą osobą w najbardziej niewłaściwym miejscu Rosji o najbardziej niewłaściwym czasie, jaki tylko mógł sobie wyobrazić.
Ciszej, przyjacielu, bracie krwi, złodzieju serc niewieścich, pieczeń mi spłoszysz – niby-szept był mamroczącą próbą skupienia myśli i zogniskowania rozmazanego spojrzenia, które nawet w krzaku jeżyn dostrzegało nęcącą, półnagą bogunkę. Szli w ciemność i ściółkę, zdani na siebie, potęgę przyjaźni, łaskę starych bogów i ledwie jedną, jedyną, pustawą butelczynę.
Nie ma żadnego alkoholu, zdawała się mówić, kiedy Vasilchenko uniósł ją w geście pełnym rozpaczy, rezygnacji i przynajmniej dwóch promili we krwi, a później przyjrzał się Gorii takim wzrokiem, jakby ten był zdechłym ptaszkiem albo ubłoconym jaskrem.
Widzisz?
Nie ma żadnego alkoholu.
Widzisz, o tam, przed nami?
Nie ma żadnego alkoholu!
To zając, jaroszek czy kałuża?
Welesie, litości!
Powrót do góry Go down
avatar

spod Kijowa

27 lat

błękitna

neutralny

cygan, grajek, wróżbita, czasem pan na włości
http://petersburg.forum.st/t1279-jasmin-vasilchenko#5187 http://petersburg.forum.st/t1286-jasmin-vasilchenko http://petersburg.forum.st/t1285-bania-u-cygana http://petersburg.forum.st/t1287-dumka#5276
PisanieRe: Cygańskie obozowisko   Pią 10 Lis 2017, 15:35
- Ciszej, ciszej, ciszej... - Szeptał pod nosem przedrzeźniając głos Aristova i ku własnej uciesz, a może z jakiegoś wewnętrznego imperatywu, wykrzywiając do tego groteskowo swoją, śniadą gębę. - Zamilcz Jaśminie, bo jaśnie panu zwierzynę straszysz. Czemu tak człapiesz, na wsi Cię chowano? Phe, phe, phe. Pragniesz mej zguby bracie, krwi z mojej krwi, moja... duszko, nie to jakoś nie pasuje?- Przystanął na chwilę i z wyrazem zadumy na twarzy, poszukiwał w odmętach swej zapitej świadomości jakiegoś dobrego określenia, którym mógłby teraz nazwać Gorię, ubiegł go, zabrał wszystkie najlepsze teksty i znowu, wychodził na głupiego osiłka. Westchnął cicho i chciał sobie osłodzić tę smutek łykiem gorzałki, jednak nie było, pustka i smutek wypełniły jego czarne serce, dusząc i odbierając chęci życia.
Wrócił do przedzierania się przez las, nie pamiętał już do końca co Goria miał mu za złe, ale wiedział, że powinien być zły, nauczył się tego od młodszej siostry, foch, był dobry na wszystko. W zasnutej mgłą rzeczywistości przypomniał sobie, że przyjaciel chciał go uciszyć, że niby zwierzynę mu płoszy, a co taki mieszczuch mógł o chodzeniu po lasach wiedzieć, może miał sobie jakieś tam talenty i czasami gadał z Gienią, zamiast z nim, ale to on urodził się na wolności, w prawdziwym świecie, a nie w cywilizacji betonu, nie będzie go taki Aristov uczyć jak się chodzi po kniei.
- Milczenie mnie zabija, odbiera mi siły, sprawia, że widzę, wiesz co widzę? Ciemność widzę, otacza mnie z każdej strony i pochłania, chce mnie... - Chce go, no właśnie nie wiadomo co, gdyż zamiast puenty w powietrze poleciała seria przekleństw, których nie powstydziłby się stary wilk morski, gdyby takowy istniał.
Zbyt skupiony na własnych słowach i potrzebie poużalania się nad sobą, Jasiek nie zauważył bo w sumie to jak miał zauważyć, skoro ciemność coś od niego chciała i na pewno miało to coś wspólnego z tym wystającym korzeniem.
Poleciał na glebę jak długi, chwilę zajęło mu ustalenie co się stało, gdzie się znajduje i dlaczego ma igły i błoto w ustach, dlaczego błoto było jakieś takie ciepłe? Proszę, żeby to było błoto.
- Nie widzę, ciemność mi zasłania. To krzak albo korzeń, to zawsze krzak albo korzeń. - Mówi obrażony z poziomu gruntu, jego naturalne środowisko chciało go zabić, jego, a przecież zawsze tak bardzo szanował zieleń,  czemu teraz planowała się na nim zemścić, za co?
Powrót do góry Go down
avatar

if you trust nothing else, trust this, trust us.

Petersburg, Rosja

26 lat

poświst

błękitna

za Starszyzną

dystrybuuję rodzinny alkohol, ściągam długi, udzielam pożyczek i kupuję wasze dusze
http://petersburg.forum.st/t1146-igor-aristov http://petersburg.forum.st/t1185-igor-aristov#4660 http://petersburg.forum.st/t1186-zadza-pieniadza#4676 http://petersburg.forum.st/t1192-zakia#4701
PisanieRe: Cygańskie obozowisko   Pią 10 Lis 2017, 23:02
Zadziwiająco łatwo przyszło mu ignorowanie faktu, że jego serce – organ napędzany dziś bardziej alkoholem niż krwią – uderza o kościaną konstrukcję mostka jak stolarski młot. Po części była to wina nocnej wyprawy do lasu, dzikiej trawy przytrzymującej mu buty i agresywnego wiatru, który usiłował Igora przewrócić, po części niejasnego przekonania, że leśna wyprawa z cyganem u boku nie plasuje się na szycie listy rzeczy, jakie powinien osiągnąć przed śmiercią – otwierała przecież ledwie drugą dziesiątkę. Mógłby uznać, że to wina tchórzostwa, ale – w przeciwieństwie do intelektu i umiejętności podejmowania racjonalnych, godnych dorosłego mężczyzny decyzji – odwagi nigdy mu nie brakowało. Być może zawinił wiek: im mniej lat miał do stracenia, tym bardziej obawiał się ich utraty, jak gdyby przy urodzeniu otrzymał pewien przydział męstwa, który zużywał za każdym razem, gdy wpadał w tarapaty.
Czyli średnio co dwa dni.
Wszystko słyszę, Vasilchenko – w głosie Aristova – tym jakże uwielbianym przez Jasmina tonie pana na włościach, którym Goria tak znakomicie się posługiwał, a którym Vasilchenko zawsze tak strasznie pogardzał – pojawiła się pierwsza nuta trzeźwości od przynajmniej kilku godzin. Coś – najpewniej brak stałych dostaw alkoholu do organizmu – zdołało na niego wpłynąć; coś sprawiło, że uniósł powoli głowę, ryzykując przy tym utratą gruntu pod nogami oraz bliższym poznaniem z matką ziemią, i wbił spojrzenie w korony przynajmniej pięciokrotnie wyższych od człowieka, zapomnianych drzew, które – porzucone na obrzeżach Petersburga wśród podmuchów przenikliwego wiatru – uparcie strzegły pustki.
Bagien.
I jaroszków.
Skończ waść, wstydu oszczędź, tłumacz się lepiej, gdzie druga butelka alkoholu.
Mógłby przysiąc na własną matkę – a przynajmniej na jeden z jej zakrawających o szaleństwo pomysłów – że w podróż przezornie zabrali dwie pobrzękujące słodko flaszeczki, wiedzeni życiowym doświadczeniem, niepodważalnym intelektem oraz złotą zasadą, jakoby litr na dwóch to jest nic. I rzeczywiście – to nic, zero absolutne, dwie smętne krople na samym dnie opróżnionej butelki, którą Jasmin i tak za moment, za kilka chwil, najpewniej za sekund parę zawieruszy, bo już nieskładnie wymachuje rękoma, zamiast skupić się na poszukiwaniach.
To nie milczenie cię zabija, najbliższy memu sercu przyjacielu, to nie ono odbiera ci siły – z ciemności wystrzeliła cieniutka, giętka gałązka, której uderzenia Goria – wiedziony bojowym doświadczeniem nabytym podczas furiastycznych ataków pewnej bogunki – zdołał uniknąć w ostatniej milisekundzie. – To wódka, nasz zaciekły wróg. A co należy robić z wrogiem, Vasilchenko? – ręka – wyzywająco wycelowana w stronę Jasmina – triumfalnie zderzyła się z pniem drzewa, najpewniej zdzierając z knykci naskórek aż do rubinowych kropelek krwi.
Zabolałoby, gdyby nie był tak karygodnie i bulwersująco urżnięty.
Lać go w mordę. Lać, ile wlezie! – rzucił filozoficznie trochę w przestrzeń, trochę do siebie, trochę do Jasmina, który jeszcze przed chwilą szedł tuż obok, a teraz…
Teraz…
Teraz leżał dwa metry dalej w ściółce, jagodach i czymś, co było błotem lub sarnimi bobkami – albo jednym i drugim.
Korzeń, uważaj! – ostrzegł miłosiernie (i rychło w czas) przyjaciela, wysłuchując wiązanki przekleństw, która spowodowałyby rumieniec wstydu na twarzy marynarza z dziesięcioletnim stażem albo u dziwki portowej ze stażem dwudziestoletnim. Kurwa mać, zawyrokował w myślach sam Aristov, obserwując przyczynę jaśminowego upadku – korzeń wielkości byczego penisa, na którego wspomnienie jeszcze przed długie lata będzie oblewał go zimny pot. – Cicho – zamiast donośnego okrzyku, nastąpił konspiracyjny szept; Goria wciągnął powietrze przez zęby, by pokazać, że zachowanie milczenia jest łatwe jak, powiedzmy, wynajęcie francuskiego pałacu prezydenckiego na wieczór panieński. – Tamtam okazało się oddaloną o kilkanaście metrów, szarawą plamką, która zalegała na ściółce równie malowniczo, co sam Vasilchenko. – Wstawaj, byle powoli.
Powrót do góry Go down
avatar

spod Kijowa

27 lat

błękitna

neutralny

cygan, grajek, wróżbita, czasem pan na włości
http://petersburg.forum.st/t1279-jasmin-vasilchenko#5187 http://petersburg.forum.st/t1286-jasmin-vasilchenko http://petersburg.forum.st/t1285-bania-u-cygana http://petersburg.forum.st/t1287-dumka#5276
PisanieRe: Cygańskie obozowisko   Pon 13 Lis 2017, 17:55
Mijały lata, a im więcej ich przeminęło, im starszy się robił, tym mniej było w nim odpowiedzialności i pokory. Z każdym następnym rokiem, coraz rzadziej uczył się na własnych błędach, w pewnym momencie w ogóle zaprzestał takiego procederu, a przy każdym kolejnym, machał jedynie ręką od niechcenia i mruczał, że chce dobrze zapamiętać tę lekcję. Im więcej wody przeminęło tym głupszy się stawał, rzeczy odpowiednie dla gołowąsa, z mlekiem pod nosem, przestawały przystawać, kiedy powoli zaczynało się wkraczać w pewien wiek, a jednak on nadal uciekał przed odpowiedzialnością, problemami, wsiadał na konia i galopował w stronę zachodzącego słońca, swojej tak zwanej wolności, a potem pojawiał się po miesiącu, z kolejną zmarszczką na czole, białą blizną na policzku, pęczkiem nowych pieśni i tajemniczym uśmiechem.
Jaroszek, kolejna ucieczka, tym razem u boku przyjaciela, utopienie się w alkohol, a później podróż w poszukiwaniu nieuchwytnego. Kolejna próba przekonywanie się, że nie byli jeszcze za starzy, że w swej nieopisanej głupocie, mogli jeszcze mierzyć się z młokosami.
Podążając wąską, ciemną ścieżką, brnąc do przodu, niczym ślepcy, po omacku, nie świadomi co dzieje się wokół ich i czyje ślepia śledzą każdy ich krok. W mroku, bez księżycowego blasku, z gwiazdami schowanymi za grubym sufitem z liści, w miejscu, w którym ich krzyki nie zostaną usłyszane. A co najgorzej, powoli bez własnej woli wsiadający do pociągu z tabliczką trzeźwość, w pustych głowach jednak ciągle odrzucający smutną prawdę, że znowu odjebali coś bardzo głupiego.
- Taki był mój plan. Jaki jest sens w marudzeniu na kogoś, jeśli ta osoba Cię nie słyszy? – Odmruknął Gorii, zanim jeszcze zdążył się bliżej zaprzyjaźnić z matką naturą, zanim do tego pięknego spotkania doszło, wydarzyć się mogło jeszcze kilka różnych rzeczy.
Wróćmy jednak do istotnych spraw co się stało z druga flaszką, to dobre pytanie. Zwoje odpowiedzialne za myślenie pracowały z podwojoną szybkością, pot ciekł wąską stróżką, a myśli usilnie starały się przypomnieć sobie, kiedy to ostatni raz ją widział. Piękną niczym dziewicze jagody, smukłą jak ukryta pod aksamitnym materiałem sukni, noga, wesoło chlupiąca niczym dziewczęcy chichot, gdzie ona była, kiedy go opuściła, i dlaczego? Czym znowu zawinił? Coś było, przypominał sobie, a może tylko mu się wydawało.
- Spadła? A  może w siodle została? Nie pamiętam, trzeźwy się staję. Jak to się stało, czy mogę to jakoś zatrzymać? – Stwierdził z przerażeniem choć jego chód i oddech świadczył, że do przerażającego stanu jeszcze bardzo daleka droga. Jaśmin jednak nie zwracał na to uwagi i z rosnącą zgrozą w sercu klepał się po kieszeniach w poszukiwaniu czegokolwiek co może uratować go przed tak przerażającym losem. Pusto, nic, zero, nawet jego piersiówka, świeciła pustką.
- Milcz! Bluźnisz bracie, słowa twe czarne, przyniosą na nas zgubę. – Krzyknął przerażony wpadając na drzewo i przyciskając się do niego całym sobą, jak marynarz trzyma się masztu w czasie sztormu. - Ja wódkę kocham i szanuję, bardziej od kobiet, bo one mnie nie szanują, ale to już może być moja wina.  – Niechętnie odchodzi od drzewa i przez chwilę pragnie przytulić do serca pustą flaszeczkę, jednak szybko okazuje się, że gdzieś po drodze musiał ją zgubić przepadła w zielonym runie.
Po serii tak przerażających wypadków w trakcie kolejnego chwytającego za serce wywodu, pojawia się on gwóźdź, że tak powiem programu.
Korzeń, co to w koszmarach najstraszniejszych, w noc najciemniejszą będzie im się obu jawił, jako fatum, zwiastun wszelakich złych wieści, wyrósł jakby znikąd sprawiając, że wraz z wiązanką słów wszelakich, powszechnie uznanych za wypowiadane przez młodego dżentelmena nie godne, z gównem w ustach i trwogą w sercu, Cygan zaprzyjaźnił się bliżej z podłożem. Czy winą była zagubiona flaszeczka, wszak Bogu mówi, żeby nie śmiecić, a cygan nie dość, że drze się w niego głosy, cudzołoży, nieumiarkowuje w jedzeniu i piciu, dnia świętego nie święci, zabija siebie i przyjaciela, od święta kradnie, to jeszcze w lesie śmieci.
- Spóźniłeś się promyczku co oświetlasz mi drogę, przy którym ciemności się nie ulęknę. – Mruczy pod nosem, powoli podnosząc twarz z czegoś co z glebą zaczynało mieć coraz mniej wspólnego, a z każdą chwilą śmierdziało coraz gorzej.
Zatrzymał się na chwilę i spojrzał w stronę wskazywaną przez Aristova. Przyzwyczajone do mroku oczy powoli dostrzegały szarą plamę, jednak czy był to ich Święty Grall, nie dal sobie dłoni ani nawet paznokcia uciąć.
Powrót do góry Go down
avatar

if you trust nothing else, trust this, trust us.

Petersburg, Rosja

26 lat

poświst

błękitna

za Starszyzną

dystrybuuję rodzinny alkohol, ściągam długi, udzielam pożyczek i kupuję wasze dusze
http://petersburg.forum.st/t1146-igor-aristov http://petersburg.forum.st/t1185-igor-aristov#4660 http://petersburg.forum.st/t1186-zadza-pieniadza#4676 http://petersburg.forum.st/t1192-zakia#4701
PisanieRe: Cygańskie obozowisko   Sob 02 Gru 2017, 14:50
Czasami rzeczywistość jest tak wypaczona i obleczona poszewką na drugą stronę, że nie wydaje się czymś, co istnieje naprawdę; może to film, zlepek kilkuset prześwietlonych slajdów, jakaś wariacka kreskówka? Kiedy nikt nie widzi, są postaciami z animacji. Reksio, Masza i Niedźwiedź, Zając i Wilk – dla każdego coś by się znalazło. Przynajmniej nocne poszukiwanie jaroszka nabrałoby sensu – przecież takie rzeczy dzieją się tylko w bajkach dla dzieci, zwłaszcza tych edukacyjnych, zwłaszcza tych z przestrogami: nie bierz cukierków od obcych panów w prochowcach. Nie wsiadaj z nimi na latający dywan. I pod żadnym pozorem nie ruszaj z cyganem na przygodę w lesie. Zwłaszcza po alkoholu. Zwłaszcza, kiedy żaden z was nie jest zbyt mocny w analizowaniu motywów swych działań. Logika u tej dwójki nie zajmuje dziś (ani nigdy) pierwszego miejsca – na dobrą sprawę plasuje się gdzieś na samym końcu podpinki. W ich trochę szalonych, trochę nieobliczalnych, trochę ryzykownych życiach liczy się impuls, wrażenie, chęć przelotna, nawet senny majak, szamańska interpretacja jakiegoś przewidzenia, imperatyw metafizyczny. Są jakieś konkretne powody, żeby porzucić centrum magicznej dzielnicy na rzecz ciemnego lasu? Nie ma. Że najprawdopodobniej zginą w trakcie tej szaleńczej wędrówki? Nie szkodzi, śmierć to tylko koncept! Skoro już trafili do świata obłędu, wariactwem byłoby kierować się w nim logiką. Pozostaje tylko machnięcie ręką: poddaję się. Idziemy!
Od czego to się zaczęło? Igor cofa się po wstędze pamięci, nie zwracając uwagi na oznakowania mijanych czasów: wstęga biegnie wskroś nich, dociera do momentu, w którym przekroczyli granicę drzew. Czerń dookoła zeszła natychmiast ku tłustemu atramentowi, wszystko – zarys pni, konarów, kamieni, korzeni – przybrało nowe kolory i nową fakturę półcieni.
Zapytaj jakiejkolwiek kobiety, one zajmują się tym zawodowo – sili się na swobodę nawet wtedy, gdy noc wielka i cicha; Aristov nie boi się ciemności, nie boi się samotnego lasu, nie boi się podstępnych korzeni, trującego bluszczu, nawet braku alkoholu.
Jak miałby się bać, skoro są tu zwierzęta?
Mrok jest ich pełen; zwierząt i roślin, i Perun wie, czego jeszcze. Jasmin nawet się nie domyśla, jak głośny jest to świat, jak głośny i domagający się uwagi –  słyszy jedynie szum liści, pojedyncze cyknięcia świerszczy, odległe echo cywilizacji. Żadnych głosów – im dłużej się wsłuchiwać, tym więcej ich jest, niektóre słabe i agonalne, inne potężne i złaknione pożywienia. Co to za uczucie? Nieważkość wszystkich zmysłów. Jakie to uczcie? Przytłaczające; ziemski wykres ewolucyjny fauny, roztrzaskany, rozmnożony tysiąckrotnie, wymieszany i przenicowany – oto obraz chaosu panującego w królestwie zwierząt.
W umyśle pośwista.
W niedostępnym dla innych świecie, w którym ciężko się skupić – i jeszcze ciężej nie krzyczeć, żeby przebić się przez hałas.
Kiedy byłem dzieckiem, ojciec powtarzał, że gdy ktoś rozbije butelkę wódki, gdzieś na świecie płacze mały Aristov – mówi i na moment znika w mroku, by pojawić się ponownie, zanim jeszcze przebrzmi echo ostatnich słów, na wyciągnięcie ręki od przyjaciela – bo rękę ma wciąż wyciągniętą, dłoń otwartą w próbie uratowania Jasmina przed upadkiem; i uśmiech, szeroki uśmiech na zmęczonej twarzy. – Ojciec kłamał. Dorosły też płacze.
Wchodząc w tę aleję śmierci - ciemną, krętą ścieżkę, wytyczoną przez naturę - poczuł, że w ostateczny, bezpowrotny sposób wyzwala się z wszelkiego strachu. Oburzająco drogi but zatopił się w miękkim gruncie, Goria złapał oddech, fala zimna przepłynęła po spoconej skórze. Czy rzeczywiście byli tu bezpieczni? To samo wrażenie, co przed atakiem afrykańskiego lwa – ciężkie przeczucie kumulującej się możliwości, majaczne jasnowidzenie – ale tym razem nie śmierci.
Przynajmniej próbowałem ostrzec, gwiazdo przewodnia naszej przyjaźni – przez kilka ostatnich sekund szczerej troski obserwował, jak Vasilchenko podnosi się z ziemi – ziemi i czegoś, czego żaden z nich nie chciał nazwać, a co bukietem zapachów jasno określało zwierzęce pochodzenie – a gdy już nabrał pewności, że Jasmin nie ma zamiaru zażywać błotniście-dochodowej (odchodowej…) kąpieli, Igor zaczął iść, coraz szybciej, nie oglądając się za siebie. Z początku właśnie tak: bezpiecznie, po wielokroć zakręcającej szerokimi łukami między drzewami.
– Zaczekaj, muszę… - z nim porozmawiać, co nawet w przepitym umyśle Jasmina nie zabrzmiałoby dobrze. Na pewnym etapie alkoholowym przygód każdy ma wrażenie, że potrafi rozmawiać ze zwierzętami – problem pojawia się, kiedy ktoś naprawdę to potrafi.
… zebrać myśli.
Nie znał lepszego określenia i nie twierdził, że jest w tym choć szczypta logiki; są za to ciemne otchłanie długich lat prób, setki bezsennych nocy, lata daremnej ucieczki przed zwierzętami umysłu. Igor słyszy je nieustannie – ich wycia, gorący oddech na szyi, odległe prośby; wystarczy, by choć na moment puścił smycz, a wtedy dopadną go i…
Gdyby zaczął uciekać, rzucaj zaklęcie, Vasilchenko – jeśli nocna wyprawa do lasu była nierozsądna, to jak nazwać prośbę, by mocno pijany, mocno narwany, mocno zdolny do wszystkiego przyjaciel użył magii na jaroszku, od którego Gorię dzielić będzie mniej niż dwa metry?
Szaleństwem czy samobójstwem?
W niego, nie we mnie!
A później rusza w stronę żyjątka na tyle wolno, by to nie poczuło się zagrożone, i nagle dociera do niego, jak wielkim, niepoprawnym, masochistycznym idiotą jest – ale nie ma już odwrotu, żadnego ratunku, bo kiedy tylko plama brudnego cienia znalazła się dość blisko, w umyśle Igora rozbłysła jedna, stanowcza myśl.
Podejdź do mnie.
Powrót do góry Go down
avatar

spod Kijowa

27 lat

błękitna

neutralny

cygan, grajek, wróżbita, czasem pan na włości
http://petersburg.forum.st/t1279-jasmin-vasilchenko#5187 http://petersburg.forum.st/t1286-jasmin-vasilchenko http://petersburg.forum.st/t1285-bania-u-cygana http://petersburg.forum.st/t1287-dumka#5276
PisanieRe: Cygańskie obozowisko   Czw 07 Gru 2017, 13:49
Chwytając dłoń przyjaciela, przez głowę cygana przewija się kilka pomysłów, większości tych z katalogu oznaczonego w przestrzeni pod czaszkowej Vasilchenki jako te głupie i te bardzo, ale to bardzo głupie.
W tak sprzyjających warunkach przyrody, grzechem by było, żeby tylko go spotykały nieszczęścia, najpierw ten korzeń, psia jego mać, a potem jeszcze to o czym myśleć się teraz wybitnie nie starał, a jednak zapach ciągle mu to przypominał. Tak więc w ramach jakiejś mocno pokręconej sprawiedliwości dziejowej, dumał co będzie lepszym pomysłem, czy pociągnięcie za sobą pijanego Gorii i urządzenie mu jego własnego dnia w spa, który przecież na pewno by mu się to spodobało. Zniknęły by podkrążone od nocnego liczenia złotych rubelków oczy, skóra by mu odmłodniała, przestałby być taki blady, jak śmierć po wakacjach na kole podbiegunowym, wyszłoby mu to na pewno na zdrowie, dodatkowo te wszystkie mikroelementy obecne w guano, przecież z tego czasami się nawet kosmetyki robi, tak przynajmniej słyszał, prawdopodobnie od Nem. Nim pierwszy pomysł wybrzmiał i został wprowadzony w czyn, pojawił się drugi równie głupi, ale dodatkowo lekko przerażający, sprawił, że jego dusza drżała z przerażenia, a gdyby stał to kolana same by się pod nim ugięły, co znacznie ułatwiłoby zresztą dokończenie tego, niecnego planu. Igorze Ivanovichu Aristovie, czy uczynisz mnie najszczęśliwszym Cyganem na świecie i ofiarujesz mi klucz, no i tu pojawiał się dysonans poznawczy, gdyż serce krzyczało do piwnicy z wódką, a stara mantra brzmiała do twego serca. Wymagała to wszystko solidniejszego przemyślenia, zrobienia listy wad i zalet, ale na to w tym momencie nie było czasu, więc biedny Jaśko po prostu się podniósł, ozdabiając pomocną dłoń nowym zapachem, mieszanką runa leśnego i świeżego obornika. Doskonały na pierwszą i każdą kolejną randkę, Filipie na pewno się spodoba, mógł za to ręczyć głową, nie swoją bo ona zbyt wielkiej wartości nie miała, Gieni też raczej nie, ale na pewno uda mu się znaleźć jakąś odpowiednią, może Jaroszka?
Nie ufając do końca własnym, nogom, które jeszcze nie tak dawno temu mocno go zawiodły ruszył za przyjacielem, a może jego nosem? Nie dało się tego inaczej nazwać, Goria jakoś intuicyjnie zawsze wiedział, gdzie czekało na nich to czego szukali, o ile było to coś pokrytego futrem i poruszającego się na czterech lub większej liczbie kończyn,  czy był to Gienia mający ich odwieźć do domu, czy jak w tym przypadku mały rogatu, kłapouch. Nie było istotne jakie to zwierzę, Aristov jakoś zawsze wiedział, gdzie ono na nich czeka i którędy szła do niego droga. Prawdopodobnie Jaśko się nawet domyślał, może mu nawet Aristov to kiedyś wprost powiedział, ale prawdopodobnie oboje pod koniec takich wniosków był na tyle w mocno w stanie wskazującym na spożycie alkoholu, że cała wiedza ulatywała z niego razem z procentami.
- Nie przemęczaj się tylko, nie mam ani wystarczających zapasów sił ani wódki, żeby nas cało doprowadzić do domu, jeśli mi tu zasłabniesz. – Mówi z bliska kontemplując kolejne drzewo, które postanowiło mu stanąć na drodze. To dąb, to na pewno był dąb, tak mu mówiło jego wewnętrzne trzecie oko, które chyba dzisiaj musiało być przymknięte, bo nie zauważył, że żeby przytulić się do pnia musiał się przedrzeć, przez kilka iglastych, jodłowych gałązek. Jak dobrze, że był chociaż przystojny, gdyby nawet tego nie miał, jaśkowy los byłby już dawno przesądzony.
Vasilchenko nie czuje strachu, pod wpływem alkoholu staje się za głupi, żeby się bać, napełnia go sztuczna odwaga, wycisza zdroworozsądkowe podszepty i zostawia sam upór wyczulony dodatkowo na formułę Ty nie dasz rady?, która sprawdza się w tym przypadku lepiej niżeli czerwona płachta na byka.
Chwilę zajmuje mu wygrzebanie się z iglaka, a wtedy widzi przyjaciela wpatrzonego w ciemność. Słuchając goriowych słów, musi poświęcić trochę czasu, żeby dobrze je zrozumieć i zapamiętać. Wyciąga z kieszeni podartej kamizelki różdżkę, czemu dopiero teraz? Jednym zaklęciem mógłby się pozbyć tego cholernego smrodu, to by było zbyt proste, wymagałoby podstawowych umiejętności myślenia i to właśnie tu leżał pies pogrzebany. Nie ma myślenia po takim morzu alkoholu, w środku ciemnego lasu i z głupim celem jakim było łapanie wyprowadzającego ludzi na manowce jaroszka. Cyganie, gdzie ty zgubiłeś głowę, a może w ogóle jej dzisiaj ze sobą nie brałeś? Mogło się tak zdarzyć.
- Strzelać w jaroszka nie w Gorię. Proste. Jaroszek nie Goria. Jaroszek nie Goria. Jaroszek, aaaa a który to był który – powtarzał cicho pod nosem, żeby zapamiętać proste przesłanie idące ze słów przyjaciela, szybko jednak mogło się okazać, ze nie było ono takie od razu proste i łatwe.
Z dłonią uzbrojoną w magiczny patyczek przyglądał się względnie niepozornej szarej kupce kłaków, w której ukrywał się, a może nią był rzekomy Jaroszek.
Wpatrzony w plecy przyjaciela, dostrzegał, że działo się tam coś dziwnego, w pijanej głowie zaczynała się świecić mała czerwona dioda, krzycząca coś o niebezpieczeństwie. Czy był to głęboko uśpiony gen wieszcza, czyżby słynny vasilcheński dar miał się właśnie w nim objawić? Jeśli tak to trudno było wybrać gorszy moment, na to by uczyć się go używać.
- Tirisiri.


Ostatnio zmieniony przez Jasmin Vasilchenko dnia Nie 10 Gru 2017, 14:20, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
avatar

PisanieRe: Cygańskie obozowisko   Czw 07 Gru 2017, 13:49
The member 'Jasmin Vasilchenko' has done the following action : Kostki


'k6' : 2
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Cygańskie obozowisko   
Powrót do góry Go down
 
Cygańskie obozowisko
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Wedy słowiańskie VS Prawo Boże
» Wąskie uliczki
» Mury Leoniańskie
» Nameczańskie techniki leczące


Skocz do: