Навигация

Wzgórze Czarownic
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  




 

 Wzgórze Czarownic

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
avatar

PisanieWzgórze Czarownic   Sob 04 Lut 2017, 18:49
Wzgórze Czarownic

Wzgórze Czarownic, mimo wyjątkowo niepozornej nazwy, nie należy do popularnych miejsc przechadzek – być może dlatego, że znajduje się na obrzeżach Mahala. Wiąże się z nim słynna legenda o pramatkach i praojcach czarodziejów, spotykających się na wiecach w każdy pierwszy dzień czwartej kwarty księżyca. Nikt nie wie i nikt nie mów do końca o tym, co tu się działo, jednak energia panująca na tym terenie nie należy do przyjemnych. Za to samo wzgórze wygląda pięknie – bogato obrośnięte roślinnością zachwyca widokiem latem, zimą zaś dostarcza równie wielkich wrażeń, jeśli zapuścisz się na samotny spacer pomiędzy śpiącymi w śniegu ogromnymi drzewami.

Powrót do góry Go down
avatar

if you trust nothing else, trust this, trust us.

Petersburg, Rosja

26 lat

poświst

błękitna

za Starszyzną

dystrybuuję rodzinny alkohol, ściągam długi, udzielam pożyczek i kupuję wasze dusze
http://petersburg.forum.st/t1146-igor-aristov http://petersburg.forum.st/t1185-igor-aristov#4660 http://petersburg.forum.st/t1186-zadza-pieniadza#4676 http://petersburg.forum.st/t1192-zakia#4701
PisanieRe: Wzgórze Czarownic   Nie 31 Gru 2017, 11:06
23.05.1999

Algorytm był prosty i dość przewidywalny – ktoś puka do drzwi domu, którego adres znają nieliczni, i chwilę później pomiędzy wąską szczeliną między nimi a podłogą wsuwa się ładna, beżowa koperta. Bardzo ładna i bardzo beżowa: idealna, by uśpić czyjąś czujność. W innych okolicznościach (to takie wygodne, usprawiedliwiać własną głupotę) zostałaby zignorowana, zasilając stos makulatury, której Igor nigdy nie przeczyta. Tyle, że tamtego dnia okoliczności nieco się zmieniły – bo bolała go głowa, bo od dwóch dni właściwie nie spał, bo pojutrze miał przyjęcie w Hotelu Europa i wiedział, że się upije. Był to jedyny sposób, jaki mu jeszcze pozostał, na bezbolesne wymigiwanie się od odpowiedzi na liczne indagacje ojca; kiedy on mówił o małżeństwie, Goria chyba przesadzał z alkoholem – chyba, bo nigdy nie można tego stwierdzić z całą pewnością.
Wtedy też był chyba pijany – lub przynajmniej delikatnie rozkojarzony – kiedy, podnosząc z podłogi kopertę, nie traktował jej jako potencjalnego zagrożenia. Nawet treść listu, niewinnie wyrażająca zaproszenie, wydawała się sympatyczna, prawdopodobna i zachęcająca. Przyjęcie było jednoznacznie z alkoholem – alkohol z kolei oznaczał zarobek, rozrywkę i obecność ludzi, przed którymi nie musiał się tłumaczyć. Decyzja o wzięciu udziału w tej, skądinąd umiejscowionej dość nietypowo, nasiadówce zapadła  pomiędzy czternastym i piętnastym łykiem wypalającej struny głosowe wódki.
I jak wszystkie zaaranżowane po alkoholu przedsięwzięcia była popisem spektakularnej głupoty – bo kiedy decydujesz się pójść do Mahala, co jest jednoznaczne z podjęciem decyzji o hospitalizacji, to nagle nic cię już nie interesuje. Tak, jakby obraz zrobił się czarno-biały – i ty też, ubrany w całkiem poczciwy garnitur, jesteś dwukolorowy, smutny i zmęczony.
W każdym razie Igor był.
Trafił do miejsca, w którym wszyscy mieszkańcy zajmowali się piciem przesączanego przez piętkę chleba denaturatu, pieprzeniem się, gdzie popadnie, deptaniem po porozrzucanych wszędzie śmieciach – nie inaczej przedstawiał się krajobraz pod wskazanym na zaproszeniu adresem. Opuszczone mieszkanie, gdzie wszędzie poniewierały się farby, kable i butelki z terpentyną, nie potrafiło wzniecić w Aristovie gniewu. Może pełne pożałowania spojrzenie, które rzucił w stronę zabitego deskami okna, ale w żadnym wypadku nie gniew.
W całej tej scenie było coś zabawnego, choć nie za bardzo wiedział, co miałoby go rozbawić, ucieszyć lub dostarczyć powodów do zadowolenia. Brudne ulice, na które niespiesznie powrócił, strzepując z rękawa niewidzialny pyłek? Cisza, która uderzyła w niego jak obuchem, gdy w końcu spostrzegł, że cała okolica milczy ciężko? Nie słychać tu nawet ostrych skrzeków wron, nawet echa, skromnego co prawda, miejskiego ruchu ulicznego; ani jednego dźwięku. Bezludzie. Samotna, zaśmiecona wyspa na przedmieściach miasta. I pośród tego wszystkiego on, kniaź alkoholowego imperium – wciągający głęboko do płuc słodkawe, majowe powietrze; miało zapach pyłków, kurzu i wściekłości, która skraplała się w nim jak osiadająca na chłodnej szybie para.
Mijał szare elewacje budynków, szczerbate uśmiechy pozbawionych szyb okien, pogrążony w mroku, olbrzymi Park Perperuny. Zegarek na nadgarstku parzył, ciche cyknięcia sekundnika wżynały się w umysł, niejasna myśl jesteś spóźniony; Filipa będzie wściekła; chłopie, masz szczęście, że nie zabrałeś jej ze sobą, dryfowała w jego umyśle jeszcze długo po wspięciu się na szczyt wzgórza.
Żałował, że nie wziął ze sobą aparatu; widok na miasto był stąd – jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi – magiczny.
Warty ćwierć miliona.
Dokładnie tyle Aristov byłby w stanie zapłacić, gdyby zechciał kupić to miejsce.
Powrót do góry Go down
avatar


Irkuck, Rosja

29 lat

cień

błękitna

za Starszyzną

Ministerstwo Magii, prikaz Sprawiedliwości i Ochrony Narodowej, legislacja, specjalista prawa czarodziejskiego
http://petersburg.forum.st/t1414-illyana-osipovna-sorokina#6905 http://petersburg.forum.st/t1418-illyana-sorokina#6944 http://petersburg.forum.st/t1417-rumiana#6936 http://petersburg.forum.st/t1416-illarion#6928
PisanieRe: Wzgórze Czarownic   Sob 06 Sty 2018, 19:33
Chłonęła chłód wieczora. Nie był to ten chłód, który znała, przejmujący aż do kości, stanowczy, jak sposób, w jaki ją wychowano w rodzimych stronach. W marcu w tych stronach, nawet na całkowitych obrzeżach miasta, w wieczornym powiewie wiatru było coś świeżego, niemalże „ciepłego”. Nie sądziła, że to ciepło będzie ją drażnić. Suche, rześkie powietrze sprawiało jednak, że czuła się jeszcze bardziej rozkojarzona, jeszcze w większym stopniu odczuwając tęsknotę do domu i rzeczy utraconych. Miękkiego głosu brata, prowadzącego ją przez życie, czy tej znajomej frywolności i zdecydowanych, syberyjskich sił natury, kojących każde nerwy, wyciszających każde myśli. Teraz nie miała ani jednego, ani drugiego. Objęła się ramionami machinalnie, przez wymuszenie zamykając w nich wszystkie swoje troski i obawy, którym nie chciała pozwolić wykroczyć poza wnętrze jej niespokojnej, tego wieczora – i prawie każdego innego – duszy. Jedynym spoiwem jakie łączyło ją z zażegnanym życiem, był jeszcze on – młody jeszcze, ledwie dwumiesięczny lisek, którego sama wychowała i który wyrwany za szybko z pod piersi matki, ją traktował jak rodzinę. Krążył teraz wokół jej nóg, ocierając się nosem o dół spódnicy, bo taki miał kaprys, aż w końcu schował się pod materiał, sprawdzając wytrzymałość szwów na krawędzi odzieży.
Poruszyła się powoli, przez przyzwyczajenie, sunąc nogami ponad ziemią, w najgorszym wypadku mogąc jedynie kopnąć swojego szczęśliwego (uznawała go za dobry znak) chowańca, zamiast go przydepnąć. Stworzenie wyplątało się z fałdów materiału pośpiesznie, łaskocząc zimnym futrem jej kostki, zanim czmychnęło w las. Głęboko, tam, gdzie Rumiana czuła się w obowiązku go teraz znaleźć.
Dusan — wymówiła jego imię z nieadekwatnym pobłażaniem i troską dla zwierzęcej niepokorności, podążając za nim na wzgórze, które, według przekazywanych ustnie podań, lepiej było pozostawić nieodwiedzanym. Illyana nie przywiązywała się jednak do słów, opowiadanych przez miastowych histeryków. Podziwiała piękną, bujnie obrastającą wzniesienie roślinność, doceniając każdy element przyrody. W niepokojącej, hipnotycznej energii doszukując się nawet czegoś znajomego i niespokojnego. Nutki adrenaliny, jaką odczuwało się zapuszczając się na bezludne tereny na Syberii. Poprawiła lekką kamizelkę, wykończoną zajęczym futrem i dała się ponieść otaczającej ją aurze. Bez wyraźnego szelestu, poruszając się pod  gęstymi, szeroko rozciągniętymi koronami drzew, poruszała się powoli, nie chcąc zaburzyć naturalnego biegu natury tego miejsca. Nasłuchiwała dźwięków wieczora (już nocy?) w spokoju i w podziwie dla tego miejsca, choć nie bez szybszego uderzenia serca. Zwłaszcza w chwilach takich jak ta, w których ogarniającą ją ciszę przerywał nagły zryw nocnej zwierzyny, czy poruszenie Dusana w wysokiej trawie.
Zimą śnieżnobiały, teraz szaro-brązowy lis zastrzygł uszami ponad linią otaczającej go zieleni i zaraz zwiódł swoją panią w najwyższy punkt na wzgórzu. Podążała spojrzeniem za nim, utrzymując je nisko na murawie, tam gdzie dostrzegała uciekającą jej rdzawą-burą kitę. Nic więc dziwnego, że kiedy się zatrzymał i jej spojrzenie zawisło na jednym punkcie, powoli sięgając przez ogon swojego towarzysza, wyżej na grzbiet. Zwierzę przystając, wspięło się na dwie łapy i opadło nimi na coś, nie… na kogoś. Wyciągając długi, chudy tułów w górę, zaczepiło się pazurkami na kolanach nieznajomego, wlepiając w niego lisie, czujne, choć jeszcze naiwne, młodzieńcze spojrzenie.
Illyana zareagowała większą bacznością. Docierając spojrzeniem do zarysu obcej sylwetki, jej dłoń instynktownie zanurzyła się w kieszeni kamizelki, gdzie odnalazła przynoszące spokój, rzeźbienie rączki jej różdżki. Zacisnęła na niej palce, jednocześnie unosząc wzrok wyżej, do twarzy nieznajomego, jeszcze otoczonej cieniem.
Jeszcze nie zdradzała swojej obecności, gotowa jednak posłać niegodne damy zaklęcie, w kierunku obcego, jeśli chciałby jej czworonożnemu przyjacielowi wyrządzić jakąś krzywdę.
Zagrożenie wydało jej się jednak nazbyt realne, kiedy głupi lis zaczął się upraszać o wzięcie go na ręce. Paskuda...
Spazamsa.
Wcześniej ogarniający ją niepokój znalazł swoje ujście w gorliwej chęci ochronienia jedynej, niewinnej wśród nich duszy małego liska. Druga dusza - nieznajomego, zdaniem Illyany, musiała być nieczysta, skoro znajdował się w takim miejscu, o tej porze, niedaleko tak niepochlebnych terenów. Jej własna, jak wiadomo, nasiąknięta była już polityką, a faktem ogólnie znanym było, że politykom nie wolno było ufać.
Igor, bo właśnie go rozpoznała w odbiciu zaklęcia, mijającego go o cale, miał jedno szczęście... że chybiła.
Igor Ivanovich! — imię wykrzyknięte w ferworze niespodziewanego ataku, rzucone było oskarżycielsko. Bo jak prawdziwy szlachcic mógł tak bezwstydnie wzruszać (niepewnością) niewieście (staropanieńskie) serce?
Powrót do góry Go down
avatar

if you trust nothing else, trust this, trust us.

Petersburg, Rosja

26 lat

poświst

błękitna

za Starszyzną

dystrybuuję rodzinny alkohol, ściągam długi, udzielam pożyczek i kupuję wasze dusze
http://petersburg.forum.st/t1146-igor-aristov http://petersburg.forum.st/t1185-igor-aristov#4660 http://petersburg.forum.st/t1186-zadza-pieniadza#4676 http://petersburg.forum.st/t1192-zakia#4701
PisanieRe: Wzgórze Czarownic   Czw 11 Sty 2018, 16:49
Zaczęło się od zaproszenia.
Wszystko zaczyna się od zaproszenia.
Wciąż miał je przy sobie – ozdobny papier złożony na pół z zaskakującą pedantycznością, czarny atrament zgrabnych liter, ciepło szorstkiej papeterii pod palcami, które odruchowo wędrują do wewnętrznej kieszeni marynarki. Oddalona, nienatarczywa obecność ludzi ogranicza się do cichego szumu zmęczonego po całym dniu miasta – zupełnie jakby Igor śnił. Cisza, dogasanie dnia, chłodne światło gwiazd: Petersburg wieczorową porą nadaje jego samotności dobrą barwę. Uspokaja. Otumania. Powtarza uporczywie żyj chwilą, bez poznawania konsekwencji swoich czynów.
Śmiało, Goria. Żyj chwilą – nie myśl o Afryce, nie myśl o kolejnej ucieczce, nie myśl o tym, jakim wrakiem człowieka się stajesz, nie myśl, że świat kochasz tylko po wódzie i że obojętniejesz wyłącznie po pięciu kolejnych, a kiedy to wszystko wymieszasz jak barman w drinku,  padasz na pysk bez modlitwy i boga w sercu. Nie myśl o niej: o sposobie, w jaki rozchyla poły czarnego, jedwabnego szlafroka (niczym kurtynę w teatrze tuż przed spektaklem tysiąclecia), o tym, jak na nią patrzysz, kiedy nie widzi (z upajającą mieszanką podziwu i pożądania), o przerażającym głodzie jej dotyku (i rozpaczliwej tęsknocie z chwilą, kiedy tylko znika za drzwiami).
Nie myśl, dlaczego masz taki chaos w głowie, skoro na zewnątrz wszystko jest w porządku – wątpliwości są jak małe strzałki z kurarą.
Nie sposób przed nimi uciec.
Późnomajowe powietrze rozmywa się w ciepłocie; to nie afrykański ukrop, nawet nie rosyjskie babie lato, ale wieczór na tyle ciepły, by zatykał usta i wżynał się w skórę, wypełniał atmosferę słodką wonią, zabierał tlen i wypluwał go pod postacią kwiatowych pyłków. W stygnącym świetle wieczoru Igor czuł się blisko świata i nawet tchnienie wiatru, niespiesznie napływającego z granatowego nieba, zdawało się namacalne; skóra – choć wiedział, że to niemożliwe – łapczywie chłonęła bodźce, nawet ten cichy szelest, który rozległ się gdzieś za plecami Aristova i nasilił przy akompaniamencie cichego, niecierpliwego fuknięcia.
Igor budzi się z bezruchu , przełyka słodkie powietrze, odwraca głowę w oszołomieniu i nagle słyszy – tuż obok, jakby ktoś szeptał wprost do jego ucha – ciche skomlenie młodego liska, który w poczuciu krzywdy powtarza jak mantrę swój niecierpliwy postulat.
Na ręce.
Przytul.
Proszę.

Poczuł narastającą radość – smakowała grzanym winem, słodką wodą, lepkimi jeżynami (gwałtowna synestezja wytrąca powietrze z płuc, pod przymkniętymi powiekami rozbłyskują nieznane galaktyki gwiazd) – zwierzątka, kiedy palce Igora zanurzyły się w miękkiej, wciąż niewinnie czystej sierści, natychmiast pochłaniając bijące od malutkiego ciała ciepło. Kąciki ust uniosły się spokojnie na sekundę przed zaklęciem, które rozświetliło półmrok wieczoru i minęło policzek Aristova – już drugi raz w tym miesiącu – o milimetry. Agresywny intruz niemal natychmiast wyzwolił w wyciszonym umyśle Gorii trzeszczący płomień gniewu, który w przeciągu kilku sekund rozlał po ciele; sięgnięcie po różdżkę było odruchem, powstrzymanie się przed klątwą – przejawem dobrej woli.
Illyana Osipovna! – spojrzenie rzucone na ciemny zarys sylwetki, pretensja zaklęta w zaledwie dwóch słowach, szybka próba przypomnienie sobie czegokolwiek na temat Sorokiny. – Rumiana – a zatem – pamiętał; urywek informacji o tym, jak zwykli zwracać się do niej bliscy, wypłynął na powierzchnię informacyjnego sztormu z całym szeregiem pobocznych skojarzeń. Illyana. Nudnawa, urzędnicza, literacko niewychodząca poza ścisły krąg antymodernistycznej literatury; przy okazji tuzina bankietów zamieniali ze sobą rozmiękłe, uprzejmościowe formułki, być może raz poprosił ją do tańca, być może kiedyś uśmiechnął się w tłumie obcych głów – nic więcej.
Unikał jej celowo czy naprawdę nigdy nie było im po drodze?
Ostrożnie z zaklęciami, ktoś inny mógłby oddać. I trafić – gdyby w tej chwili jedynemu synowi Ivana Aristova przyszło mierzyć się na spojrzenia z bazyliszkiem, ten przerośnięty, cierpiący na hipertrofię ego gad z pewnością padłby trupem; jedynie kontrolowany spokój mógł nadać tchnącemu martwotą spojrzeniu nieznanego, niepokojącego błysku, rodzącego się gdzieś na samym dnie źrenic.
Panno Sorokina, to nieodpowiednia okolica na nocne spacery – pobrzmiewający w jego głosie, mentorsko karcący ton sprawiał wrażenie autentycznego – przynajmniej do chwili, w której błędne ogniki spojrzenia nie spoczęły na wciąż domagającym się uwagi lisku. Atramentowy półmrok ukrył uwłaczający odblask łagodności, wijącej wygodne gniazdko na rozciągających się w uśmiechu ustach.
Maleństwo, chodź – głęboki, aksamitny głos; głos, w którym pobrzmiewała jakaś niespodziewana delikatność, która towarzyszyła podniesieniu puchowej kulki i zamknięciu jej w bezpiecznym uścisku.
Czy właśnie tak rozpada się fasada męskości?
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Wzgórze Czarownic   
Powrót do góry Go down
 
Wzgórze Czarownic
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Wzgórze Czarownic
» Droga pomiędzy wzgórzami


Skocz do: