Навигация

Scena główna
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  




 

 Scena główna

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
avatar

PisanieScena główna   Pią 01 Wrz 2017, 18:58
Scena główna

Niewysoka, choć wyjątkowo szeroka scena, która jest zarazem podium, jak i miejscem do tańczenia. Przyozdobiona pękami zboża, malwami i mnóstwem kolorowych kwiatów robi ogromne wrażenie za dnia, wieczorem zaś rozbłyskują wszystkie przygotowane lampiony, pięknie oświetlając tańczące pary i stragany poustawiane po obu stronach sceny.

Powrót do góry Go down
avatar


Syrakuzy, Włochy

33 lata

błękitna

neutralny

astrolog / celebrytka / wdówka
http://petersburg.forum.st/t914-hersilia-lavinia-sorokina-zd-caravaggio#2831 http://petersburg.forum.st/t918-hersilia-l-sorokina-caravaggio#2892 http://petersburg.forum.st/t919-wdowa-po-tym-sorokinie#2893 http://petersburg.forum.st/t920-caesar-golab-i#2894
PisanieRe: Scena główna   Sro 06 Wrz 2017, 17:50
Kiedyś mama wcisnęła mi na rękę taką bransoletkę. Dziwną, z takimi malutkimi breloczkami czy jak to się tam nazywa, trochę w stylu greckim, ale ładną – zawsze pasowała do okazji, choć zwykle nie zwracałam nawet na nią uwagi, dopóki ktoś nie zapytał, co mam na nadgarstku (i czemu nie założę tej diamentowej brasnolety, którą kupił mi Tommaso). Próbowałam to kiedyś ściągnąć, ale się nie dało. Nabrałam przeświadczenia, że ta biżuteria jest niezniszczalna i nic jej już chyba nie ruszy – ani czas, ani bieg przez ulice Nowego Rzymu, ani niskie temperatury w Irkucku.
Wszystko zmieniło się wczoraj.
To był wypadek i wciąż nie wierzę w to, że to się stało, wszystko potoczyło się tak nagle. Idę do salonu napić się herbaty, zaczepiam o klamkę – i odpada kilka pozłacanych zawieszek, na raz, w jednej chwili. Nic takiego, przecież pamiątek po matce wolę nie kolekcjonować, chociaż trochę szkoda, bo się przywiązałam do tej bransoletki.
I co? I raptem świat staje na głowie.
Nie czuję się na siłach, by spotkać się z moim kuzynem, ale boję się zostać w domu. Ból głowy męczy mnie od czasu tego dziwnego zdarzenia: kazałam zasłonić wszystkie okna, a służbie zachowywać się cicho, ale to nic nie daje. Jest zimno, ale nie w ten rosyjski sposób, który znam z Irkucka; jest tak, jakby ktoś przyłożył mi chłodny, galaretowaty okład na kark z zaskoczenia. Tak samo nieprzyjemnie, ale niepokojąco nienaturalnie. Słyszę szmery, a – przysięgłabym – w nocy coś stukało w okno. Nie mogę zasnąć, zatykam uszy, zamykam powieki, nie pomaga, nie pomaga nic.
To, to w kąciku mojego oka, mnie nie opuszcza.
Rozkazałam służącej uwarzyć coś na uspokojenie. Od rana jestem na Srebriance, ale nie wiem, czy nie wypiłam za dużo. Nie znam się na tym, a słyszałam od kogoś, że to niebezpieczne. Gdybym nie była tak zdesperowana, przemyślałabym to dwa razy (albo trzy, albo pięć dla pewności), ale w obecnej sytuacji mam to gdzieś. Potrzebuję wytchnienia, a eliksir mi je daje. Te przerażające rzeczy nie przestają się dziać, ale przynajmniej nie przejmuję się nimi aż tak. Patrzę na swoje ręce i widzę, że drżą, ale ja czuję tylko gładki spokój, niemal przytępienie.
Wszystko minie, gdy spotkam się z Costantino, powtarzam sobie, gdy idę po miękkiej trawie. Szum rozmów świętujących miesza mi się z obcymi szeptami, ale przymykam oczy, oddycham głęboko i znowu powtarzam: wszystko minie, gdy spotkam się z Costantino. Kiwam głową, jakby przytakując sama sobie. To brzmi rozsądnie. Costantino jest taki… prawdziwy. Jego ciepły głos, włoski z rosyjskim akcentem, silne ramię, ciemne loki – to jest prawdziwe. To znam.
Przystaję i zawieszam wzrok na kamieniach. To mi coś przypomina, jakieś miejsce z dawnych lat. Syrakuzy ledwo pamiętam, zbyt wcześnie je opuściłam, ale jestem pewna, że była tam podobna polana, tylko otoczona białymi zębami greckich ruin. Nie należy przecież zapominać, że to miasto było kiedyś pod helleńskim władaniem. Rzymianie przybyli tam później, a wśród nich dalecy przodkowie tej gałęzi Caravaggio, gotowi na tych terenach postawić swoje posiadłości.
Coś błękitnego jarzy się w oddali.
Błąd, karcę się w duchu i szybko ruszam przed siebie. Nie zatrzymywać się, nie patrzeć w jeden punkt.
To już odkryłam.
Gdy Wroński przychodzi, podążam w jego stronę może zbyt prędko. Wyciągam ku niemu trzęsące się ręce i uwieszam się jego szyi.
Costantino! — mamroczę i udaje mi się nawet uśmiechnąć. Jest sporo wyższy, dlatego wspinam się na palce, żeby ucałować go w policzki. — Oj, Costantino. Dobrze cię widzieć — mówię po włosku, chwilę rozkoszując się brzmieniem mojego ojczystego języka.
Czy to nietakt? Nie zastanawiam się nad tym, jestem zbyt roztrzęsiona. Chociaż pewnie i tak bym o tym nie pomyślała. Tommaso zawsze się na mnie wściekał za to, że tak lekko traktuję etykietę, i krzyczał na mnie w pokoju hotelowym coś o tym, że nie wie już, jak ma do mnie mówić. Tommaso (Tommaso, Tommaso, skąd mi to przyszło do głowy, Tommaso nie żyje) chyba wciąż się na mnie wścieka, bo czuję coś na łydce.
Odskakuję od mężczyzny jak oparzona.
Więcej trzeba było tej Srebrianki.
Powrót do góry Go down
avatar


Kazarman, Kirgistan

29 lat

czysta

neutralny

uzdrowiciel
http://petersburg.forum.st/t930-saskia-godunova#2960 http://petersburg.forum.st/t949-saskia-godunova#3020 http://petersburg.forum.st/t937-co-mi-panie-dasz#2984 http://petersburg.forum.st/t938-talon#2986
PisanieRe: Scena główna   Sob 09 Wrz 2017, 17:57
Beznadziejnie romantyczna. Innej definicji Saski nie można było utkać jeśli się choć raz w życiu widziało ją leżącą w szlafroku na ziemi, chlipiącą nad jakimś bardzo płytkim, ale jakże emocjonującym romansem. Większość historii znała już na pamięć schematy miłosnych perypetii były powtarzalne i choć od pierwszych piętnastu stron była już w stanie przewidzieć dalsze dzieje bohaterów to i tak płakała, gdy oni płakali i śmiała się w chwilach ich szczęścia. Ile razy siedziała w szpitalnej kafeterii z miną skamieniałej matrony, w środku, w głowie, rozpływając się w swoich fantazjach gdzie to właśnie ona, w strojnej sukni ciężkiej od rubinów, wiruje w ramionach powalającego amanta gdzieś po szykownej sali balowej o wysokim sklepieniu o kryształowych kandelabrach.
No jakże miałoby jej nie być na święcie Wesny.
Przyszła oczywiście dużo za wcześnie, marszcząc na to nos, choć w duchu chichotała ak pięciolatka. I tak wytrzymała od bladego świtu do południa, inaczej przybiegłaby tu z pierwszym promieniem słońca. Spędziła okropnie dużo czasu wśród straganów z drobiazgami i przebierając w nich bezmyślnie nawet nie zauważyła upływającego czasu. Później oczywiście stolik z poczęstunkiem, gdzie upewniwszy się, że nikt się jej nie przygląda, obżarła się szarlotką jak dziecko cukierkami na boże narodzenie. Och Sasa, jak miło widzieć w tobie człowieka. To nic, że garsonke masz jak zawsze ciasną, koszulę zapiętą pod samą szyję i wstążkę przewiązaną pod samym kołnierzem na wypadek, gdyby od nadmiaru wrażeń któryś guzik postanowił porzucić współpracę na rzecz odsłoniętej w ferworze wydarzeń szyi. To nic, to nic, włosy spięte tak ciasno, że ledwie mogła mrugać, usta niewzruszenie opanowane jednak kleiły się jeszcze smakiem cukru pudru i choć zdrowy rozsądek zawsze powtarzał - alkohol to nie jest Twój przyjaciel, by wyglądać sielsko i całkiem rozrywkowo zaprosiła do towarzystwa słoik z półtorakiem pachnącym kwiatem lipy. Tylko spokojnie, to dla ozdoby.
Tak wyposażona skierowała się do najciekawszej, zdawać by się mogło, strefy całego festiwalu - sceny. Bogactwo, choć skromnych to pięknych, rustykalnych elementów, kwiaty i snopy siana, tańczący ludzie i muzyka, byłaby się nawet uśmiechnęła, w sumie to się śmiała całą gębą, tylko tak w środku, w Sasie.
Upiła mikro-łyk półtoraka, stając gdzieś na uboczu i przyglądając się z bezpiecznego dystansu całej zabawie. Była poważną personą, nie jakąś szaloną młódką, która mogła obcasami zamiatać drewnianą podłogę. Miód pitny smakował jak niebo, tylko zaraz serce jej w piersi fiknęło koziołka w rytm korbowej liry, która czarowała splecionych w tańcu młodzian. Oczami szukając mysiej dziury, w którą mogłaby się wcisnąć przybrała tradycyjny, kamienny wyraz twarzy, zmrożona aż po pięty.
Onegin.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

28 lat

błękitna

neutralny

emerytowany hokeista, celebryta
http://petersburg.forum.st/t604-ernest-onegin http://petersburg.forum.st/t704-onegin-ernest#1460 http://petersburg.forum.st/t605-mordy http://petersburg.forum.st/t680-cep
PisanieRe: Scena główna   Sob 09 Wrz 2017, 21:04
Beznadziejnie. Kropka. Tyle wystarczy, żeby określić położenie Ernesta, obojętnie, w którym miejscu na osi czasu swojego życia się znajduje. Teraz też jest beznadziejnie, ale przecież nie będzie przez cały czas wszystkie analizował. Jest Święty Wesny. Bawimy się raz dwa kurwa.
Większość stoisk już zaliczona, oczywiście, bo Ernest na święto przyszedł z dziećmi. W tym jedno jego, ale Leo całą swoją uwagę poświęcał i tak Jasminie, więc Ernest tylko wlókł się za nimi, żeby ich nie zgubić, co jakiś czas próbując wskoczyć do rozmowy ale za chuja nie był na czasie z tymi wszystkimi tematami siedmiolatków, więc widząc karcące spojrzenie swojego syna tylko podnosił ręce w obronnym geście i cofał się te dwa kroki do tyłu. Nie będzie im przeszkadzać w wymyślaniu  fanowskich teorii o smokopociągu, który najwyraźniej jest postacią z dziecięcego komiksu. Naukowego, oczywiście, bo jakby inaczej, syn Ernesta nie czytałby przecież bzdur. Smokopociąg totalnie nie jest bzdurą. Gnojki do rozmowy uprzejmie wpuściły go dopiero podczas posiłku i wystarczyło już na tyle, żeby się zmęczył, więc kazał im iść pobiegać i potańczyć. Więc biegali i tańczyli, a Ernest miał czas na znalezienie Marka Habla i oczywiście chuja nigdzie nie było. Albo w końcu nie przyszedł, albo się w tym tłumie znaleźć nie mogą (niewykluczone, że z Ernesta winy, bo tak biegał za dzieciakami), albo się Marek zajmuje tą swoją sierotą, która na pewno podpali mu cerkiew. No, może nie na pewno, ale tak rokowała, z tego co Ernest słyszał.
I przecież z tyloma ludźmi rozmawiał, tylu znajomych rzuciło no to się zgadamy na wino! i wiadomo jak takie zapewnienia się kończą. Ale wcale to Ernestowi nie przeszkadzało,  chociaż akurat czegoś mocniejszego chętnie napiłby się z Markiem albo Vańką, albo Katią. Ale najpierw musiał oddelegować małą Jasminę bezpiecznie do domu, a później Leo. A do wieczora jeszcze czasu, a czasu. Dopiero wtedy mógł wrócić na święto i chlać dopóki się nie obudzi na izbie wytrzeźwień i kolejnym nagłówkiem w szmatławcu.
Znowu zgubił różdżkę. Miesiąc się dosłownie dopiero co zaczął, ale Ernest zdążył już zjebać. To nic. Akurat ktoś w tłumie uprzejmie wyciągnął w jego stronę dziwny przyrząd, który był w zasadzie zapalniczką, ale Ernest pierwszy raz w życiu widział taką fikuśną i był przekonany, że urządzonko miało jeszcze inne zastosowania. O których się najpewniej nie dowie, bo podziękował uprzejmie za odpalenie papierosa i życzył udanego święta.
Akurat się odwracał z uśmiechem i o proszę, na czyją to garsonkę trafił wzrokiem. Zapięta na ostatni guzik, oczywiście, w innym stanie jej nigdy nie widział. I chyba nigdy poza gabinetem. On za to dla odmiany jest cały ubrany, w swoim swetrze standardowo czarnym i brązowych sztruksach,  prawie nie widać tych wytatuowanych przepowiedni, ale Saskia to już pewnie układ tuszu na jego skórze znała na pamięć.
- Witam piękną panią. – Słoik to nie umknął jego uwadze, ale nie wypada pani doktor wypominać, że to wczesna dosyć pora na takie ekscesy, poza tym halo, wolne ma.
Powrót do góry Go down
avatar


Kazarman, Kirgistan

29 lat

czysta

neutralny

uzdrowiciel
http://petersburg.forum.st/t930-saskia-godunova#2960 http://petersburg.forum.st/t949-saskia-godunova#3020 http://petersburg.forum.st/t937-co-mi-panie-dasz#2984 http://petersburg.forum.st/t938-talon#2986
PisanieRe: Scena główna   Nie 10 Wrz 2017, 04:24
No pewnie, że ją zauważył, jakby miał jej nie zauważyć. Wyglądała jak poborca podatkowy, albo czyjś kurator pilnujący swojego wychowanka na miejskiej biesiadzie. Och bogowie, idzie tu.
O nie. Onie. Onieonieonie.
- Panie Onegin. - kiwnęła głową i uśmiechnęła się słabo mimo usilnych prób nieuśmiechania się - ale no weź popatrz na tę twarz, na ten jego uśmiech, oczy skrzące. Człowieku, gdybyś miał na sobie warstwę wieszczych klątw grubszą niż lądolód grenlandzki siedziałbyś zamknięty w izolatce dla własnego i cudzego bezpieczeństwa i czekał i modlił się o śmierć, a ten? Na festyn przyszedł, papieroska ćmi, śmieje się do ludzi, wita piękną panią. Był jak mityczne stworzenie, którego Godunova nigdy nie będzie mogła przestać pragnąć posiadać.
Czekaj. Wróć. Że... piękną?
Wewnętrzna Sasa płonęła rudym rumieńcem chichocząc jak kretynka. Rozum jednak sprostował sytuację dając jej potężnego klapsa w twarz, a dłoń dzierżąca słoik opadła lekko, odsuwając się od otworu jamy ustnej. Upijała się łatwo jak dziecko, a bycie pijaną vis a vis Ernesta Onegina to precedens, którego z pewnością by nie przeżyła, samospalając się ze wstydu.
- Miło pana widzieć w dobrym nastroju. - miło pana widzieć w każdym nastroju, przecież widujecie się co wieczór w jej głowie. Rozejrzała się od niechcenia po ludziach w jego najbliższym otoczeniu. Może z kimś przyszedł (będzie pretekst, żeby się zmyć?). Na pewno z kimś przyszedł, zna go tu pewnie połowa biesiadujących (ale kto go zna tak jak ona go znała?) Nie powinna się wdawać w rozmowę, uśmiechnąć się tylko uprzejmie i przeprosić, udając, że spieszy spotkać się z kimś z kim i ona tu przyszła.
Jakby miała znajomych, z którymi na takie święta można było chodzić... (wyobraź sobie profesorów z uniwersytetu wycinających hołubce).
- Święto w pana guście? - zagaiła mimo wszystko, a rozum zrobił facepalma.
Stanowczo łatwiej było udawać normalną, kiedy był w sztruksie i swetrze. Były hokeista był jedynym przypadkiem, który sprawiał, że Godunova kwestionowała swój profesjonalizm. Wszystkich pacjentów traktowała z równą uwagą i kompetencją, jednak w pracy z tym przypadkiem skupiała się w stopniu nieprawdopodobnym, twarzą w twarz (a raczej w ciało) z jego nagą skórą na którą precyzyjnie nakładała różne specyfiki, nad którą szeptała w pocie czoła najprzeróżniejsze, wykopane z archaicznych, zapomnianych tomów przeciw zaklęcia. Jeden błąd mógł kosztować go, ją, lub ich obojga, życie, a ona nie miała w swoim planie miejsca na błędy.
Teraz za to przecież byłą zupełnie inna sytuacja. Nieformalne spotkanie, z dala od gabinetu, z uśmiechami zamiast krwotoków i muzyką zamiast złowieszczego szeptu lęgnącego w ciszy salonu jak spasiony, lśniący wąż, który dusił ją w jej odrzuconych pragnieniach.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

28 lat

błękitna

neutralny

emerytowany hokeista, celebryta
http://petersburg.forum.st/t604-ernest-onegin http://petersburg.forum.st/t704-onegin-ernest#1460 http://petersburg.forum.st/t605-mordy http://petersburg.forum.st/t680-cep
PisanieRe: Scena główna   Nie 10 Wrz 2017, 20:36
Który to bóg postanowił wasze drogi spleść tutaj razem i na pewno się teraz podśmiewa i siedzi w podziemiach i kuka z diabelskiej studzienki, żre rabarbar i śmieje się, śmieje rubasznie. Bo takie to jest zabawne dla losu, szydzić z biednej Sasy, którą w środku aż skręca i Ernesta, który o niczym pojęcia nie ma. To co, Saskia, ile już tych zawałów na minutę przeżyłaś? Gorzej będzie, obiecuję.
Panie Onegin tak strasznie nie pasuje do swojskiego klimatu, do tego słoika i fajeczki, do buź rumianych (cudzych, bo przecież nie waszych), do brokatowej waty cukrowej i płaczącego nieopodal bachora, ale nie wypada inaczej. Może gdybyście mieli z jakiegoś powodu dziwnego okazję widywać się poza gabinetem częściej. Może gdybyście się rzucili w tą relację po koleżeńsku jak mali odkrywcy. I gdybyś ty, Godunova, miała na tyle odwagi, żeby wyciągnąć do niego rękę sztywno, przesyłając Saskię w jego stronę, to pewnego dnia mogłabyś powiedzieć „witam cię Erneście”. Ale bez szaleństw, nie ma co wybiegać w przyszłość, bo może w końcu któraś inkantacja jebnie i wcale was długa historia znajomości nie czeka.
Ha, w dobrym nastroju. To jest coś istotnie przyjemnego, dla odmiany. Ostatni raz, kiedy Ernest wpadł do pani doktor chyba lało mu się z uszu krwią tak intensywnie, że gdyby zaczął wirować wokół własnej osi to mógłby w gabinecie całkiem prostą linię strzelić, tak przez środek ścian i mebli. Potem by się zrobiło równoległą trochę wyżej, czy tam niżej i wypełniło pasek jakimś szpitalnym kolorem według dekoracyjnego nurtu klasy średniej lat dziewięćdziesiątych.
Byłoby to na pewno mniej absurdalne niż niektóre sytuacje, w których przyszło już Ernestowi uczestniczyć. Nie, żeby miał jakiś wyjątkowo podły humor podczas tej ostatniej wizyty, ale za wesoło też chłopak nie miał, nie ukrywajmy. Do lekarza się raczej z roześmianą mordą nie przychodzi.
Podąża za wzrokiem Saskii odruchowo bardziej, wcale nie podejrzewając, że szuka ucieczki z sytuacji, ani nie zakładając negatywnych scenariuszy. Że może nie chce, aby ją ktokolwiek z nim publicznie widział, tak też by mogło być. Co prawda gdyby trafiła do plotkarskiej rubryki Avoski czy Tylko Prawdy to redakcja uprzejmie rozmazałaby jej twarz ale i tak spokoju by nie miała, biedactwo, przez jakiś czas, bo przecież fani muszą wiedzieć KIM JEST TA KOBIETA.
I co ich łączy, skoro tak Onegin parska śmiechem na jej słowa.
- Nie, zupełnie nie. Przyszedłem tutaj z synem. – Kręci głową i zerka przez ramię na ten tłum dyszący rozbawiony, żeby wyłapać łeb Leona.
- A w zasadzie jestem tylko piątym kołem u wozu, bo Leo wszędzie chodzi ze swoją przyjaciółką. Która pewnie koniec końców wejdzie w rolę mojej synowej, ale do tego mam nadzieję daleko. – Chciałeś powiedzieć, że najpewniej do tego nie dożyjesz, ale ugryzłeś się w język. Śliczne to by było faux pas, Erneście.
Powrót do góry Go down
avatar


Kazarman, Kirgistan

29 lat

czysta

neutralny

uzdrowiciel
http://petersburg.forum.st/t930-saskia-godunova#2960 http://petersburg.forum.st/t949-saskia-godunova#3020 http://petersburg.forum.st/t937-co-mi-panie-dasz#2984 http://petersburg.forum.st/t938-talon#2986
PisanieRe: Scena główna   Pon 11 Wrz 2017, 11:41
Ja wiem który bóg, ten któremu w życiu nie wyszło. Dobry rabarbar, Sasa też lubi, jak za dzieciaka, badylki rabarbaru i cukier w pudełku po zapałkach. Z zawałami na minutę jest tak, jak z każdą tragedią w życiu - jest chujowo, ciężko, a potem z czasem zaczynasz się przyzwyczajać. Jak skazaniec w więzieniu własnej głowy, poddawany karze i zamykany w izolatce, tak serce Godunowej maltretowane paletą pisanych emocji nie dostając nic rzeczywistego powoli zadomawia się w swojej celi, rozwiesza zdjęcia utęsknionych twarzy i akceptuje swój los. Ciężko skazanemu, nienawidzi życia, ale co zrobić - kaleka pozostanie kaleką, nie wszyscy mają dobrych lekarzy, którzy na prawdę chcą Cie uzdrowić.
You lucky bastard.
Potrzebowała chwili, jak zawsze, minut kilku, żeby przełknąć debilny chichot, który bulgotał jej w trzewiach na sam widok Onegina, choć nawet nie chodziło o to jak wygląda, tylko jaki jest. Kiedy przyszedł pierwszy raz do jej gabinetu był tylko jedną z kolejnych nici w szemranej sieci układów i umów, które miały nie widzieć światła dziennego. Wymazany klątwami jak artefakt z epoki Genshi, którym jedna dynastia drugiej dynastii mogła zmieść z powierzchni ziemi całe miasta i połacie ziemi. Zgodziła się dla pieniędzy, bo jakżeby kurwa inaczej, żaden uzdrowiciel o zdrowych zmysłach nie pakowałby się w zdzieranie z ludzi klątw, a szczególnie takich, o których nie piszą w żadnej książce, bo i żadna książka nie mogłaby opisać szaleństwa i wizji jego matki. Było to niewyobrażalne wyzwanie, ale Saskii, mimo, że lekarzem z powołania to raczej nie była, nie zdarzało się odmówić komukolwiek pomocy. Dopiero z czasem, nurkując z nim w ciemność wizji jego matki, sprzątając milion razy plamy krwi z przedpokoju, słuchając uważnie, obserwując, śledząc postępowanie choroby i ślęcząc niewypowiedzianą ilość godzin nad tłumaczeniem grymuarów pisanych w zapomnianych już językach, dopiero z czasem, choć sama nie mogła pozwolić sobie do tego się przyznać (to przecież tak żenująco nieprofesjonalne), zaczęła się tego bać, bo...
Bo zwinęła dywan w przedpokoju (czyszczenie go cały czas było bez sensu), bo osiągnęła mistrzostwo w zaklęciach przeciwzawałowych (zdarzało mu się mieć koszmarne ataki), bo raz w tygodniu robiła obchód po księgarniach, antykwariatach i szemranych dziurach w poszukiwaniu rozwiązań. Bo zaczęła się poważnie nadwyrężać dla tego jednego, konkretnego przypadku.
- Pewnie bawi się przednio. - kiwnęła głową. Weź sie przestań tak śmiać do niej bo za moment para jej uszami pójdzie. Już i tak jest ciężko na nogach ustać.
- To przecież święto Wesny, kto wie, a nuż zakwitnie tu wieczna miłość. - gdyby to był film, w tym momencie widzowie całkiem słusznie zapowietrzyliby się ze śmiechu. Sasa, Sasa...
Przewróciła oczami na ten komentarz z lekkim uśmiechem i widząc jak mu się brew lekko marszczy dodała szybko - Jeśli dobrze pamiętam Leo ma siedem lat. - oczywiście, że dobrze pamięta, kurtuazja jednak pozostaje społecznym wymogiem- Myślę, że nie ma się o co martwić.
O siebie się martw lepiej.
Już nie wiedziała co z rękami zrobić, ten niezręczny moment nadchodził jak tsunami, była beznadziejna w pogawędki, nie wiedziała jak się zachować, gdzie patrzeć i jak stać. Na płaszczyźnie zawodowej - nie ma problemu, o każdej porze dnia i nocy W życiu codziennym - pożal się boże. Myśl zaraz pączkowała w głowie, że on tu przecież stoi z grzeczności i z nią gada i powinna go już uwolnić od ciężaru swojego towarzystwa. Spędzał z nią takie okropne chwile podczas ich sesji, dlaczego miałby chcieć się jeszcze nadwyrężać i plotkować sobie przy okazji wesołego festynu.
Podniosła słoik do ust i upiła zdrowy łyk. Słodka Wesno daj mie siły.
- Miód jest pierwsza klasa. - bąknęła niezręcznie, po czym nachyliła się lekko w jego stronę, jakby chciała mu zdradzić największy sekret świata (w sumie tak było) - A szarlotka... nieziemska.
Pani doktor, co Pani robisz.
Powrót do góry Go down
avatar


Kaliningrad, Rosja

31 lat

błękitna

za Starszyzną

uzdrowiciel i zastępca dyrektora Oddziału Zakażeń Niebezpiecznych
http://petersburg.forum.st/t702-konstanty-wronski http://petersburg.forum.st/t708-konstanty-wronski http://petersburg.forum.st/t710-konstanty-wronski http://petersburg.forum.st/t709-merkury#1489
PisanieRe: Scena główna   Pon 11 Wrz 2017, 17:58
Dwa tygodnie do ślubu.
A im bliżej, tym Konstanty Wroński czuje w sobie coraz więcej niepokoju. Nie jest to bynajmniej związane z Anną – zdążył już się oswoić, że to najwyższa pora, by przypieczętować ten związek małżeństwem. Zbyt wiele czasu zwlekał i uciekał od powinności, ale teraz wie, że nikt by mu już nie odpuścił – ani Anna, ani rodzice czy babcia Ścibora. Bardziej z kolei martwiła go narastająca epidemia smoczej ospy czy wczorajszy wybuch w Muzeum Sztuki Magicznej i coraz śmielsze działania Raskolników, których górnolotne idee były dla Konstantego nie tyle co niezrozumiałe, co wręcz niemożliwe do spełnienia. Obawia się jednak, że coś jeszcze może się wydarzyć – nie tyle przed ślubem, a w jego trakcie, mimo że bardzo nie chce złorzeczyć i zdecydowanie wolałby o tym nie myśleć. Konstanty wie również, że święta Wesny nie mogli odwołać – wyglądałoby to wówczas jakby Starszyzna dała się zastraszyć. A tak być nie może. W dalszym ciągu dynastie magiczne władają Rosją i z pewnością nie dadzą tak łatwo za wygraną. Dlatego Wroński, czując że to jego obowiązek, również zamierza wybrać się na najbliższe spotkania Rady Czarodziejów. Los ojczyzny i rodziny nie jest mu obojętny.
Na święto Wesny obowiązkowo przyszedł z Anną. Nie wypadałoby wszak pokazywać się w towarzystwie kogoś innego, by przypadkiem nie wywołać plotkarskiego skandalu przed samym ślubem. Dziennikarskie hieny czyhały na każdym kroku, zwłaszcza w tak trudnym czasie dla każdej z dynastii magicznych. Jego przyszła żona jednak doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że Konstanty zamierza spotkać się ze swoją ulubioną kuzynką z Włoch, która przyjechała specjalnie na ich wesele. Dawno jej nie widział, dlatego chciał z nią jeszcze porozmawiać na osobności zanim będzie na to za późno i zabraknie czasu. Hersilia zawsze kojarzyła mu się ze słońcem i esencją Włoch, za którymi tak bardzo tęsknił. Pojawiła się w nim nawet ostatnio myśl, że może po ślubie powinni z Anną się tam przeprowadzić i zająć się swoim życiem, z dala od Rosji, która boryka się z coraz większą ilością problemów. Zostawia więc swoją narzeczoną, zapewne zaraz ktoś z rodziny się nią zajmie, tymczasem idzie w kierunku Hersilii, którą zauważył na horyzoncie. Uśmiecha się do niej radośnie, odwzajemniając uścisk.
- Hersilia! Salve! – cieszy się szczerze na widok swojej kuzynki, której przecież dawno nie było. Ile to minęło od ich ostatniego spotkania? Nawet nie potrafi sobie przypomnieć kiedy to było, gdyż od pewnego czasu rzadko się widywali. Nie było jej przecież w Rosji, ale teraz wróciła. W dodatku Konstanty ma nadzieję, że nie tylko z powodu jego ślubu. Chciałby, aby pozostała w Petersburgu dłużej, przydałoby mu się trochę tej włoskiej energii, której powoli zaczyna mu brakować. Bo Hersilia jest inna niż Rosjanki. Bardziej otwarta i towarzyska, a etykiety nie są dla niej ważne, zupełnie jak kiedyś dla Wrońskiego. Musiał w końcu spoważnieć, ale dalej czuje się w połowie Włochem, jak przystało na Caravaggio. – Już dawno nikt mnie tak nie nazwał! Nawet Gaia zaczęła do mnie mówić Konstanty. Ciebie również bardzo dobrze widzieć. Jak się masz? – odpowiada z przyjemnością po włosku, choć ze silnym rosyjskim akcentem. Hersilia niespodziewanie odskakuje, ale Wroński łapie ją za rękę, przypatrując się uważnie. Jest uzdrowicielem, więc potrafi zauważyć, że coś jest nie tak. Widzi to po jej twarzy.
Powrót do góry Go down
avatar


Syrakuzy, Włochy

33 lata

błękitna

neutralny

astrolog / celebrytka / wdówka
http://petersburg.forum.st/t914-hersilia-lavinia-sorokina-zd-caravaggio#2831 http://petersburg.forum.st/t918-hersilia-l-sorokina-caravaggio#2892 http://petersburg.forum.st/t919-wdowa-po-tym-sorokinie#2893 http://petersburg.forum.st/t920-caesar-golab-i#2894
PisanieRe: Scena główna   Nie 17 Wrz 2017, 14:15
Ciocia nie nazywa cię Costantino? — dziwię się, unoszę nawet brwi z tego szoku, jakbym nic dziwniejszego od polskiej wersji imienia mojego kuzyna w ustach jego rodzicielki nie usłyszała. — Gaię już zrusyfikowano do szczęt? Na pewno nie, na pewno. Wpadnę do niej po waszym ślubie, wiesz? I tak kurs obrałam na Kaliningrad, zabawki muszę Miłkowi dać. W Argentynie kupiłam takie ładne, ale nie wiem, czy mu się spodobają, skoro on już skończył te dwa lata.
Może ciotka ma jakieś wieści od matki? Tak mnie zebrało na wspomnienia, gdy wczoraj rozpadła się bransoletka. Jedenaście lat już będzie, jak jej nie widziałam. Przyszła kiedyś do świątyni się pomodlić, nie rozmawiałyśmy – a później dostała zaproszenie na ślub, ale z tego wstydu za mnie nie wyściubiła nosa poza Syrakuzy i tylko jednego gołębia mi wysłała do Irkucka, z gratulacjami oszukania Westy. Brzmiało jak wyrzut. Pewnie nim było: wygnaną z kraju, potępioną przez boginię córką nie ma się co chwalić, nawet ja bym się nie pochwaliła, gdybym miała córkę.
Chociaż…
Uśmiecham się z nerwową wesołością i splatam palce moje i kuzyna, jak gdyby to po to złapał mnie za rękę.
I już masz tę minę, widzisz? — wyrzucam mu. — Uzdrowicielską. Królewiczu, bawić się przyszedłeś, a pracy jakbyś nie opuścił. Co prawda, okoliczności są raczej smutne… — Wzdycham cicho. Miałam głowę zajętą sprawami zgoła innymi, ale nawet do mnie dotarło specjalne wydanie „Tylko Prawdy”. Pewnie dlatego myślę o Tommaso: zginął podobnie, przez Raskolników (czy ten ważniak od propagandy znowu się do mnie odezwie? Mam nadzieję, że nie).
I zbliżają się Lemuria. Mój mąż nigdy nie chciał ich obchodzić, powtarzając, że w Rosji powinnam przejść na religię Słowian – ale nie naciskał, dopóki nie rozpowiadałam, że wyznaję rzymskie bóstwa. Po raz pierwszy będę mogła odprawić rytuał w domu. Lepiej, żeby duchy uznały mnie za pater familias, niczego lepszego nie dostaną, a ja chcę spać spokojnie.
Może to o Lemuria chodzi, myślę nagle, olśniona swoim odkryciem. Tak, na pewno tak. Muszę po prostu oczyścić rezydencję, mnóstwo lemurów się tam zalęgło pod moją nieobecność, bez cienia wątpliwości.
Tylko czemu wciąż je widzę, skoro jestem wśród ludzi, czemu mnie zaczepiają? Nie, nie, nie, nic się nie zgadza, nic nie pasuje, nie, nie, nie.
Nie wyspałam się, nie patrz tak na mnie — tłumaczę spokojnie mimo narastającej paniki (ta Srebrianka chyba się jednak na coś przydała). Spokojnie, jestem tu z Costantino, jestem bezpieczna, wszystko zaraz ustąpi. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć… — Układałam horoskopy. Muszę ci powiedzieć, że dla lwa maj zapowiada się ekscytująco. — Mhm, tak. Też jestem lwem i na ten miesiąc mam już dość ekscytacji. Liczę jednak, że mojemu kuzynowi gwiazdy będą sprzyjać: to dla niego ważny okres, chciałabym, żeby wszystko się ułożyło.
Błądzę wzrokiem ponad ramieniem mężczyzny. Odwracają głowy w moją stronę zaciekawione, już orientując się, że je dostrzegam. Jeden z nich ma dziwną twarz, wykrzywioną szpetnym grymasem, błyska matowymi paciorkami oczu ku mojej sylwetce. Niespodziewanie otwiera popękane usta, chyba po to, żeby coś powiedzieć.
Idziemy, Costantino, prędko.
Ciągnę lekko Wrońskiego za ramię i szybkim krokiem dążę przed siebie, tam, gdzie jest ich mniej. Byle być w ruchu, to jedno wiem na pewno, reszta jest niewiadomą.
Dlaczego je widzę? Dlaczego one wiedzą, że je widzę?
Stragany. O, dobrze, stragany są porządną opcją.
Mamy raczej małą szansę, że ktoś istotny zna tu włoski — rzucam mu zawadiacki uśmieszek przez ramię — dlatego możemy szczerze porozmawiać. Więc, Cosco? Jak się czujesz przed ślubem?
Mój polsko-rosyjsko-włoski kuzyn nigdy nie wydawał mi się, co tu dużo mówić, materiałem na męża. Ma w sobie gorącą krew Caravaggio: tacy mężczyźni są jak dzikie zwierzęta. Źle prezentują się w klatce małżeństwa, ich ciągnie do wolności. Znikają, by dać wyraz włoskiemu temperamentowi, drogę oświetla im ogień trawiący mosty. Nie dla nich obrączki, płomienne przysięgi, kotwica.
Ale Anna to dobra dziewczyna, a Cosco – on chyba już się wyszumiał. Ostatecznie każdy chce zostawić coś po sobie poza gorzkim uczuciem zawodu. Może to dobry czas, by z Włocha stać się Rzymianinem.
A może nie, może on jeszcze nie jest gotowy. Zależy mi na moim kuzynie, chciałabym poznać prawdę.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

28 lat

błękitna

neutralny

emerytowany hokeista, celebryta
http://petersburg.forum.st/t604-ernest-onegin http://petersburg.forum.st/t704-onegin-ernest#1460 http://petersburg.forum.st/t605-mordy http://petersburg.forum.st/t680-cep
PisanieRe: Scena główna   Pon 18 Wrz 2017, 22:28
A któremu bogowi w życiu wyszło, pokaż mi takiego, żaden się nie przyzna. Przecież wszystko może pasować estetycznie, jeśli tylko jesteś w stanie to opchnąć dalej. Siedzi w rowie bo mu się podoba, wybrał sobie ten rów, bo to taki piękny rów i zapach pudełek po zapałkach. Kupujesz ten obrazek i też tak chcesz. Dlatego potem po ulicach mnóstwo chodzi ludzi-bożków, wystrojonych jak Karyny na Wszystkich Świętych. Szczęśliwych jak z obrazka.
A z Ernesta to faktycznie taki szczęśliwy bękart jak z koziej dupy trąba. Sasa chcieć może chcieć, ale czy jej się ten wysiłek opłaci to nie wiemy. Poprzednia i poprzedni też się starali, w końcu spluwając mu pod nogi a idź pan w chuj i tak to się wszystko skończyło, dobrymi chęciami wybrukowane jest w końcu piekło, nie niebo.
A do nieba do obu im nie po drodze, zwłaszcza po tym, co Saskia widziała. I Ernest w zasadzie nie zdawał sobie sprawy ile z tego wszystkie widziała i trochę też obawiał się zapytać. Pytanie, na ile wciąga ją te wizje było bardziej wstydliwe niż przyznanie się do tej przypadłości. Ktoś inny pewnie uznałby, że bardziej wstydliwe niż rozbieranie się przed nią, ale z tym nie miał najmniejszego problemu. Dziwnym byłoby, gdyby mężczyzna tak zbudowany jak on miał jakieś kompleksy na temat swojego ciała. Morda to już inna sprawa, Ernest za pięknego nie uważał się nigdy, ale nigdy też nie rozpaczał, chuj no, ma taki ryj i już. Bardziej dziwiło go za każdym razem, gdy jakiejś kobiecie wpadł w oko. Gdyby tylko wiedział, jak głęboko Saskii wpadł i jak bardzo się dla niego poświęca tymi księgarnianymi obchodami to na pewno swoim starym zwyczajem by zaniemówił. A tak już dobrze mu idzie z byciem rozmownym.
Ale też, w tej konkretnej sytuacji, jak na złość, wcale nie przestałby się przecież do niej uśmiechać. Dlaczego miałby, skoro jej słabo, to urocze. I takie satysfakcjonujące.
Pokiwał głową na boki, dobrze pamiętała, ale nie do końca się z nią zgadzał, w końcu znał swojego syna.
- Siedem, owszem, ale szczęście w miłości to już ma większe ode mnie. – No popatrzcie, popatrzcie, jak sobie tutaj hehe niezobowiązująco hehe gawędzicie o miłości. O tej wiecznej nawet nie ma co wspominać, bo Ernest wiedział, że go wcale nie czeka. Co innego Leo, miał spore szanse już na starcie.
Akurat się rozejrzał, ot tak po prostu, kiedy podjęła temat trunku, więc odwrócił się i machinalnie również nachylił się w stronę pani doktor, niechcący stukając się z nią w czoło. Miodowo-szarlotkowy oddech zdążył jednak owinąć się wokół niego ciepłym, ulotnym szalem. Trochę na to zwierzenie, trochę na wypadek parsknął krótko i wyciągnął rękę łapiąc Sasę przepraszająco za ramię, żeby jej się przypadkiem w głowie nie zawróciło. Bo by jej Erni nie uratował.
- Przepraszam najmocniej.
Powrót do góry Go down
avatar


Kazarman, Kirgistan

29 lat

czysta

neutralny

uzdrowiciel
http://petersburg.forum.st/t930-saskia-godunova#2960 http://petersburg.forum.st/t949-saskia-godunova#3020 http://petersburg.forum.st/t937-co-mi-panie-dasz#2984 http://petersburg.forum.st/t938-talon#2986
PisanieRe: Scena główna   Sro 27 Wrz 2017, 10:18
Trzeba tutaj jedną rzecz sobie powiedzieć otwarcie: kwestia tego, czy jej się ten cały wysiłek opłaci, dawno przestała się liczyć. Onegin był wartością wyższą, był jej własną Moną Lisą, był jej transformatorem rezonansowym, jej żarówką edisona, był tym jednym pacjentem, który czuła w trzewiach, jest jej życiowym powołaniem, wyzwaniem, największym sukcesem.
A może to tylko miłość.
Saskia chyba jego wstydliwość trochę rozumiała i sama też, będąc profesjonalistą w swoim zawodzie, nigdy nie komentowała ani nie rozmawiała z nim o tym co zachodziło podczas ich sesji, chyba, że mogło to w czymś pomóc bądź otwarcie o coś pytał. Czy wzruszała ją jego nagość? Raczej nie ta fizyczna. Nie to jak bardzo się wysilała, by znaleźć jakieś rozwiązanie jego przekleństwa mogłoby pozbawić go umiejętności motoryki narządów artykulacyjnych, taki miała zawód i jako zawodowiec zawsze wpadała w pracę po łokcie - co by rzeczywiście mogło odebrać mu głos to moment, w którym to on wszedłby w nią w jej głowę i zaobserwował co się wyprawia w umyśle pani doktor, kiedy siedzi tak nieruchomo i bez słowa wpatruje się w niego podczas ich regularnych sesji.
Już ten komentarz o szczęściu w miłości to był zupełnie zbędny panie Onegin. Zupełnie. Godunova niespecjalnie interesowała się telewizją czy celebrytami, ale z życiorysu pańskiego i rzeczy, które miała okazję usłyszeć czy zobaczyć w Pana głowie zdążyła wysnuć odpowiednie wnioski - wnioski ostateczne. Gdyby nawet kiedyś złamała własną etykę lekarską i zrezygnowała z leczenia tej okropnej wieszczej klątwy jaka kala Pańskie życie, i tak nigdy nie wyznałaby swoich uczuć. Bo byś Pan trafił jak z deszczu pod rynnę, takiej kwintesencji miłosnego upośledzenia jaką zaserwowałoby serce Godunovej mógłbyś pan już nie przetrwać.
Więc co ma się nigdy nie wydarzyć, nie wydarzy się nigdy.
Przynajmniej nie w rzeczywistości.
Pierdolnąwszy czołem o Oneginowe czoło zaraz zachwiała się i parsknęła krótkim śmiechem, brzmiącym tak obco w jej ustach jakby zaczęła mówić po chińsku. Alkohol najlepszym przyjacielem wszystkich wstydnisiów i drętwych panienek. Polarła palcami czoło, mrużąc jedno oko i zerkając na Ernesta niepewnie.
- Wszystko w porządku? - nie Saskia, nie masz czoła ze stali ani nie przywaliłaś w niego z siłą pociągu towarowego, wszystko w porządku, noaaleee, to już lekarski odruch.
Śmiechła jeszcze raz, już sama z siebie, myśląc tylko o tym, jak bardzo będzie jej smutno, kiedy już stanie znów pewnie na nogach i pan Hokeista puści jej ramie.
- To ja przepraszam, to chyba ten miód. - zakręciła lekko słoikiem i uciekając wzrokiem jak najgorszy przypadek alkoholika znów pociągnęła łyka. Jeszcze się była tylko powinna zasłonić dłonią podczas picia, bardziej na winną wyglądać już się chyba nie dało.
- Myślę, że pana nieszczęścia mogą się wiązać z klątwami. - powiedziała podpierając twarz o wolną dłoń, drugim ramieniem, dzierżącym dwójniaka, obejmując się w pasie- Nawet teraz... - uśmiechnęła się kącikiem ust, wskazując palcem swoje czoło.
Wszystko zaczynało się robić miękkie i ciepłe. Bardzo miłe uczucie.
Widzi Pan, Panie Onegin to wszystko wina tych Pańskich klątw. Z ich powodu przecież miał Pan okazję poznać się z panią doktor i chyba za niedługo okaże się, że to kolejny kamyk do ogródka - kolejne nieszczęście do kolekcji.


Ostatnio zmieniony przez Saskia Godunova dnia Sro 18 Paź 2017, 08:36, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
avatar

PisanieRe: Scena główna   Pią 29 Wrz 2017, 17:43
Czymże byłyby obchody dnia poświęconego Wesnie bez tradycyjnie podjętej przez chłopców i dziewczęta gry w zielone? Od rana przy stoisku oferującym czarodziejskie zielone wstążki ludzie tkwili w kolejce, która raz malała, by niedługo później osiągnąć tak kolosalne rozmiary, że ciągnęła się serpentynami przez połowę polany, na której w najlepsze trwała zabawa. Co rusz natknąć można się było na pary umawiające się na noszenie przez cały maj czegoś zielonego – kolczyków, apaszek, bluzek, spódnic, krawatów, bransoletek czy wstążek – i przestrzegające się wzajemnie przed osobliwą karą, która czekać będzie na zapominalskiego. Najmłodsi nie mieli skrupułów i z niewinną swobodą obdarowywali się całusami, na zmianę oblewając się po tym rumieńcami i udając skrajne oburzenie, by w melodramatycznym geście wycierać policzki i odwracać się do swojej sympatii plecami. Bardziej dojrzali wiekiem i doświadczeniem zachowywali się powściągliwiej ze swoimi awansami, jakby zawstydzało ich okazywanie uczuć przy takiej publice lub wszem wobec chcieli pokazać swoje poważanie dla tradycji i nie gorszyć swoim zachowaniem tych, którzy w wyniku wczorajszej tragedii przeżywali żałobę.
Wygrywana do tej pory muzyka ucichła, kiedy na scenie pojawił się zdyszany Csaba Gárdonyi, lecz uśmiechając się szeroko, mimo zmęczenia biegiem. Odchrząknął, wyciągając z kieszeni surduta kartkę i jednym, mocnym machnięciem ręką rozkładając ją przed sobą. W jego drugiej dłoni nieoczekiwanie pojawiła się zielążka, którą zamachał do ludzi. Niektórzy zagwizdali z radością, większa część nie zwróciła jednak uwagi na gospodarza imprezy.
- Już wiecie, co się szykuje? – zapytał donośnie, a jego głos dało się słyszeć w nawet najbardziej oddalonych od sceny zakątkach polany. – W tym roku postanowiliśmy, by w zielone mieli okazję grać wszyscy, zwłaszcza ci, na których nie zdążyły jeszcze spłynąć łaski Kupały, dlatego przed wejściem chętni mogli wrzucać do urn swoje nazwiska. Pierwsze pary mamy już wylosowane, następne będziemy ogłaszać systematycznie co godzinę aż do wieczora. Tymczasem pod scenę zapraszam… – Mężczyzna urwał, uśmiechając się tajemniczo i wodząc spojrzeniem po tłumie, który teraz już skupiał na nim swoją uwagę. – Afroditę Oneginę i Karlo Mrkšića, Bognę Nicicką i Savvasa Zakharenko oraz Saskię Godunovą i Fyodora Karamazova! Zapoznajcie się ze sobą, gołąbeczki i pamiętajcie, by maj był dla was zielony! – Gárdonyi klasnął w dłonie i, kłaniając się dworsko, zniknął ze sceny, by samemu móc czerpać radość z możliwości przebywania na Święcie Wesny.
Powrót do góry Go down
avatar


Kaliningrad, Rosja

31 lat

błękitna

za Starszyzną

uzdrowiciel i zastępca dyrektora Oddziału Zakażeń Niebezpiecznych
http://petersburg.forum.st/t702-konstanty-wronski http://petersburg.forum.st/t708-konstanty-wronski http://petersburg.forum.st/t710-konstanty-wronski http://petersburg.forum.st/t709-merkury#1489
PisanieRe: Scena główna   Pon 09 Paź 2017, 00:27
- Nie, nie nazywa mnie Constantino. – Konstantego też to dziwi, że nie zwraca się już do niego we włoskiej formie jego imienia. Najwyraźniej jednak Gaia do reszty została zrusyfikowana, do czego przyczynił się bez wątpienia jej niemal trzydziestoletni pobyt w Rosji. W dodatku dawno nie była we Włoszech, co w niekorzystny sposób odbija się na jej zdrowiu psychicznym, dlatego też Konstanty obiecał, że wkrótce zabierze ją do Rzymu. Jeśli tylko uda mu się wygospodarować trochę wolnego czasu. Wroński przez lata z wielką niechęcią uczył się włoskiego. Nie chciał jeździć do dziadków na letnie wakacje, co zmieniło się dopiero wraz z wejściem w pełnoletniość. Pokochał całym swoim sercem Wieczne Miasto i zaczął doceniać to, czego wcześniej nie zauważał. – Jak widać. Gaia już niemal nie rusza się poza Rosję, jakby się bała, że znowu zniknę. I koniecznie wpadnij do niej po ślubie! Na pewno się ucieszy, jak cię zobaczy. Poza tym, osobiście myślę, że bardzo tęskni za Włochami, zastanawiałem się nad tym, czy nie powinna tam wyjechać na kilka miesięcy. Dziadkowie na pewno by się ucieszyli. Co o tym myślisz? – Zdanie Hersilli jest dla Konstantego bardzo ważne. Dawno też nie widział się z włoską częścią swojej rodziny, co miało zmienić się na ślubie. Może wtedy uda mu się zamienić kilka słów z ciotką na temat ewentualnego wyjazdu matki do Rzymu.
- Przykro mi. Chociaż przyszedłem tutaj się bawić, to dalej pozostaję uzdrowicielem. – Wzrusza bezradnie ramionami, niezmiennie przypatrując się swojej kuzynki. Na ten moment zamierza jej odpuścić, choć niekoniecznie jest przekonany do tej wersji wydarzeń. Z jednej strony coś mu w niej nie pasuje, a z drugiej – może być tylko zwyczajnie przewrażliwiony. – Sen jest bardzo ważny, ale już dobrze. Nie zamierzam cię pouczać. – I mówi to człowiek, który niemal nigdy nie ma czasu na odpoczynek. Jego praca rządzi się jednak swoimi prawami. Zawsze musi być w gotowości, jak przystało na uzdrowiciela, co nie zmienia faktu, że wreszcie przydałoby mu się więcej dni wolnych, co w obliczu ostatnich wydarzeń jest niemożliwe. – Ekscytująco? Cieszę się, zwłaszcza że to bardzo ważny dla mnie miesiąc. – Konstanty nie wierzy w horoskopy i przepowiednie, jakkolwiek by ktoś starał się go do tego przekonać. Za to zawsze grzecznie potakuje głową na słowa Hersillii i absolutnie nie daje po sobie poznać, że traktuje je raczej z przymrużeniem oka. Dla niego to nie jest nauka, której mógłby się poświęcić; nie jest to nic, co mógłby potraktować w racjonalny i poważny sposób. Niemniej nie przeszkadza mu to, że jego kuzynka zajmuje się astrologią. Chciałby jednak, by jej przypuszczenia się spełniły.
- Jak mam się przed ślubem? – Tylko szczerze, Konstanty. Raczej nikt tu nie zna włoskiego, więc Wroński może pozwolić sobie na zwierzenia. W innym przypadku nie czułby się tak swobodnie. A jest przecież pełen obaw, o których nie ma komu powiedzieć. Ma co prawda Verę czy Savvasa, ale to zdecydowanie nie to samo, co z Hersilią. Ona na pewno go zrozumie, w końcu płynie w nich ta sama włoska krew. – Na razie nie bardzo w tym uczestniczę. Ja aktualnie skupiam się na pracy, a wszystkimi przygotowaniami zajmuje się Anna z Jadwigą i Gaią. Chociaż Ścibora też czasem musi się wtrącić. – Na myśl o babci uśmiecha się szeroko, jednocześnie wsłuchując się w słowa Csaby Gárdonyi. – Wiesz, kuzynko… Jest mi ciężko. Zawsze chciałem być wolny i niezależny. Nigdy nie traktowałem tego narzeczeństwa na poważnie, choć Anna jest dobrą osobą i nie mogłem trafić lepiej. Ale może zmądrzałem i trochę się uspokoiłem? Tak przynajmniej mi się wydaje… To chyba najwyższa pora, by przypieczętować nasz związek. Boję się jednak, że coś złego może się wydarzyć. – Wczorajsze wydarzenia związane z Muzeum Sztuki Magicznej nie napawają raczej optymizmem. Wroński ma teraz zbyt wiele niepokojących przeczuć i chciałby w tym przypadku nie mieć racji.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

28 lat

błękitna

neutralny

emerytowany hokeista, celebryta
http://petersburg.forum.st/t604-ernest-onegin http://petersburg.forum.st/t704-onegin-ernest#1460 http://petersburg.forum.st/t605-mordy http://petersburg.forum.st/t680-cep
PisanieRe: Scena główna   Nie 05 Lis 2017, 13:04
Może to miłość, może jedynie wyzwanie. Gdyby trafił ci się przypadek bardziej beznadziejny niż reprezentuje sobą Ernest, nadal byłabyś nim tak zafascynowana, Sasa? Nie rzuciłabyś wszystkiego, by łapczywie wgryźć się w lepszy kąsek? Te stany uniesienia to na pewno już teraz tylko na jego widok masz czy może włączyły ci się odruchy bezwarunkowe, bo zakodowało ci się, że Onegin to chodzące kłębowisko klątw, którego rozwiązanie jest równie problematyczne, co węzła gordyjskiego? Tylko ty nie poszłabyś na łatwiznę. Za punkt honoru postawiłaś sobie ciągnąć te smoliste nici kawałek po kawałku, mimo że w dłoniach robota ci się pali niemal dosłownie, byle wszystko ostało się w jednym kawałku i byś dalej mogła prowadzić swoje badania.
Biznes to biznes, nie ma co się oszukiwać. Jak ci nie wyszło (albo wyszło, dajcie bogowie), to trzeba dalej pchać ten wózek, cokolwiek na nim jest. Jak jest pusty, to tym bardziej pchać należy tempa nie zwalniać, może wskoczy do niego takie złote jajo.
Albo zgniłe będzie w środku, w końcu wszystko się psuje. Tylko nie miód.
Puścił Ernest Sasę i co, stoi? Radzi sobie? Oczywiście, że radzi, przecież to takie duże już dziewczę, jeśli się przewróci w następnej sekundzie to na pewno upadnie tak swobodnie, że aż śmiesznie i wcale nie poczuje, bo tak się już znieczuliła, aż byłby jej Ernest zazdrościł, ale akurat nie dzisiaj.
Oho, już chce odpowiedzieć, że w porządku, przecież bogowie, nie z takich stłuczek wychodził cało (sama wiesz doskonale), ale tylko kiwa głową, bo głos się rozlega.
- Rozrywka panią wzywa. – Nawet się uprzejmie uśmiechnie, spójrzcie co się dzieje z nim. To nie jest normalne, ale zaczyna go męczyć, bo nigdy nie był przecież miłym chłopcem. Miesza mu się w głowie od tych klątw, od dziecek i ludzi nadmiaru, uśmiechów do obiektywu i brzydkich czcionek w gazecie.
Dosyć, kurwa. Trzeba to z chłopa pościągać wszystko, bo jeszcze moment i jeśli w kalendarz nie kopnie to na pewno zacznie piec ciasteczka i dostarczać je do przedszkola w stroju różowego słonia. Z brokatowym ogonem.
Wzrusza ramionami i wskazuje scenę. No raz, raz, Sasa, rozerwij się trochę.
Rzuca jeszcze Ernest miłym do zobaczenia i znika gdzieś w tłumie, szukać syna. Bo przysiągłby, że przed chwilą biegł z Jasminą w kierunku sadzonki.

zt
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Scena główna   
Powrót do góry Go down
 
Scena główna
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1


Skocz do: