Навигация

Galeria Fontann
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  



 

 Galeria Fontann

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
avatar

PisanieGaleria Fontann   Sob 04 Lut 2017, 18:33
Galeria Fontann

Na wschód od Ogrodu Głównego znajduje się miejsce potocznie nazywane przez czarodziejów Galerią Fontann. Utrzymano je w stylu francuskim, z idealną osią symetrii i dokładnie przystrzyżonymi krzewami, które są na tyle wysokie, że można się za nimi skryć. Żywopłoty oddzielają szerokie alejki, gdzie znajdują się fantazyjne, małe fontanny z bohaterami inspirowanymi legendami zarówno słowiańskimi, jak i niezwykle modną w okresie baroku mitologią starożytnej Grecji. Galeria zdecydowanie należy do najbardziej ustronnych i romantycznych miejsc z całego kompleksu pałacowo-ogrodowego, dlatego też nierzadko można tutaj spotkać młodych arystokratów.

Powrót do góry Go down
avatar


Moskwa, Rosja

30 lat

wielkolud

półkrwi

neutralny

kapelan Batalionu Specjalnego, egzorcysta
http://petersburg.forum.st/t1404-albert-lagunov http://petersburg.forum.st/t1410-albert-balsam#6819 http://petersburg.forum.st/t1409-bog-jest-miloscia#6818 http://petersburg.forum.st/t1408-piolun#6817
PisanieRe: Galeria Fontann   Sro 03 Sty 2018, 08:27

20.05.1999

Cóż to, czy posądzać można było Lagunova o takie cechy jak romantyzm, skoro ze wszystkich zakamarków pałacowych ogrodów zawędrował nieprzypadkowo przecież, do tego właśnie zacisza, przetkanego alejami i żywopłotami, zwanego galerią fontann? Próbując ukryć się przed rosnącym zgiełkiem ogrodu głównego, bezmyślnie, jeśli kiedykolwiek bezmyślność mu się zdarzała, pomaszerował przed siebie wchodząc między te figury gdzie było znacznie spokojniej, choć co chwila jakiś chichot młodzieńczy skądś można było dosłyszeć. Czy aż tak obce były mu porywy serca, żeby się nie wzruszył i tymi miłostkami kwitnącymi wiosną? Nie bądź aż tak gorzki, Albercie Obojętny, ukryj prędko tę szarość emocji za swoim uprzejmym uśmiechem bo się nie godzi duszpasterzowi takim być zimnym, niewrażliwym na piękno chujem.
Opiera się więc, trochę przysiada Albert na cembrowinie jednej z fontann pluskających cicho niemal jak właśnie ten bohater romansu, przed którego wyobrażeniem próbował umknąć usilnie, ubrany jak zawsze skromnie, dziś w ogóle na czarno, z marynarką niedbale przez ramię przerzuconą. Z nosa okulary ściąga by przetrzeć szkła, które wcale nie są brudne, ale nawyki bywają silniejsze od człowieka, nawet tak wielkiego i silnego jak Lagunov. Mrużąc oczy wzrokiem wodzi po trawniku, jakaś wiewiórka kica chyba, może kuna, nasadziwszy szkła na powrót na nos widzi, że jednak wiewiórka, która szybko umyka na drzewo by zniknąć w jego koronie. Nie miał nic przeciwko obcowaniu z naturą, może to już mając we krwi, wyssał z mlekiem matki, umiłowanie natury niewzruszonej obecnością człowieka bo choćby każdy krzak tu przystrzygli w kostkę i każde źródło zakuli w białe marmury to czy powstrzyma to krzew przed puszczaniem pędów, albo wodę przed byciem zimną, czystą i wilgotną? Natura była szczera i nie potrzebowała człowieka, możliwe, że dlatego właśnie do niej garnął, już od wczesnych lat, nim jeszcze dotyk boży naznaczył go bliznami, wybiegał w las w pole szukając spokoju serca i duszy.
Wolał przyglądać się przyjęciu z daleka, pięknym paniom i panom krążącym po głównych alejach, przedmiotom i artefaktom wystawionym na aukcji mógł przyjrzeć się w informatorze, wcale nie chcąc podchodzić bliżej do ludzi. Pławiąc się w przyjemnym majowym słońcu, z lekką zimną bryzą, wdzierającą się pod koszulkę od strony pluskającej wody. Dzień przyjemny, ale zmarnowany. Mógł skupić się dziś zupełnie na podpieraniu stropów w kaplicy, mógł odmalować kolumny i zacząć docinać deski na nowe ławy - zamiast tego zobowiązany był, w końcu przecież to Kwesta na rzecz ofiar, jako kapelan gwardzistów być obecnym na wydarzeniu nawet jeśli tylko ciałem. Myślami już błądził gdzieś indziej, przyglądając się bez uwagi obrazkom w książeczce, zastanawiał się Albert Dociekliwy, czy byłby w stanie znaleźć osoby odpowiedzialne za zamach w Muzeum, czy Bóg zechce poprowadzić go ścieżką prawdy i zadośćuczynienia, on, boski wojownik, był przecież gotów wybaczać i karać w imię miłości, bo w czyje inne imię można czynić tak wielkie gesty. Daleko jednak były szepty jego aniołów ostatnimi dniami, milczące zastępy nie prowadziły go ku żadnej z dróg, jakby powściągliwość nagła pojawiła się między nimi wraz z zapowiedzią Lagunowego potomka.
Znał swoje winy, znał swoje wady, wiedział, że jest duszą grzeszną i nigdy nie uważał się za przykład cnót - pokutował jednak codziennie, gorliwie, choć opierając się na ewangelii pokuta przyjmowała trzy podstawowe formy: modlitwę, post, jałmużnę, nie unikał ani włosiennicy ani do krwi biczowania. Albert Flagelant. Zawsze ściśle wiązał ją z wiarą w boskie miłosierdzie i jego zdolność przebaczania, był nawrócony, wiedział, że nawet jeśli on sam sobie nie wybaczy - Bóg jest miłością wybaczającą wszystko. Życie kalekie w doczesne przyjemności było już szarą codziennością, Albert Umartwający się w intencji ojca, w intencji swojej duszy, w intencji zadośćuczynienia za grzechy własne i cudze. Czy pamiętał czym jes kąpiel w ciepłej wodzie? Smak bogato przyprawionych, egzotycznych dań? Słodkich napojów? Nie. Ale czy tęsknił za tym? Post był miarą siły ducha, a on sam wierząc w bycie niegodnym przyjemności mógł dostrzegać piękno rzeczy małych, takich jak ta chwila tu, na cembrowinie, pośród drzewek po których skaczą wiewiórki i szumiącej wody.
Jak Tyś go tu znalazła, Lenko?
Powrót do góry Go down
avatar


Mariupol, Ukraina

30 lat

brudna

neutralny

prezenterka MagiTV
http://petersburg.forum.st/t1362-olena-iordanou#6214 http://petersburg.forum.st/t1425-olena-iordanou http://petersburg.forum.st/t1363-w-dzisiejszym-programie#6222 http://petersburg.forum.st/t1426-listy-oleny
PisanieRe: Galeria Fontann   Sro 03 Sty 2018, 13:20
Jeśli to tu przychodzą się gzić młodzi szlachcice, doprawdy można zarzucić im brak polotu. Miejsce jest wszak po temu idealne – urokliwe, pełne zieleni, umiejętnie ukryte przed czujnym wzrokiem przyzwoitek. A z tego, na co zdążyłam się już dziś napatrzeć, arystokracja lubi sobie udziwniać nawet najprostsze sprawy, nie słabną im apetyty na skandale.
Jeden z dobroczyńców przyznał mi się do tego wprost. Nosił słusznych rozmiarów wąs i kraciaste workowate coś, z pewnością bardzo modne w nadchodzącym sezonie. Cierpliwie słuchałam jego wywodu o krzywdzie, jaką poniosła nowoczesna sztuka zmuszona stracić gromadzone przez wieki arcydzieła z dorobku najstarszych magicznych mistrzów. Ten zamach to była, jak był uprzejmy perorować natchniony co najmniej jak prorok, zbrodnia na pamięci i wrażliwości ludzkiej, runęło znacznie więcej niż mury muzealnego gmachu.
Czułam się coraz gorzej, i to nie tylko dlatego, że ton mecenasa sztuki coraz bardziej wpadał w kaznodziejskie nurty. Pogoda sprzyjała wyjściu do ogrodu, przechadzaniu się wolnym krokiem między eksponatami na licytację w jednej ręce trzymając katalog z ich cenami, a w drugiej – szklaneczkę z idealnie schłodzonym drinkiem. Mnie natomiast robi się tu zbyt gorąco, coraz trudniej skupić się na słowach rozmówców, nawet jeśli przyszłam tylko po to, by węszyć, nieprawdaż? Stałam się plotkarą, etyką dziennikarską zasłaniam się wybiórczo i wstydliwie, kiedy to wygodne, dawno już jednak chyba nie robię ludzkiej świadomości świata żadnych przysług moją pracą w MagiTV. Wywlekam, bezlitośnie w swoim znudzeniu i obojętności, ku uciesze widzów na wierzch sprawy, które niezależnie od statusu i intencji gościa powinny zostać prywatne. Po części także dlatego, że większość z nich jest zwyczajnie nudna, kręci się wokół któregoś z uniwersalnych tematów: pieniędzy, sławy, awanturniczych romansów podkolorowanych przez wspomnienia zdrady i oszustwa. Coraz częściej, teraz także z moim udziałem, ludzie to wszystko pojmują na opak, próbując ten szum przenieść i w swoje życie, egzaltować tym, czym wcale nie trzeba.
Fala zawrotów głowy i poczucia słabości przerwała ten mój myślowy wywód moralizatorski. Wyplątałam się z rozmowy z kraciastym wąsaczem krótkim „pan wybaczy” i jak najszybciej wymsknęłam się z tłumu w kierunku mniej uczęszczanym, tam, gdzie nie były wystawione żadne kosztowne bibeloty.
Nie szukałam cię (choć faktycznie, wspomniałeś raz, że się wybierzesz, już pamiętam), zwyczajnie nie wypada przed wielmożami tak po prostu paść na pysk. Zbyt szybko zmęczyło mnie ciepło i tłok, w którym każdy pachnie tak intensywnie wymyślnymi perfumami, że nietrudno oszaleć od różnorodności dolatujących z każdej strony aromatów osiadających na skórze jak spragnione krwi owady. Może powinnam czuć się zagrożona? Nie zwykłam, nawet przed ciążą, dobrze znosić takich napuszonych spędów.
Po kilku krokach w kierunku jednej z fontann, jednym czy dwóch haustach świeżego powietrza, już mi lepiej. Najbliższa fontanna pyszniła się imponującą rzeźbą wyobrażającą Posejdona. Różnego rodzaju stworzenie wodne zgromadzone u jego stóp tryskało strumykami wody z kamiennych pysków. Ładny, lecz pospolity obrazek. Nie robił wrażenia, gdy z każdej strony nęciły wzrok równe mu wspaniałości.
Także przysiadłam na brzegu fontanny, odległej od ciebie wystarczająco, byś wcale nie musiał zauważyć drugiego zbłąkanego tu człowieka, by ulżyć obolałym od kilku godzin krążenia po ogrodzie stopom. Po raz pierwszy od dawna były bezlitośnie wciśnięte w szpilki. Szmaciarza, którego wygląd zwykle przypomina moja niedbałość, nie wpuściliby przecież do Pałacu Sprawiedliwości. I mam za swoje, uwięźnięta w krótkiej burej sukience (przyciasnej i jakby jednak za bardzo krótkiej, więc to pewnie jedna z rzeczy, którą zostawiła kiedyś Isa w mojej szafie) z długimi rękawami. Są stanowczo zbyt obszerne, w ogóle niepraktyczne i jeszcze celowo na całej długości ramienia rozcięte, tak, bym – ilekroć podnosiłam do ust szklankę z wodą – przypominała ptaka ze smętnie zwisającym złamanym skrzydłem. Brnąc dalej w ptasie metafory, jestem jak wróbel wśród strojnych arystokratycznych pawi, wolę napić się z fontanny niż gubić się w marmurowych łazienkach.
Nabrałam w dłonie (oczywiście mocząc przy tym skraj cholernego rękawoskrzydła) nieco wody, by przemyć twarz chłodem. Pomogło na zawroty głowy, ale wcale mi nie spieszy się wracać.
- Cholera jasna, po co mi to było. - mamrocze twarz ukryta w wilgotnych dłoniach.
Powrót do góry Go down
avatar


Moskwa, Rosja

30 lat

wielkolud

półkrwi

neutralny

kapelan Batalionu Specjalnego, egzorcysta
http://petersburg.forum.st/t1404-albert-lagunov http://petersburg.forum.st/t1410-albert-balsam#6819 http://petersburg.forum.st/t1409-bog-jest-miloscia#6818 http://petersburg.forum.st/t1408-piolun#6817
PisanieRe: Galeria Fontann   Sro 03 Sty 2018, 17:21
Nie można odmówić okolicy uroku, Albert te chichoty w pełni rozumiał. Może bywał oziębły i w uczuciach raczej ubogi, ale z pewnością widział dlaczego to park fontann akurat stał się miejscem schadzek i sekretnych romansów. Młodość rządzi się swoimi prawami, pomyślał przecież chwilę temu, widząc przemykające chyłkiem cienie, jakby sam był starym dziadem.
Biedna Olenko, dałaś się odłowić już na samym wejściu. Albert Niewidzialny, nie wiadomo jak to robił mając takie gabaryty, zawsze gdzieś umiał prześlizgnąć się bokiem w tłumie. Może to ten niepozorny wyraz twarzy, uprzejmy uśmieszek, a nie typowa dla szlachty wyrafinowana wyższość, czyniła go kąskiem wcale nie lepszym od eleganckich paniczów i panienek strojnych i epatujących swoją niesamowitością. W barze te parę miesięcy temu też zdążył zniknąć w tłumie na chwil parę, zanim do Ciebie z tym swoim whisky podszedł, mimo, że wystawał ponad ludzi o dobrą głowę i lustrował przestrzeń świecącymi oczami wilka. Bo on jest bardzo uważnym obserwatorem, ale to wiesz, więc skoro wiewiórkę w trawie i to bez okularów był w stanie zanotować to i Twoja obecność nie umyka jego uwadze i podnosi na Ciebie wzrok. Z początku jesteś tylko jedną z nich, uśmiecha się tak samo uprzejmie jak zawsze, jak do nich, jak do Ciebie, jak do całego świata, palcem zakładając stronę w informatorze na wypadek gdybyś podeszła ale wybierasz inną fontannę, na innej gałęzi jako wróbel ze zwiędniętymi skrzydłami, postanowiłaś przysiąść. Dopiero po chwili przyglądania Ci się rozpoznaje w tej stanowczo za krótkiej sukience i bez wątpienia zbyt obcisłej Ciebie, bo przecież głównie widywał Cię, choć może trafniej będzie: wyjmował Cię z ubrań wygodnych, albo przynajmniej codziennych, dżinsów czasem czy koszul, nigdy chyba z imprezowych kreacji, a już na pewno nie takich jak ta.
No ale stoisz na dystans, ciężar ciała z nogi na nogę, chyba nie lubisz tych pantofli za bardzo, przygląda się tym Twoim nogom Albert Wcale Nie Wstrzemięźliwy dłuższą chwilę i wraca do tego akapitu, co go przestał czytać, żeby dokończyć bo tak Cie nie zamierzał napadać zaraz rychło, skoro ledwie uciekłaś od tłumu i pewnie po to, żeby pobyć samą. On zresztą też wybierał samotność, może to dlatego te wasze ścieżki życia ironicznie splotły się, zakuwając was w kajdany zobowiązań, wybierając z morza ludzi akurat tę dwójkę, która niezależność i samotność umiłowała najbardziej. Powiedz, masz w sobie tęsknotę za partnerstwem? Głęboko ukrytą pod pierzyną codziennej znieczulicy myśl, która przychodzi ciemną nocą i nie chce odejść, że może kogoś, że samemu to jednak ciężko, że podzielić się chociaż z kimś problemami i radościami dni powszednich? Zdarza Ci się o tym myśleć? Czy topisz te pragnienia w ramionach przypadkowych chłopców z barów, takich jak ten tu niepozorny byk o barkach szerokich jak szafa?
Albert dawno odmówił sobie tych pragnień, co więcej, śluby złożył, że taka przyszłość się nie wydarzy, a jednak znacznie wcześniej wiedział, że nie chce w życiu partnerstwa widząc, jak ta trucizna niszczy jego ojca, miłość, tęsknota, samotność. Raz skosztowawszy zakazanego owocu dusza pragnie go cały czas, czyż nie? Czy nie dlatego był tak lubieżnym kochankiem, nie dlatego łamał święte przykazania boskie? Potem pokutując nocami, klęcząc w kaplicy skupiony na modlitwie, prosząc o wybaczenie, bo był słaby. Słaby przed Bogiem, mimo, że tak silny w rzeczywistości. Koniuszkiem palca zakłada stronę w książeczce, zawsze zaginał strony, to jedna z niewielu rzeczy, które były w stanie wykrzesać z Ojca emocje, gniewał się strasznie o te zagięcia i na chwilę budził z marazmu to i już od najmłodszych lat Albercik Brzdąc, uparcie rogi zaginał. Splata palce na okładce i wzdycha lekko, znów podnosząc na Ciebie wzrok. Mógłby podejść. Może powinien. Z drugiej strony całkiem odpowiadała mu ta przestrzeń, więc w Twojej twarzy szukał rozwiązania swojego dylematu.
Powrót do góry Go down
avatar


Mariupol, Ukraina

30 lat

brudna

neutralny

prezenterka MagiTV
http://petersburg.forum.st/t1362-olena-iordanou#6214 http://petersburg.forum.st/t1425-olena-iordanou http://petersburg.forum.st/t1363-w-dzisiejszym-programie#6222 http://petersburg.forum.st/t1426-listy-oleny
PisanieRe: Galeria Fontann   Sro 03 Sty 2018, 18:29
Te chichoty też mają swój urok, może to właśnie one zostawiły go w tym miejscu, każdy po trochu przez te wszystkie lata, w których ani trochę się nie zmieniła natura ludzka. Nieważne, czy we fraku między fontanny, czy w piżamie przez okno pod sklep z alkoholami czynny całą dobę – człowiek zawsze będzie chciał gdzieś się wymknąć i nawet jeśli potem żałuje tego, po co wiał z domu w środku nocy, samą ucieczkę wspomina się zawsze z tym samym rozrzewnieniem, aż wraca adrenalina.
Już nie muszę się od nikogo wymykać. Nie mam u kogo zarobić na szlaban, nie ma mnie kto podejrzewać o zdradę, gdy wracam do domu przed świtem, nawet już nie ten kot w kolorze mamałygi, bo go zabrałeś nie zostawiając nic w zamian. W drodze powrotnej ciążyły mi, co prawda, w kieszeni klucze do mieszkania, w którym pozwoliłeś mi na jeden przystanąć, rozejrzeć się po innym, bardziej osobliwym domu, odetchnąć powietrzem, które nie dusi upartym zapachem wanilii.
Powiem ci, jeśli chcesz, proszę bardzo, że nie, nie tęsknię do wspólnego życia tak na co dzień. W zupełności starczają mi te udawane tygodnie, w jednym z których miałeś wątpliwy zaszczyt uczestniczyć. Mówię ludziom takim jak ty wszystko, nie odkrywając jednak nic z siebie konkretnego poza może ciałem, ale ono, jak odważę się sądzić pod wpływem pychy, pamiętasz, też zbyt konkretne nie jest. To przecież nie zakazane, wręcz odwrotnie, słyszałam już nieraz naglące pytania, kiedy na palcu będzie pierścionek, w łazience dwie szczoteczki do zębów, w korytarzu przy lustrze neseser zabieganego męża. Raczej nie wyszłabym za urzędasa, ale skłaniam się coraz częściej w stronę scenariusza, w którym nie wyjdę w ogóle. Ani za mąż, ani w końcu za próg swojego mieszkanka, a co za tym idzie – także tej niezdobytej twierdzy, do której wdrapujesz się jak błędny rycerz, nie przymierzając, zupełnie jakbyś był nieświadom, że barier mentalnych fizycznie pokonać się nie da. Przyznaję, że wytrwale próbowałeś też słowami, prowadząc ze mną rozmowy długo w noc, zadawałeś trafne pytania, które nie pozwalały zasnąć mimo zmęczenia lepiącego do siebie powieki.
Wybacz, przerwałam ci lekturę. Nie widzę dokładnie, co czytasz, nie podnoszę nawet jeszcze oczu, czekam ostatnie minuty, aż głowa przestanie ciążyć mi na rękach, a ja zacznę oddychać znów w pełni swobodnie. Przepraszam, jeśli cię rozpraszam, Albercie Skupiony. Zwykle tego nie robię, nie próbuję nawet, bo dobrze mi w cieniu; żeby skupiono na mnie uwagę, muszą mi na twarz świecić jakieś trzy reflektory; jesteśmy, jak mi się zdaje, podobni do siebie w tej kwestii. Z cienia zawsze można wyjść, gdy zacznie czegoś brakować, a oferuje on cenne schronienie, anonimowość pozwalającą na ten dziwny rodzaj beztroski, który wtedy i nas przecież na trochę połączył. Żadne z nas w tej ciemnicy, ni w rozbłyskach świateł nie było sobą naprawdę. Sam powiedz, tańczyłeś z kimś odkąd udało ci się w końcu zaciągnąć mnie na parkiet na kilka żałosnych chwil podrygiwania do muzyki, której żadną miarą nie można nawet do muzyki porównywać?
Ja nie. Nie malowałam się też ani nie piłam starki. To tylko elementy przebrania, zupełnie jak ta bura wróbla sukienka, do której nie tylko ty, ale też ja wciąż nie mogę przywyknąć. A do końca dnia daleko, najwyższe ceny wywoławcze nie padły jeszcze z podestu zajmowanego przez mistrza ceremonii. Pieniędzy szlachta pozbywa się z większą nawet pompą nieraz, niż stanu kawalersko-panieńskiego, na pewno będzie więc na co popatrzeć. Nie odmówię sobie tej przyjemności, chociaż mnie nie stać na te drobiazgi z pierwszych stron, opatrzone cenami uchodzącymi za śmieszne wśród pawi. Na co czekasz? Chodź tu, dołącz do mnie, słowo się rzekło, że to w końcu towarzyska okazja. Do siebie nawzajem i do tego miejsca pasujemy jak pięść do nosa, ale chodź, zabrakło mi chyba czegoś w odbytych dzisiaj z nieznajomymi rozmowach, a na tym dobrze się znasz.
Powrót do góry Go down
avatar


Moskwa, Rosja

30 lat

wielkolud

półkrwi

neutralny

kapelan Batalionu Specjalnego, egzorcysta
http://petersburg.forum.st/t1404-albert-lagunov http://petersburg.forum.st/t1410-albert-balsam#6819 http://petersburg.forum.st/t1409-bog-jest-miloscia#6818 http://petersburg.forum.st/t1408-piolun#6817
PisanieRe: Galeria Fontann   Czw 04 Sty 2018, 13:00
Mieszkanie, do którego dostałaś klucze bardziej chyba z troski o drugiego (i trzeciego) człowieka niż z potrzeby okazywania zainteresowania, czy tęsknotą za towarzystwem. Nawet kot, Mamałyga, tak się już chyba będzie nazywał, znalazł sobie poduszkę w kącie biblioteki. Dom osobliwy bez wątpienia, dwupiętrowy, kuchnię i salon mając na piętrze, tak odmiennie od regularnego wystroju mieszkań, no i zamknięte drzwi za którymi zniknął na trochę przed snem jeszcze. Cały parter to praktycznie biblioteka, ogromne ilości książek i zwojów, całe ściany zastawione nimi, stworzone z półek ścianki działowe, nawet stolik niewielki na którym zazwyczaj stała herbata to kolejne żebrowania zastawione tomami. Miał swoją sypialnię, oddaną praktycznie Twojej wygodzie, bo sam do późna przecież siedział w książkach, Bóg jeden, tak, raczy wiedzieć czego czytając bo nie był to język rosyjski, ani nawet alfabet łaciński, najprędzej jakieś azjatyckie narzecze. Mogłaś zostać, mogłaś wyjść, mogłaś przychodzić kiedy czułaś, że chciałaś, ten klucz co Ci w kieszeni ciążył nie miał żadnej intencji, metki zobowiązania, nawet Mamałyga, któremu zdaje się było na Albertowych kolanach całkiem dobrze, nie musiał z nim mieszkać. Wziął go pod pachę bo mizerne kocie wyglądało na strasznie zabiedzone i to nie byłoby szlachetne nie wziąć go ze sobą, odkarmić, dać poleżeć w ciepłym. Brakowało mu gestów szlachetnych w ostatecznym rozrachunku życia, tak jak zabrakło mu towarzystwa, ku własnemu zaskoczeniu, gdy wczoraj wstał rano przywitać pusty pokój.
Żaden z Alberta Alpinista, Twoja twierdza będzie Twoją tak długo, jak długo będziesz chciała w niej siedzieć. Zdążyłaś chyba zauważyć, jaki jest nieinwazyjny, nawet w sytuacjach tak neutralnych jak spotkanie w parku stoi gdzieś z daleka i patrzy się tylko, niemal jak ten mamałyga-kot zastanawiając co przyniesie los, miskę mleka czy kopa w żebra. Podnosi się w końcu, z informatorem w jednym ręku, marynarką w drugim i idzie, przy tej długości nóg powinien się z Tobą zrównać w trzy kroki, ale jest tak powolny, że można się zastanowić poważnie, jak on funkcjonuje w dzisiejszym świecie. Może poza pewnymi chwilami, kiedy gorliwość i żar brały górę nad nudną zachowawczością, ale nie zdarzało się to przecież często.
- Wyglądasz dziś bardzo... - zaczyna, kiedy już stoi blisko, ale na usta cisną mu się tylko słowa z rodziny "wyzywająco, obcesowo, bezwstydnie, niestosownie" i obraca nimi szukając tego najmniej bezpośredniego, by w końcu się poddać - ...Inaczej. Wyglądasz inaczej. - mruży jedno oko w żartobliwym geście, z tym swoim markowym półuśmiechem i wskazuje ławkę nieopodal w niemym zapytaniu, czy może chciałabyś usiąść. Wciąż błąka Ci się po zroszonej wodą twarzy cień zmęczenia, a i przyszłaś tu zapewne w celach zawodowych, czeka Cię pewnie dalsza praca, w odróżnieniu od niego musiałaś robić coś więcej niż po prostu tu być.
Aukcja miała się rozpocząć lada chwila, oficjalna prezentacja najważniejszych przedmiotów, przemówienie rodziny organizatorskiej i to, po co przyszli wszyscy, czyli przebijanie się, dreszcz adrenaliny, trwonienie pieniędzy pod przykrywką szlachetnych intencji, mając dobrą wymówkę można zrobić wiele, już on o tym wiedział dobrze. Nie czuł niesmaku tą całą pompą kwesty, bo nie liczy się w jego wyobrażeniu otoczka jak i oczekiwania, jakie powodzą bogaczami w to majowe popołudnie, tak długo jak rzeczywiście skorzystają na tym poszkodowani.
Powolność kroków okazuje się być takim akurat tempem spacerowym, gdy zbliżacie się do ławki, a on wcale nie siada tylko patrzy na Ciebie jeszcze bardziej z góry, niemal jak bozia z tym słońcem za plecami.
Wiesz, próbuje Ci coś powiedzieć, zbiera się do tego od jakiegoś czasu, od kilku dni formuje własne myśli i choć nigdy nie był wygadany to nie dlatego, że nie wiedział jak się wyrazić. Zazwyczaj nie czuł ku temu potrzeby - tym razem, zupełnie inaczej, potrzeba byłą tylko żadne zdania nie mogły przekazać informacji w sposób w którym zarówno Ty jak i on pozostaniecie w swoich głowach bezpieczni od osądów i emocjonalnej mgły wywołanej faktem poznania. Znów splata dłonie zamykając w nich książeczkę z fotografiami eksponatów aukcyjnych i spogląda w milczeniu w dal. Prawie, że... Albert Romantyczny.
Powrót do góry Go down
avatar


Mariupol, Ukraina

30 lat

brudna

neutralny

prezenterka MagiTV
http://petersburg.forum.st/t1362-olena-iordanou#6214 http://petersburg.forum.st/t1425-olena-iordanou http://petersburg.forum.st/t1363-w-dzisiejszym-programie#6222 http://petersburg.forum.st/t1426-listy-oleny
PisanieRe: Galeria Fontann   Pią 05 Sty 2018, 12:59
Tak nie może być, Albercie, robisz z siebie sierociniec ,bezkrytycznie przygarniając wszystkich. Zepsujesz się w końcu od tego, utracisz swoje zacisze, spokój czerpany ze zbiorów słowa pisanego. Zrobiły na mnie wrażenie, mniej lub bardziej uporządkowane; pozwoliłam sobie jednak przesunąć dłonią po zaledwie kilku grzbietach. Nie starczyło śmiałości, by wejść między ich chybotliwe sterty i jak pewny siebie odkrywca nowego lądu zagłębiać się w twoją zagnieżdżoną tam osobowość, tnąc ciekawskim spojrzeniem wszystko z delikatnością tępej maczety. Tym bardziej, że Mamałyga, ten pchlarz niewdzięczny jął wtedy przechadzać się po bibliotece i prychać na mnie, stawiając na sztorc ogon przypominający do złudzenia szczotkę do butelek. Zupełnie jakbym była obca, a zna mnie na pewno dłużej niż, na ten przykład, ty. Chyba od roku nieskutecznie próbowałam przegonić jego płowy tyłek z mojej wycieraczki. Z tobą polazł, ze wszystkich ludzi, co się w międzyczasie kręcili na klatce. Opuściłam więc jego terytorium, a ty zostałeś, by kocię wytęsknione (pchlarz niewdzięczny, powtarzam) mogło ułożyć się na twoich kolanach, gdy czytałeś. Obcy alfabet zwrócił moją uwagę na krótką chwilę niezwieńczoną pytaniem. Zamiast niego wdrapałam się na schody bez skrępowania, jakbym mieszkała tam zawsze (tak jakbym u siebie mogła nie mieszkać nigdy), zrobić herbatę. Kubek grzał ręce, udało mi się nawet znaleźć cukier bez odwoływania cię od ważnych spraw zza zamkniętych drzwi. Krążyło mi po głowie pytanie, co się za nimi kryje, nie zadałam go jednak (podobnie jak innych, które powinnam, by jakimś powiększeniem swej wiedzy na twój temat usprawiedliwić, że zupełnie jak głupi kocur przylazłam tu za tobą), siadając zamiast tego na krześle skierowanym do okna. I przyglądałam się bez słowa temu obcemu podwórku, nowa kamera w rynsztunku dzielnicowego monitoringu. Nie znam zbyt dobrze tej części miasta, chociaż niedawno balans mojego życia przechylił się na korzyść Petersburga, mieszkam w Rosji już od osiemnastu lat, a jednak znajomość stolicy nigdy nie dorówna pewności, z jaką krążę bez celu po ulicach Mariupola odwiedzając rodziców raz lub dwa do roku.
Zasnęłam szybko, pochylona nad książką, którą musiałeś zostawić przy łóżku. Traktaty filozoficzne nie usypiają mnie zwykle tak skutecznie, na studiach miałam nieszczęście czytać gorsze głupoty, ale czasem jest tak po prostu, że kobieta zapadnie w drzemkę na obcym łóżku zamiast cierpliwie czekać i ćwiczyć niejednoznaczny uśmiech, którym przywita łóżka prawowitego właściciela. I to mi daruj, jak otwarcie okna w wietrzną noc, kiedy zrobiło się duszno i to, że wyszłam bez pożegnania, nie odcisnąwszy nawet na marmurowym czole śladu warg. Obudziłam się do niewiedzy. Krótka chwila skołowania, mignięcie myśli gdzie jestem, gdy wszystko otaczała niezwyczajna dla mojego domu cisza. Nawet twój oddech spokojny się w nią wtapiał, nie chciałam cię budzić. Skoro nie muszę zostawać, skoro tego nie chcesz, jedna dawka takiej ciszy wystarczy mi na trochę.
Wzruszam ramionami bezradnie, czy mam podziękować, bo twoje „inaczej” nawet choćby ze względu na urokliwe okoliczności powinno być uznane za komplement, nie neutralną obserwację? Ale co mam dziękować, taka praca, taki los kobiety. Zauważywszy w końcu katorżniczo powolne tempo, z jakim zbliżasz się nieuchronnie jak wieczór i powrót do rzeczywistości, gdzie miejsce mam zarezerwowane w wypachnionym tłumie, wstaję – jeszcze cokolwiek chybotliwie – ale zamiast podejść z tobą do ławeczki, kieruję swoje (nasze) kroki dalej w labirynt krzewów przystrzyżonych ze straszliwą precyzją.
- Przejdźmy się jeszcze. – na siedzeniu i stękaniu o bólu wszystkiego, co może się w ciele zepsuć zejdzie nam cała starość. Obcasy zapadają się w żwir wytyczający kręte ścieżki, ale chcę jeszcze popatrzeć, skoro już jest komu powiedzieć, co mi się podoba, a co nie. Nie wiadomo w końcu, kiedy znów zdobędę się na podobnie ekstrawaganckie wyjście, a kolejnej wizyty w Pałacu Sprawiedliwości na pewno sobie nie wróżę.
Jednak odpowiada mi to twoje tempo, kroki stawiam niemal tak samo leniwie, splatając ręce na brzuchu, niepewna, co z nimi zrobić. Jakbym chciała skryć się przed twoim spojrzeniem, w którym uchowała się chyba jednak drobinka dezaprobaty. A przecież co ci do tego.
- Po co właściwie tu jesteś?
Powrót do góry Go down
avatar


Moskwa, Rosja

30 lat

wielkolud

półkrwi

neutralny

kapelan Batalionu Specjalnego, egzorcysta
http://petersburg.forum.st/t1404-albert-lagunov http://petersburg.forum.st/t1410-albert-balsam#6819 http://petersburg.forum.st/t1409-bog-jest-miloscia#6818 http://petersburg.forum.st/t1408-piolun#6817
PisanieRe: Galeria Fontann   Sob 06 Sty 2018, 09:49
To akurat się prędko nie zdarzy, że Albert z siebie zrobi sierociniec. Tak samo jak i Ty ma swoją twierdzę i choć wydaje się, że perłowe bramy otwiera bez pretensji czy oczekiwań dla każdej duszy, to przecież do wnętrza, tego prawdziwego, nie wszedł nigdy nikt. Albert byłby ascetą, gdyby nie to, że życie ascetyczne nie pozwala na taki zakres działań na jaki mógł sobie pozwolić żyjąc tym obecnym życiem. Dom, pieniądze, kaplica, mimo, że miał to wszystko - nic nie należało do niego poza duszą, pierwszym i jedynym prawdziwym prezentem, który dostał od Boga. Dlaczego miałby zamykać swój dom i kolekcjonować rubel do rubla, skoro to wszystko tylko na chwilę? Świat ocenia kontakty z innymi na podstawie interesu i własnych korzyści, propagując egocentryczną wizję życia, w której zbyt często nie ma miejsca dla biednych i słabych.
Pomyślałby, że to całkiem urocze, gdyby wiedział, że przez myśl przeszło Ci jakobyś była zobowiązana czekać na niego w łóżku ćwicząc niejednoznaczne uśmiechy. Byłby pewnie nawet Cię za takie próby zganił, wierząc, że powinnaś teraz raczej o innych rzeczach myśleć niż o flirciarskich igraszkach trudno, na prawdę, jednoznacznie stwierdzić, czy to z troski o Twój stan błogosławiony, czy z zazdrości o ewentualnych kochanków, czy jeszcze z innego powodu bo te oczy jasne przyglądające się wszystkiemu przecież z taką niesłabnącą uwagą, to jednak nie dają zbyt wiele odpowiedzi. Nigdy.
Idzie więc posłusznie za Tobą, prawie jak ten kocur wtedy za nim, może raczej obok Ciebie niż za Tobą, krocząc niczym pan na włościach choć to był Pałacowy park. Coś w tym majestatycznym kroku Lagunova jest takiego, że wydaje się jakby świat należał do niego, mimo, że tę dumę swoją i klasę próbuje ukryć pod szorstkimi szatami skromności. Pan był dobry i skromny, jednak mimo starań Albert nigdy nie będzie w stanie podążyć jego śladami, nawet mimo usilnych prób. Skromność bowiem, choć jego codziennie wdziewaną maską, nie jest nawet odrobinę częścią jego definicji, tylko kiedy się tego zdążysz wszystkiego o nim dowiedzieć? Tak umiejętnie chowa się w tłumie, znika, obojętny dla wzroku gawiedzi.
- To mój obowiązek być tutaj. - odpowiada po chwili ciszy zgodnie z prawdą, wciąż niezdolny do sprecyzowania tej myśli, która natarczywie naciskała na jego podświadomość, będąc informacją chcącą jak ptak wyrwać się już zza bariery ust i wyfrunąć na wolność. Obowiązek nie tyle zawodowy, nie tyle nawet chrześcijański względem bliźniego, a zwyczajnie ludzki. Przyszedł tu stricte po to, by przekazać darowiznę na rzecz ofiar w imieniu ojcowskiej fundacji literackiej, w informatorze jednak zauważył książkę, a może raczej dziennik, który kusił by go mieć. Co prawda nie mógł sobie wyobrazić siebie w ferworze akcji licytującego się z innymi obecnymi i tym samym wystawiając siebie na świecznik, w związku z czym prawdopodobnie przyjdzie mu zrezygnować z chęci posiadania, co wciąż analizował w którymś zakątku głowy, Albert Myślący O Wszystkim (naraz).
- Choć nie jestem fanem takich przyjęć - zagaja - to Pałac Sprawiedliwości - swoją drogą dość... ironiczna nazwa... - uśmiecha się z dziwnym przekąsem, trudno sprecyzować czy goryczą, złośliwością czy smutkiem - ...Jest bardzo pięknym przykładem architektury neorosyjskiej. Przedbarokowy pałac połączony z architekturą klasycystyczną... - ciągnął swoim niemal-szeptem - Wyjątkowe miejsce, szkoda, że na co dzień zamknięte dla zwykłego obywatela.
I to była chyba jedna z najdłuższych wypowiedzi, jakie padły z jego ust od bardzo dawna, dając wizję na może ułamek, odprysk chociaż maleńki tego ile myśli i wiedzy się toczy za tą skromną, cichą fasadą jego postaci. Choć nie wydawał się zazwyczaj mieć opinii na każdy temat, a już z pewnością nie prezentował się jako osoba z wyrobionym mniemaniem o wszystkim co go otacza, był wielkim fanem poznania, obserwatorem, analitykiem, te filozoficzne traktaty co Cię do snu złożyły były jego wieczorną pożywką, kiedy ojciec cierpiał na bezsenność i jak rycerz na posterunku tkwił w fotelu przy jego poduszce.
- Jesteś w stanie..? - spogląda na Ciebie kątem oka, przyglądając się z ciekawością łamaną przez sympatię, tylko, że to jego zwyczajowe spojrzenie i tak nie wiadomo, czy szczere czy tak po prostu patrzy się, bo inaczej nie wypada, skoro tak niepewnością emanujesz, Albert Empata w końcu - ...dostrzec urok tego przyjęcia, będąc tu w pracy?
Powrót do góry Go down
avatar


Mariupol, Ukraina

30 lat

brudna

neutralny

prezenterka MagiTV
http://petersburg.forum.st/t1362-olena-iordanou#6214 http://petersburg.forum.st/t1425-olena-iordanou http://petersburg.forum.st/t1363-w-dzisiejszym-programie#6222 http://petersburg.forum.st/t1426-listy-oleny
PisanieRe: Galeria Fontann   Nie 07 Sty 2018, 14:39
Już chyba wiem, Albercie, po zaledwie tygodniu odkąd wróciłeś do mojego życia, dlaczego będziesz musiał zniknąć z niego znowu. Jesteś męczący, ty i ta twoja zagadkowość, spojrzenie oczu, z których (choć uśmiechają się ciepło, obiecują zrozumienie) nic nie mogę wyczytać. Każdemu, kto nawet trudnym do zauważenia gestem o to poprosi, zapewniasz u siebie miejsce, lekką ręką otwierasz drzwi, książki, butelki, by wszyscy korzystali ze wszystkiego. Nie wahasz się przed objęciem zagubionego człowieka ramieniem, czy jednak ta gotowość rozszerza się również na myśli? Czy jednak zniknę zaraz z twojej głowy, niezależnie od ilości prawd, które mi wyznasz, nie przedarłszy się do tego Alberta, który patrzy inaczej i oferuje coś z rzeczy, które mają znaczenie?
Widzisz, miałeś rację. Zobaczywszy ogrom książek w twoim domu nie mam już wątpliwości o szerokim zakresie twojej wiedzy, przekonuję się też z czasem, że jest ci dana jakaś mądrość wykraczająca poza to, co dają godziny wertowania stron. Znasz się na ludziach, Albercie, choć tak wiele z ich przyziemnych ulg i trosk jest ci obce? Co do mnie przynajmniej się nie pomyliłeś – jednak mam oczekiwania. I męczy mnie jak nic innego poczucie, że gdybym je zwerbalizowała, a ty wciąż byś milczał uparcie, odkrywając kolejny fragment obojętnej fasady, która być może te oczekiwania spełni, stałabym się ciężarem dla ciebie, bardziej – paradoksalnie – obciążając tą świadomością samą siebie.
Nie pytam więc, kusi zabawa w domysły, zwłaszcza że prawda mogłaby być bez znaczenia. Nie jesteś jedynym poczuwającym się w obowiązku do bycia tutaj, pełnienia funkcji raczej duchowej niż praktycznej roli filantropa. Czujesz się odpowiedzialny za straty w ludziach, które powinny targać strunami zgnuśniałych serc, czy za wartość historyczną sztuki strawionej przez ogień i brud?
Bliższy wydajesz mi się teraz, ze swym spokojem, szafujący wiedzą, opanowany niemal do stopnia flegmatyczności przywodzącej na myśl bezruch i idealną proporcję malarstwa, światłego filozofa, mecenasa sztuki, nie Empata lecz Esteta. Może więc to ten drugi powód kazał ci być na kweście. Żal czerni twojego ubioru i cichości głosu jest mniejszy, nawet bacząc tylko na wskazania moralności i etyki, niż ten, który przeciąłby ci twarz grymasem smutku, gdybyś tu opłakiwał życie ukrócone niesprawiedliwie manifestem politycznym. Bezsensowna strata, niewarta – jak większość idei – poświęcenia życia, i nie robi różnicy: cudzego czy też własnego.
- Oczywiście. Urok nowości ma wielką moc, potrafi zagłuszyć nawet obowiązek.
Wszystko staje się wspanialsze, gdy widzi się coś po raz pierwszy czy po wieloletniej przerwie. Trudno było mi z początku wykrzesać z siebie pełen zachwyt (pewnie do tej pory nie widać go w moim półuśmiechu i powściągliwych spojrzeniach), lecz z czasem, gdy przyzwyczaiłam się już do tłoku i specyficznego tonu dominującego w wypowiedziach szlachetnych bywalców Pałacu, majestat budowli i ogrodów zwalił się na mnie z całym impetem, pozbawiając niemal tchu. Tak samo bywa i z ludźmi, trudno będzie ci zaprzeczyć. Śmiem wątpić, by cokolwiek innego zresztą kazało ci tęsknić do mnie dziś rano poza przewrotnością losu niepozwalającą zapominać zbyt szybko.
Piękne ogrody zaczęłyby mnie nudzić jednak, gdybym przechadzała się po nich codziennie, a mój dom rodzinny nie odbiegał przepychem od Pałacu. Im pewnie źle się kojarzy, Starszyzna załatwia tu swoje interesy, wielmoże zmuszają się do konkretnych rozmów, panicznie łączą ze sobą nawet najbardziej niezborne rozwiązania kłócąc się o nie godzinami, by utrzymać władzę i nie dać niczego po sobie poznać nawet, gdyby mieli z hukiem runąć na ziemię na oczach wszystkich.
- Chciałbyś móc częściej tu przychodzić? – wyrywa mi się jednak pytanie, w którym nie zdołałam ukryć tonu zaskoczenia. Na myśl przychodzą mi zamknięte drzwi na piętrze twojego domu, mała tajemnica, a jednak mogąca dorównać sekretom komnat pałacowych, których nigdy nie zobaczymy. Potrzeba tajemnicy równoważy się w życiu każdego z pragnieniem jasności, jednoznacznego komunikatu nie zostawiającego nic domysłom. Na tym elemencie ludzkiej natury media najczęściej robią pieniądze.
- Spowszedniałby, gdyby chociaż po parkach można było jeździć na rowerze albo palić nocami. Jego niedostępność w dużej mierze odpowiada za wrażenie, jakie robi.
Jeśli się człowiek nie znudzi czekaniem, aż go wpuszczą do środka, czekają zachwyty. Tak samo bywa nader często z ludźmi, oboje powinniśmy chyba o tym pamiętać. Łatwo się przecież znudzić, zmęczyć, a zegar tyka.
Powrót do góry Go down
avatar


Moskwa, Rosja

30 lat

wielkolud

półkrwi

neutralny

kapelan Batalionu Specjalnego, egzorcysta
http://petersburg.forum.st/t1404-albert-lagunov http://petersburg.forum.st/t1410-albert-balsam#6819 http://petersburg.forum.st/t1409-bog-jest-miloscia#6818 http://petersburg.forum.st/t1408-piolun#6817
PisanieRe: Galeria Fontann   Nie 07 Sty 2018, 17:51
I tu kolejna zagadka rozwikłana, choć żadna konkretna informacja przecież, ponownie, nie została odkryta. Samotność życia Alberta Lagunova. Nie jesteś jedyną osobą, która spotykając go na swojej drodze początkowo daje uwieść się ciepłej obietnicy miękkiego spokoju by później rozochocić się cieniem tajemnicy wiszącym nad jego ramieniem niczym upiorna wrona o chytrych oczach cyganki, a na końcu znudzić. Nie będziesz również pierwszą, która mimo słodkiego smaku przyjemności odkrywania siebie powoli straci cierpliwość czekając na rewelacje z jego strony. Nie mylisz się, słusznie czujesz, że mimo bezwzględnej otwartości i szczerego zdawać się mogło umiłowania dla każdej istoty Albert tak na prawdę nie wpuszcza do środka nikogo. Wszystko co posiadał miało wartość chwilową, tak jak spotykani ludzie, nawet Mamałyga, każda jedna rzecz w życiu była najcenniejsza, mógł ją jednak szczerze i bez żalu z rąk wypuścić w dowolnej chwili, jeśli tego wymaga sytuacja. Był tą najgorszą tajemnicą, bo stawał się w niej oczywisty, powszedni, enigmatyczny. Nie miał w sobie uroku kogoś, kto swoim sekretem mógł kokietować, wodzić za nos, podpowiadać i odwracać kota ogonem by utrzymać tempo gry - był zbyt szczery, paradoksalnie, ze swoim sekretem i nawet rąbka, nawet kropli zeń wycisnąć się nie dało bo niemal dusił, również paradoksalnie, tymi ramionami szeroko rozwartymi w zapraszającym geście. Wchodźcie wszyscy do świętego gaju, go w nim nie ma, bo nie ma w nim miejsca dla ludzi pokroju Lagunova.
Kiedy zechcesz by zniknął, zniknie, tak jak ostatnio przecież, nie domagał się kontaktu, troski, uwagi. Kiedy zechcesz by wrócił, wróci, może nie natychmiast, może za tydzień, tak jak ostatnio, gdy przyzwałaś go swoim oszczędnym listem. Czy znikniesz z jego głowy zaraz kiedy tylko wzrok odwróci? To zależy, czy zdążyłaś w niej pojawić się na tyle długo, by zostawić ślad jak plama światła na kliszy. Wszystko to szum, mętna woda, Albert patrzy, ale nie widzi, Albert dotyka, ale nie czuje, Albert miłuje, ale nie kocha. Byłoby szkoda i będzie szkoda, bo takie historie nie kończą się pięknie, nie kończą słodko. Znać go to go nie znosić, irytować się na myśl o nim, chcieć uderzyć, uszczypnąć byleby w końcu ożył, mijać go, wypracować obojętność na jego gesty i znów irytować się, kiedy tak kornie ją przyjmie jak najdroższy podarek. Albert Woda, jak mówił znany Mistrz. Empty your mind, be formless, shapeless, like water. Put water into a cup, it will become the cup. Put into a teapot, it'll become the teapot. Water can flow ...or it can crash. Be water my friend.
Nigdy nie usłyszysz z jego ust słów znużenia, nie pogardzi Twoją potrzebą choćbyś zwerbalizowała ją w najbardziej absurdalnych słowach. Dlaczego chciałabyś obciążyć własne sumienie nawet próbą wyjawienia swoich oczekiwań? Możesz przecież już w duchu usłyszeć, jak Cie pyta, odwracając ponownie lustro w Twoją stronę, dlaczego to sobie robisz, czym podszyta jest ta emocja, jaką potrzebą.
- Oczywiście. - powtarza po tobie zaraz, uśmiechając się ciepło i gdzieś znów do kieszeni chowając ten filozoficzny ton zdradzający zamiłowanie architekturą. Zastanawia się wyraźnie, choć nie jakoś głęboko zafrasowany, nad Twoim pytaniem, trochę jakby był rozkojarzony słońcem, pogodą, pięknem parku, Tobą.
- Myślę, że nie. - odpowiada, gdy wkraczacie między kolejne zawijasy bukszpanu - Mimo piękna tego miejsca napawa mnie ono lekkim... - obrzydzeniem, odrazą, wstrętem - ...dyskomfortem. - i znów, zamiast szczerych słów ubiera swoje myśli w uprzejme, skromne tony, szarości, niemal jak Twoja wróbla sukienka. Bardzo podobnie do Ciebie Albert nie lubi przepychu, nie czuje się ani lepszy, mądrzejszy ani bogatszy o cokolwiek jeśli chociaż to tylko o wrażenia estetyczne, spędzając czas na terenach Pałacu. Umiał doceniać piękno widząc je, ale czy go potrzebował? Spójrz na to przygarbienie lekkie, na bezpretensjonalność jego postawy, prostotę estetyki jego własnego domu, wąskie spektrum odcieni wszystkiego w jego życiu.- Nie urodziłem się, by żyć w pałacu. - mówi żartobliwym tonem, a na jego ustach kwitnie na chwilę wesoły uśmiech. Nikt przecież nie urodził się by być bogatym, choć lwia część obecnych tu dziś gości jest właśnie o tym święcie przekonana, co bawi go niezmiernie, mimo, że to chwilowa radość. Rodzą się, żyją i umierają w przekonaniu o byciu znaczniejszymi, lepszymi i ważniejszymi, bo z ojca i dziada tak im powtarzano, w rzeczywistości piastując jedynie, w srogiej opinii Alberta Obrazoburcy, ubóstwo mentalne osoby nieskalanej trudem bytu. Każdy co prawda w życiu borykał się z problemami i bez wątpienia dla każdego były one wagi najwyższej, Albert jako tak szczery samarytanin nie odrzucał niczyjego poczucia krzywdy czy przykrych trosk, szczerze jednak wątpił, czy dramaty panien ze szlachetnych domów kiedykolwiek zbliżą się do rzeczywistych tragedii targających stronicami historii świata.
- Gdzie lubisz chadzać, Oleno. - odwdzięcza się pytaniem za zadane przez Ciebie pytanie- Czy w Petersburgu jest miejsce, w którym czujesz się komfortowo? - pyta z grzeczności, podtrzymując rozmowę, czy pyta bo chciałby wiedzieć więcej. Tak trudno powiedzieć, uśmiecha się przecież bardzo grzecznie i uprzejmie, prezentuje się, jakby był w zestawie z informatorem, zabawiacz samotnych panien przechadzających się po parku. Nie wyglądałby jak odszczepieniec, gdyby miał pojawiać się tu codziennie, jednak idąc tropem jego własnej myśli, prawdą było, że nie urodził się do pałaców i labiryntów z żywopłotu.
Urodził się w górach i zdaje mi się, że tylko tam na prawdę budzi się jego duch.
Powrót do góry Go down
avatar


Mariupol, Ukraina

30 lat

brudna

neutralny

prezenterka MagiTV
http://petersburg.forum.st/t1362-olena-iordanou#6214 http://petersburg.forum.st/t1425-olena-iordanou http://petersburg.forum.st/t1363-w-dzisiejszym-programie#6222 http://petersburg.forum.st/t1426-listy-oleny
PisanieRe: Galeria Fontann   Pon 08 Sty 2018, 13:19
Nie ma we mnie cierpliwości, na pewno nie dosyć na ciebie, ale dolega mi też choroba dociekliwości, co prędzej czy później będzie ci dane odczuć. Na razie nie zadaję ci pytań, przytłoczona twoim powrotem i codziennymi tęsknotami, do których nie trzeba wyjaśnień. Poczekaj jednak tylko, poczekaj, aż mnie zmierzi to krzywdzące (zobaczysz jeszcze, że bardziej dla ciebie niż dla mnie) tak-na-wszystko, uśmiech nieprzekraczający głębią poziomu twoich ust. Wtedy Bóg mi świadkiem, twój i mój, ten Wszechmogący, że pojadę w te góry, a ty ze mną choćbyś nie chciał i tam nawet na którymś z ostrych szczytów stanę, by stamtąd wypatrzyć, co masz w środku. Nie z miłości, nie sposób zakochać się w tobie naprawdę, Albercie, i wytrwać potem w tym uczuciu. Nie z ciekawości nawet, lecz dla siebie, żeby nie zmarnować czasu trawionego na próbę przemycaną w każdej rozmowie, żeby w końcu dokopać się do czegoś. Tak, żeby – kiedy już zostanę sama (nie sama, już nigdy więcej sama, chyba zbliżam się do zrozumienia tego) – nie mieć do siebie żalu o te tygodnie, miesiące, czy ile tam wytrzymamy tak zbliżając się do siebie, wciąż pozostając tak samo oddaleni. Zobaczymy, na ile mi starczy tej zajętości do dziecka, co? Nie byłoby prościej postanowić sobie, że wychowam je sama porządnie, będę się starać z tego samego powodu: żeby móc potem spojrzeć sobie w twarz? A jakże, i jeszcze dobrze by się to mogło skończyć dla mojej moralności.
- Nie? – na pewno jak chcesz to potrafisz zdobyć się na wyniosłość monarchy, masz to w oszczędnej mimice, rozważnym głosie, stonowanej całości, której nie da się przypisać konkretnie do żadnej z twoich cech. Wcale cię nie znam, nawet takiego jakim jesteś tu i teraz, nie powinnam nawet próbować, ale i mnie coś nie pasuje, gdy wyobraźnia chce cię wciskać w dworskie maniery i dyplomatyczne półsłówka. Ale bez obaw, w całej gromadzie hrabiów, baronów i innych ziemskich władców, jakich nosiła ta ziemia, nie znalazł się jeszcze taki, co by jednogłośnie nadawał się na swoje miejsce. – Albert to dobre imię dla księcia. – ale to może miał być żart, a sasko-germańska tradycja królewska wcale nie była inspiracją dla twoich rodziców. Dzieci można nazywać po najróżniejszych osobach. Sobie samym, jak czynią to rodzice nieco zadufani w sobie, świętych patronach, których wstawiennictwa dzieci będą mogły potem błagać w trudnych chwilach, starych krewnych, by ich ocalić szlachetnie od zapomnienia.
Które z tych byś wybrał, Albercie? Jak nazwałbyś to (nasze, o tym także powinnam pamiętać) dziecko? W końcu dzielimy z sobą to prawo, by nadać mu jakieś imię, w ten pierwszy i najważniejszy ze sposobów zdefiniować je jako człowieka, w którym warto wykształcić intelekt i osobowość, poświęcając na to swój czas.
A więc? Myślałeś już o tym, czy to zbyt wiele dla ciebie? Imię to zbyt wielka danina dla mnie i dla niego, byś mógł ją ofiarować, odkrywając tym samym z siebie za dużo? Może zrozumiałabym. Sama unikam myśli o tym, jakie będzie. Podobne do mnie czy do ciebie? Dostanie ścisły umysł od mojego ojca, czy refleksyjną naturę twojego? Czy podczas porodu (jeśli do niego dojdzie, czas na decyzję – choć równie dobrze mógłby chyba – nie minął jeszcze) będę skazana na koszmar niesienia na świat dziecka, które odziedziczy po tobie gen wielkoluda? Na część z tych pytań odpowiedzieć nie można, innych jestem podświadomie już zupełnie pewna. A nie powinnam przecież ich rozważać. Tego dziecka wcale nie ma i nie będzie, tak jest łatwiej.
- Wszędzie umiem jakoś się odnaleźć. – zaczynam powoli. Jak woda albo karaluch, każdy medal ma dwie strony, do miejsca i sytuacji potrafię się przystosować. Z początku nie chciałam pracować w radio, wstydziłam się mówić do mikrofonu, by słyszał cały kraj; potem z równą niechęcią przeszłam do telewizji, zwalczając kolejne kompleksy i wady, wykształcając nowe na ich miejsce. W końcu jednak w obu tych miejscach jakoś się zadomowiłam, przywykłam, są moje.
- Ale nie o to pytasz, wiem. Lubię chodzić nad Newę. To nie to samo, co morze, ale wystarczy na substytut. Pewnie ci nie mówiłam, ale pochodzę z Mariupola na Ukrainie, zaraz nad morzem Azowskim. Przywykłam w dzieciństwie. – czy to nie pięknie się składa, Albercie Wodo? Powinnam poznać się na twoim nieskończeniu, prastarej zmienności, skoro uparcie, opuściwszy miasto rodzinne, wciąż wspominam dni spędzone na plaży. Nie te letnie, przepełnione turystami. Najbardziej lubiłam pierwsze dni wiosny, wodę przedtem pokrytą cienką warstwą lodu budzącą się na powrót do temperamentnego życia napędzanego coraz to silniejszym wiatrem. Łabędzie i mewy kroczące po tafli nieporadnie, udomowione coraz bardziej z wakacji na wakacje, czekające okruszków chleba od nielicznych spacerowiczów.
Są na świecie kąty, gdzie te dwie nieskończoności, z pozoru przeciwne sobie domeny natury łączą się ze sobą. Plaże rozpościerają się u podnóża gór, odpoczywają w ich cieniu, a szum fal odbija się od skał echem. Tak powstają najpiękniejsze na ziemi miejsca.
Powrót do góry Go down
avatar


Moskwa, Rosja

30 lat

wielkolud

półkrwi

neutralny

kapelan Batalionu Specjalnego, egzorcysta
http://petersburg.forum.st/t1404-albert-lagunov http://petersburg.forum.st/t1410-albert-balsam#6819 http://petersburg.forum.st/t1409-bog-jest-miloscia#6818 http://petersburg.forum.st/t1408-piolun#6817
PisanieRe: Galeria Fontann   Wto 09 Sty 2018, 15:19
Trudne starcie, niecierpliwość i ciekawstwo, nie najlepsze połączenie. Jak w wyścigach dorożek, wpiąć dwa szalone konie niewspółpracujące ze sobą prawidłowo - bardzo ciężko będzie Ci wygrać ten wyścig, trudno będzie w te góry go zabrać, trudno będzie się nawet zmusić do prostej z nim rozmowy. Obawiam się, że pewne bramy są nie do sforsowania, a i tak z daleka przyglądając się na prawdę trudno powiedzieć, czy za nimi znajdziesz potwora, anioła, czy, być może... nic. Gdyby znał Twoje zamiary, wsparł by Cię w nich przecież. Jeśli taką masz potrzebę, by znaleźć w swoim sercu miejsce dla tego maleńkiego serduszka, które wkrótce zacznie gorliwie bić pod Twoim własnym, iść w góry, może doliny, wypłynąć w morze, albo zamknąć się w twierdzy najsroższej - w każdą szaloną podróż i walkę, jakiej podejmiesz się (świadomie bądź nie, w niektóre starcia myśli zapewne wepchnie Cię wbrew Twojej woli swoimi pytaniami) pojedzie za Tobą, jeśli tylko zechcesz. Prywatny Sancho Panza na swoim wiernym osiołku. Tylko w jedno miejsce z Tobą nie pójdzie, do jednego miejsca Cię nie wpuści i tak, jak tajemniczego pokoju w swoim domu tak z giermka stanie się smokiem o szarych oczach i łagodnym uśmiechu, zawróć z tej drogi Oleno, ciepłym oddechem owieje Twoją postać.
Zaśmiał się lekko na tego księcia Alberta i zerknął na Ciebie, jakiż bardziej byłby ludzki gdyby Cię chociaż szturchnął, gdyby pociągnął ten żart albo obruszył się, ale nie, przyjmie i to, daj mi swoje słowa, a ja znajdę im miejsce.
Być monarchą, być żebrakiem, świętych nie przypisują do żadnej kasty, nie gardzi biedą ani nie odrzuca bogactwa, wszystko co znajdzie się na jego ścieżce bierze dziękując za hojność boską, niezależnie od tego, czy są to zgniłe owoce grzechu czy słodkie winogrona dobrobytu. Każde wydarzenie, każdy człowiek, każda chwila, pieniądz, każdy oddech był darem - tylko ktoś próżny mógłby gardzić prezentami, a przecież niewiele osób ucieszyłoby się na te setki sytuacji w które sam siebie wpędzał każdego dnia. Czy uważał ludzi za próżnych? Oczywiście. Czy sądził, że to źle? Albert nie miał miejsca ani czasu w życiu odmawiać ludziom ich ludzkości, byłby hipokrytą gdyby akceptując siebie z każdym swoim grzechem i dobrym uczynkiem palcem wytykał cudze kroki, czy to dobre czy złe. Sam popełniał tysiące grzechów, Ty jesteś jednym z nich, a on wciąż i wciąż popełniałby Cię po stokroć - anioły szeptały mu o wybaczeniu, o pokorze, o wolnej woli i słabości jaką Bóg dał wszystkim swoim dzieciom. Tylko grzesznik może zostać świętym, światło nie może istnieć bez ciemności.
Wbrew gorzkim myślom o tym, jaką to daninę by Ci podarował, sugerując imię dziecka, prawdopodobnie zapytany o radę ukorzyłby się nie czując na miejscu ni siłach do tej odpowiedzialności. Oczywiście gdybyś potrzebowała, by jakieś zaproponował zrobiłby to, sam z siebie jednak nie mógłby istocie, notabene owoc również i jego lędźwi, przypisać imienia, nie darząc jej miłością żadną. Jak uznać się ojcem, jak przyklasnąć kolejom życia, wybrać imię dla swojego potomka to powiedzieć "Tak, jesteś mój (czy moja)" i wpuścić go do środka. Czy byłby w stanie udźwignąć tę odpowiedzialność, czy chciałby, żeby jakiś jego potomek w końcu zajrzał do jego biblioteki pamięci, by jak Płochacz odnalazł jego zaginione w górach serce? Choć tego wcale nie widzisz, Twoja obecność budzi wielki chaos w jego porządku życia. Może mogłabyś to dostrzec, gdybyś znała go dłużej, dopatrzeć się w małych niedociągnięciach, ukruszonych uśmiechach, niewykończonych gestach i powściągliwości spojrzeń tak obcych teraz w porównaniu z tym jaki był na co dzień z daleka od Ciebie. Gdybyś miała wzrok sokoli, obserwatorem była, a nie aktorką, prezenterką, gdybyś wiedziała więcej, widziała więcej, obawiam się, że nie tkwiłabyś tu zainteresowana tym co mógł Tobie zaoferować ani Ty jemu. Z szarych chmur, boskiego dywanu, szeregiem zastępy cherubinów szły na ziemię, dzierżąc w rękach trąby i miecze, bo spokój Galerii Fontann to żadne miejsce dla bożego bicza i ułuda jaką chciałby się nakarmić w cieple Twojego towarzystwa była piękna lecz ulotna.
- Morze... - pokiwał lekko głową. Być może dlatego wciąż tu jesteś, podświadomie dając się swoim myślom wmanewrować w oczekiwania i wizje rzeczy przeszłych i przyszłych. Nikt się przed tym nie uchroni, nie można wyzbyć się pragnień i przypuszczeń. Wymiarem ludzkiej inteligencji jest przecież zdolność przewidywania, analizy i interpretacji sytuacji, umiejętność doboru odpowiednich słów, lub wyboru ich braku zależnie od chwili. Ani Ty ani on nie umkniecie przed tymi zastępami, już je widział kątem oka kroczące przez niebo i choć niewzruszenie spacerował z Tobą alejami musiał przyjąć i ich, tak jak wszystko, każde nadejście burzy, każdy sztorm własnych myśli. Nawałnice niosą w sobie to piękno, że choćbyś był do szczętu skalany grzechem, zawsze wyjdziesz z nich czysty. Tak przecież narodził się Albert Prawdziwy, dotknięty palcem bożym, czego blizny jeszcze jakiś czas temu nieświadomie mogłaś śledzić opuszkami palców.
- Podczas moich studiów mieszkaliśmy nad brzegiem morza Białego, w małym mieście portowym Chapoma. - powiedział przyglądając się figurom rusałek, tańczących na cembrowinie kolejnej z mijanych przez was fontann - Stojąc na brzegu wielkiej wody niezależnie od tego jacy jesteśmy wielcy, człowiek uświadamia sobie jakim jest pyłem wszechświata. - nawet wielkolud mierząc się z bezkresem czarnej, zimnej wody części oceanu arktycznego, czuje się mniejszy niź ziarnko piasku w porównaniu z bezwzględną siłą natury i boskiej kreacji.
Powrót do góry Go down
avatar


Mariupol, Ukraina

30 lat

brudna

neutralny

prezenterka MagiTV
http://petersburg.forum.st/t1362-olena-iordanou#6214 http://petersburg.forum.st/t1425-olena-iordanou http://petersburg.forum.st/t1363-w-dzisiejszym-programie#6222 http://petersburg.forum.st/t1426-listy-oleny
PisanieRe: Galeria Fontann   Wto 09 Sty 2018, 22:55
Toczyłam takie walki już nieraz, także we własnym wnętrzu. Męczyły mnie własne lęki, prawie tak samo jak twoje milczenie, nieludzki brak zaangażowania. Męczyły, potem męczyły wewnętrzne sprzeczki, aż w końcu opadałam w nudę swojego szarego mieszkania, absorbując jego nicość jak bufor, a szum telewizora jak w podstawowych komórkowych mechanizmach wymieniał złość na samą siebie z niedotyczącymi mnie wcale informacjami, które przecież dla świata znaczyły wszystko. Świat nie wiedział o przegranej i wygranej naraz wojnie, która miała we mnie miejsce, nie opłakał ofiary i nie uczcił zwycięzcy zamkniętej w jednej osobie. Światło nie może istnieć bez ciemności.
Ciemność jednak całkiem dobrze radzi sobie bez światła. Czy i tymi rolami się zamieniamy podczas tych nagłych wspólnych dni, kiedy nie umiemy jeszcze się odnaleźć? Błądzimy, bo cel nie ma znaczenia, skoro niezależnie, gdzie dojdziemy, możemy się czuć bezpiecznie, każde obwarowane swoimi murami.
Och, już wiem, jakby to było. Co byś powiedział i jak się uśmiechnął, zbył cokolwiek roiłam sobie w głowie pytaniem, które mi nie przyszłoby na myśl, wytrącił z równowagi. Ale wolałabym nie zasnąć, a czekać na ciebie. Narażając się na żałość, wziąć od ciebie trochę ułomnej, pospiesznej, ale (wreszcie, w końcu, dziękuję) ludzkiej miłości, w której próżno szukać bezinteresownego umiłowania. Nie byłoby między nami miejsca na teoretyzowanie, ucieczki przed faktem, że byliśmy tam ja i ty, każde z imieniem, ciałem, myślami najłatwiejszymi do odgadnięcia. Rozmowy z tobą to cenne doświadczenie, Albercie, za które jestem przypadkowi wdzięczna, twój spokój przydaje się w nieoczekiwanych chwilach, cóż mi jednak po nich, skoro wciąż jesteś człowiekiem i całość twego człowieczeństwa dopiero wtedy mogę uchwycić, istnieje przez chwilę złudzenie osiągalnego zrozumienia.
I ten czar prysłby jednak zbyt szybko, nie ma co o tym mówić ani nawet rozmyślać. Zasnęłam i nic mi się nie przyśniło.
Co z tego? Nic nie zobaczę zza twoich bram, trudno. Zostanie mi satysfakcja z podjęcia próby, kilka dni w innym miejscu wśród nieśmiertelności gór. Będziesz ze mną, kiedy zechce, sam to powtarzasz. Wesprzesz mnie, to szlachetne. Ale ja może wtedy zechcę czegoś innego.
Powiedz „nie”, Albercie.
Taki jesteś łaskawy dla ludzi, bądźże jednym z nich. Może właśnie tego zechcę. A może nigdy nie dotrzemy między te karpackie szczyty, moje życie upomni się o mnie, oczaruje czymś innym, każe zapomnieć o tobie i luksusach twojego towarzystwa. Czy to nie dziwne, jak upokarza mnie, kiedy – chociaż wykorzystujemy siebie wzajemnie – chcąc i tobie coś dać, wciąż widzę w twoich oczach tylko odbicie siebie samej, powtarzaną raz za razem zachętę, by wziąć więcej?
Zaplanowałeś to w ten sposób? Domyśliłeś się już tego, czego nie wiem ja? Żywisz nadzieję, że odwracając moją uwagę od siebie, skupiając na mnie, zmusisz mnie do… czego właściwie? Obiecałam ci już przecież prawie, że dziecku nic się nie stanie, a ty go nawet nie chcesz. Nawet gdyby było twoją pieczątką, prawda? Gdybym zdobyła się na okrucieństwo nazwania go twoim książęcym imieniem i wysyłała jego zdjęcia, nie chciałbyś, nie mógłbyś wrócić. Do powrotu potrzebna jest wcześniej obecność, a ja, choć grzało mnie już przedtem twoje ciepło i chroniły przed całym światem twoje ręce, budził i usypiał twój głos, nie ma ciebie, czy tak? Jest tylko to, czego akurat potrzebuję poręcznie spakowane w jeden Alberta kształt i nic poza tym.
Przepytywałam już większe dziwactwa z najbardziej ludzkich przewinień. Oferowali mi je na srebrnej tacy, wszystko według scenariusza. Nigdy jednak nie byłam jego autorką, stąd moja nieporadność przy tobie. Łatwość, by uwierzyć w twoją obojętność. Nie szkodzi, jesteśmy trudni, żeby choć polubić takich jak my potrzeba więcej czasu niż dotąd mieliśmy. Musi nam wystarczyć to, co można od razu, a z reszty wziąć ile zdążymy.
Jakoś to będzie, słyszałeś już nieraz tę moją maksymę.
Już miałam cię pytać o studia. W jakiej dziedzinie się kształciłeś i kiedy, w końcu nie wiem chyba nawet, ile masz lat. Kim jest osoba, z którą uformowałeś jedność wystarczająco trwałą, by nawet teraz mówić o niej „my”. To z ciekawości, czy i ja mogę być zazdrosna? Trudno powiedzieć.
Lubię poczucie, o którym mówisz. Problemy stają się mniej istotne, kiedy się człowiek skupi na ogromie wody. Morze, jak góry, pustynie i równe stepy były już na świecie przede mną i nieważne, ile razy za mojego życia cały runie, ziemia się zapadnie pod moimi nogami, one nadal będą, niosące echem bezsilne krzyki sfrustrowanych niepotrzebnie ludzi. Ale nie zdążyłam ci tego powiedzieć. Wśród bukszpanu zapanowało poruszenie, podobne nam nieśmiało odkrywające uroki galerii parki wyłaniały się, śmiało zmierzały do ogrodu. Zaczyna się, zaczyna się niosło się za nimi szeptane z wielkim podnieceniem.
Bądź człowiekiem, Albercie, posłuchaj stadnego instynktu. Ja muszę także tam iść, wypatrywać niewprawnie, czuwać nad słabościami ludzkimi i sposobami, do których uciekają się w próbach podbudowania samooceny.
- Aukcja chyba już trwa. Później dokończymy tę rozmowę, dobrze? – bądź przy mnie jeszcze chwilę i nie-bądź. Biorę cię za rękę bez skrępowania i prowadzę tam, gdzie już w ogóle ani jedno z nas nie będzie w odpowiednim miejscu.

Olena i Albercik zt
Powrót do góry Go down
 
Galeria Fontann
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1


Skocz do: